[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Kapitan skinal im obojgu glowa i odszedl wykrzykiwac rozkazy dotyczace zagli, lin i temu podobnych elementow.Conena usiadla na Bagazu, ktory jakos nie protestowal.–Powiedzial, ze jest nam tak gleboko wdzieczny, ze zawiezie nas do samego Al Khali – oswiadczyla.–Myslalem, ze taka byla umowa – zdziwil sie Rincewind.– Widzialem, jak dawalas mu pieniadze i w ogole.–Tak.Ale planowal uwiezic nas i w Klatchu sprzedac mnie na targu niewolnikow.–Co? Mnie nie chcial sprzedac? – Rincewind parsknal pogardliwie.– Oczywiscie, to te szaty maga.Nie osmielilby sie…–Ehm… Szczerze mowiac, powiedzial, ze musialby cie oddac za darmo – wyjasnila Conena, podwazajac paznokciem wyimaginowana drzazge na wieku Bagazu.–Oddac mnie za darmo?–Tak.Ehm.Cos w stylu: jeden bezplatny mag z kazda sprzedana konkubina.Ehm… – Nie rozumiem, co jarzyny maja z tym wspolnego.Conena obrzucila go surowym spojrzeniem, a kiedy wciaz sie nie usmiechal, westchnela.–Dlaczego wy, magowie, zawsze jestescie tacy nerwowi w towarzystwie kobiet?Rincewind najezyl sie, slyszac obrazliwe slowa.–To mi sie podoba! – zawolal.– Otoz musisz wiedziec, ze… Zreszta wszystko jedno.Rzecz w tym, ze ja swietnie sie czuje w towarzystwie kobiet w ogole; to tylko kobiety z mieczami mnie irytuja.– Zastanowil sie chwile, po czym dodal: -Jesli juz o tym mowa, to irytuje mnie ktokolwiek z mieczem.Conena pracowicie wydlubywala drzazge.Bagaz zatrzeszczal z satysfakcja.–Jest jeszcze cos, co cie zirytuje – wyznala.–Tak?–Kapelusz przepadl.–Co?–Nic nie moglam poradzic.Oni lapali wszystko, co im wpadlo w rece…–Lowcy niewolnikow uciekli z kapeluszem?–Nie mow do mnie takim tonem! To nie ja ucielam sobie drzemke…Rincewind goraczkowo zamachal rekami.–Nienienie, nie denerwuj sie, nie mowie zadnym tonem… Musze chwile pomyslec…–Kapitan uwaza, ze prawdopodobnie wrocili do Al Khali -uslyszal slowa Coneny.– Jest tam takie miejsce, gdzie zbiera sie element przestepczy.Wkrotce mozemy…–Nie bardzo rozumiem, dlaczego w ogole musimy cokolwiek robic – przerwal jej.– Kapelusz chcial, zeby zabrac go daleko od i Uniwersytetu.Nie sadze, zeby ci piraci wpadli tam kiedys na kieliszek sherry.–Pozwolisz im uciec z kapeluszem? – spytala Conena ze szczerym zdumieniem.–Przeciez ktos musi to zrobic.Ale dlaczego ja?–Przeciez sam mowiles, ze to symbol magii! Cel wszystkich magow! Nie mozesz tak po prostu zrezygnowac!–Moge.Popatrz tylko.Rincewind usiadl.Byl nieco zdziwiony.Podejmowal decyzje.Byla jego.Nikt go nie zmuszal do jej podjecia.Czasem wydawalo mu sie, ze cale jego zycie to pakowanie sie w klopoty z powodu tego, co chcieli inni ludzie.Ale tym razem podjal decyzje i koniec.Zsiadzie ze statku w Al Khali i znajdzie jakis sposob, zeby wrocic do domu.Ktos inny moze ratowac swiat.Zyczyl mu szczescia.On podjal juz decyzje.Zmarszczyl brwi.Dlaczego wlasciwie nie byl z tego zadowolony?Bo to fatalna decyzja, ty idioto.No tak, pomyslal.Mam juz dosc glosow w mojej glowie.Wynocha.Ale tutaj jest moje miejsce.Chcesz powiedziec, ze jestes mna?Twoim sumieniem.Aha…Nie mozesz dopuscic do zniszczenia kapelusza.To symbol……dobrze, wiem……symbol magii podleglej Sztuce.Magii opanowanej przez czlowieka.Nie chcesz chyba, zeby powrocily te mroczne lona…Co?…Lona…Czy mam na mysli eony?Wlasnie.Eony.Powroci czas sprzed eonow, kiedy rzadzila pierwotna magia.Kazdego dnia drzala sama struktura rzeczywistosci.To bylo straszne, moge sobie wierzyc.Skad moge wiedziec?Pamiec gatunku.O rany! Czyja tez ja mam?No… Jej czesc.No dobrze.Niech bedzie.Ale dlaczego ja?W glebi duszy wiesz, ze jestes prawdziwym magiem.Slowo "Mag" wyryte jest w twoim sercu.–Tak, ale klopot w tym, ze wciaz spotykam ludzi, ktorzy mogliby zechciec to sprawdzic – powiedzial zalosnie Rincewind.–Co takiego? – spytala Conena.Rincewind spojrzal na plame na horyzoncie i westchnal ciezko.–Nic.Mowilem do siebie.Carding krytycznie przyjrzal sie kapeluszowi.Obszedl stol dookola i popatrzyl z innego kata.–Calkiem niezly – stwierdzil w koncu.– Skad wziales oktaryny?–To tylko dobre ramtopowe krysztaly – wyjasnil Spelter.– Dales sie oszukac, prawda?Kapelusz byt wspanialy.Spelter doszedl nawet do wniosku, ze wygladal lepiej niz oryginal.Stary kapelusz nadrektora byt mocno wytarty, zlota nitka pociemniala i pruta sie miejscami.Replika okazala sie znacznie bardziej udana.Miala styl.–Szczegolnie podobaja mi sie koronki – pochwalil Carding.–Trwalo to cale wieki.–Dlaczego nie sprobowales czarow?Carding pstryknal palcami i pochwycil wysoka, oszroniona szklanke, ktora pojawila sie nagle w powietrzu.Pod papierowa parasolka i owocowa salatka zawierala jakis lepki i kosztowny alkohol.–Nie dzialaly – odparl Spelter.– Jakos nie udawalo sie, hm, zrobic tego prawidlowo.Musialem recznie przyszywac kazdy cekin.Chwycil pudlo.Carding chrzaknal do szklanki.–Nie chowaj jeszcze – poprosil i wyjal je z rak kwestora.– Zawsze chcialem go przymierzyc.Stanal przed zwierciadlem wiszacym na scianie gabinetu i z szacunkiem wlozyl kapelusz na swoje niezbyt czyste kedziory.Dobiegal konca pierwszy dzien czarodzicielstwa i magowie zdazyli juz przemienic wszystko oprocz siebie.Wszyscy probowali, po cichu, kiedy mysleli, ze nikt nie patrzy.Nawet Spelter zaryzykowal, zamkniety w swoim gabinecie.Udalo mu sie odmlodniec o dwadziescia lat i zyskac tors, o ktory mozna by kruszyc kamienie.Ale gdy tylko oslabla jego koncentracja, w bardzo niemily sposob osunal sie z powrotem do starego, znajomego ksztaltu i wieku.W formie czlowieka jest cos elastycznego.Im silniej odrzucaja od siebie, tym szybciej powraca.I podobnie jak z guma, najgorsze jest samo uderzenie.Kolczaste zelazne kule, miecze i wielkie ciezkie kije nabijane gwozdziami uwaza sie powszechnie za przerazajace narzedzia walki.Sa jednak niczym w porownaniu z dwudziestoma latami, przylozonymi nagle ze spora sila do potylicy.To dlatego, ze czarodzicielstwo nie oddzialywuje na obiekty, ktore sa w swej istocie magiczne.Mimo to magowie dokonali kilku waznych udoskonalen.Szata Cardinga, na przyklad, stala sie jedwabna z koronkowymi ozdobami – szczyt kosztownego bezguscia.Nadawala mu wyglad czerwonej galarety udrapowanej bialymi serwetkami.–Pasuje, nie sadzisz? – zapytal Carding.Poprawil nieco rondo, ukladajac kapelusz w odrobine niewlasciwy lobuzerski sposob.Spelter nie odpowiedzial.Wygladal przez okno.Rzeczywiscie, nastapilo kilka zmian.Mieli za soba pracowity dzien.Dawne kamienne mury zniknely.Teraz staly tam dosc ladne balustrady.Poza nimi skrzylo sie miasto – poemat bialego marmuru i czerwonej terakoty.Rzeka Ankh nie byla juz zamulonym sciekiem, ktory znal od dziecinstwa, ale migotliwa, przejrzysta jak szklo wstega, w ktorej – mily akcent – biale karpie poruszaly wargami, plywajac w wodzie czystej jak topniejacy snieg.*Widziane z gory Ankh-Morpork musialo pewnie oslepiac.Blyszczalo.Kurz wiekow zostal wymieciony.Spelter poczul sie dziwnie niepewnie, nie na miejscu… jakby nosil nowe ubranie, ktore drapalo skore [ Pobierz całość w formacie PDF ]