[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zdania,bardziejsurowe,zabawniejsze i łobuzerskie, wyraźnie napisano w pośpiechu, z licznymi błędami i opuszczonymi słowami.To dlatego, że wcale nie napisał tego Christopher Plover.Miał w ręku – jak wyjaśniał autor w pierwszym akapicie – pierwszą księgę Fillory i dalej napisaną przez kogoś, kto naprawdę tam był.Mianowicie przez Jane Chatwin.Akcja Czarodziejów rozgrywała się bezpośrednio po zakończeniu Wędrującej wydmy, po tym jak Jane, najmłodsza z rodzeństwa, i jej siostra Helen („ta kochana, zadufana w sobie ciekawska”) pokłóciły się o schowane przez Helen magiczne guziki, które mogły je przenieść do Fillory.Nie zdoławszy odszukać ich samodzielnie, Jane musiała czekać, jednak z Fillory nie przyszło kolejne zaproszenie.Ona i jej rodzeństwo najwyraźniej zostali skazani na spędzenie reszty życia na Ziemi, jak zwyczajne dzieci.Uważała, że to w porządku – w końcu większość dzieci nigdy nie odwiedza Fillory – choć niesprawiedliwe.Wszyscy inni udali się do Fillory przynajmniej dwa razy, a ona tylko raz.No i pozostawała sprawa Martina: nadal nie udało się go odnaleźć.Rodzice porzucili już nadzieję, dzieci natomiast nie.W nocy Jane i pozostali Chatwinowie zakradali się do łóżek rodzeństwa i szeptali o nim, zastanawiając się, jakie przygody przeżywa w Fillory i kiedy wreszcie wróci do domu, byli bowiem pewni, że pewnego dnia wróci.Czas mijał.Jane skończyła trzynaście lat, przestała być dzieckiem, była w tym samym wieku co Martin, kiedy zniknął, gdy wreszcie nadeszło wezwanie.Odwiedził ją kooperatywny, pracowity jeż o imieniu Grubokolec, który pomógł jej wyciągnąć z wyschniętej studni stare pudełko po cygarach z ukrytymi w nim guzikami.Helen je tam wrzuciła.Jane mogła zabrać ze sobą jedno z rodzeństwa, tymczasem wróciła do Fillory sama, przez Miasto.Tylko ona jedna z Chatwinów przeszła do innego świata w pojedynkę, bez brata czy siostry.Okazało się, że Fillory nękane jest przez silny wicher.Wiał i wiał, i nie chciał przestać.Początkowo wszyscy dobrze się bawili, puszczali latawce i kupowali luźne ubrania, które łopotały na wietrze wiejącym na dziedzińcu Zamku Białoszczytego.Ale w miarę upływu czasu wiatr robił się męczący.Ptaki ledwie mogły latać, wszyscy mieli na głowach kołtuny.W lesie wiatr pozrywał liście, na co uskarżały się drzewa.Nawet w domu, kiedy zamknęło się drzwi, słyszało się jego zawodzenie, a poza tym godzinami czuło się go na twarzy.Napędzanemu wiatrem mechanicznemu sercu Zamku Białoszczytego groziło rozregulowanie; trzeba je było odłączyć od wiatraków i zatrzymać po raz pierwszy od niepamiętnych czasów.Grupa orłów i gryfów, i pegazów pozwoliła się porwać w przekonaniu, że wiatr je zaniesie do fantastycznej krainy, jeszcze bardziej magicznej niż Fillory.Wróciły tydzień później z innego kierunku, głodne i rozczochrane, i poparzone wiatrem.Nie chciały rozmawiać o tym, co widziały.Jane przypasała rapier, związała włosy w ciasny kok i ruszyła do Mroczniejącego Lasu zdeterminowana, zgięta w pół, pod wiatr.Postanowiła odnaleźć jego źródło.Wkrótce natrafiła na Embera.Stał sam na polanie, był ranny i wzburzony.Powiedział jej o przemianie Martina i o próbach wygnania go, co skończyło się śmiercią Umbera.Zorganizowali naradę wojenną.Ember zamęczał i wezwał Przytulnego Konia.Razem wsiedli na jego szeroki aksamitny grzbiet i ruszyli odwiedzić krasnoludy.Na współpracę krasnoludów nigdy nie można było liczyć, tymczasem nawet one doszły do wniosku, że Martin jest niebezpieczny, a poza tym wiatr zwiewał glebę z ich ukochanych podziemnych nor.Przygotowali dla Jane srebrny zegarek kieszonkowy, dzieło wytrawnej sztuki zegarmistrzowskiej, tak napchany maleńkimi kółkami i przekładniami, i sprężynkami, że jego wnętrze wyglądało jak jedna zbita masa połyskliwej maszynerii.Dzięki niemu, wyjaśniły krasnoludy, Jane będzie mogła kontrolować sam przepływ czasu – przewijać go do przodu i do tyłu, przyspieszać, zwalniać – co tylko zechce.Jane i Ember wzięli zegarek i odeszli, kręcąc głowami.Szczerze mówiąc, nikt nigdy nie wiedział, do czego są zdolne krasnoludy.Skoro mogły zbudować maszynę czasu, dziwne, że nie władały całym królestwem.Jane podejrzewała, że po prostu nie chcą sobie zawracać tym głowy.Quentin przewrócił kartkę.Książka na tym się kończyła.Na dole stronicy znajdował się podpis Jane.– Co za rozczarowanie – powiedział Quentin na głos.– Prawda nie zawsze układa się w dobrą historię, nie sądzisz? Mam nadzieję, że udało mi się wyjaśnić większość spraw.Jestem pewna, że potrafisz dopowiedzieć resztę.Jeśli się zastanowisz.Quentin praktycznie wyskoczył z tego, co zostało z jego skóry.Na jego biurku po drugiej stronie pokoju siedziała nieruchomo, po turecku, niewysoka ładna kobieta o ciemnych włosach i bladej cerze.– Przynajmniej mam dobre wejście.Najwyraźniej przystosowała się do Fillory: miała na sobie jasnobrązowy płaszcz, a pod spodem praktyczną szarą sukienkę podróżną, rozciętą na bokach na tyle wysoko, by pokazać trochę nóg.Ale to była na pewno ona, ratowniczka, kobieta, która odwiedziła go w ambulatorium.A równocześnie ktoś zupełnie inny.– Jesteś Jane Chatwin, prawda?Uśmiechnęła się radośnie i kiwnęła głową.– Podpisałam go.– Wskazała na rękopis.– Wyobraźsobie, ile byłby wart.Czasami się zastanawiam, czy się nie zjawić na zjeździe miłośników Fillory, żeby zobaczyć, co się stanie.– Zapewne uznają cię za naśladowczynię – stwierdziłQuentin.– Jesteś już na to trochę za stara.Odłożył rękopis na łóżko.Kiedy spotkał ją po raz pierwszy, był bardzo młody, ale to już przeszłość.Jak by powiedział jej brat, Martin: a niech mnie, ależ wyrósł.Jej uśmiech nie wydawał mu się już tak zniewalający jak kiedyś.– Nadzorczyni Czasu to ty, prawda?– Tak.Jestem nią nadal – wciąż siedząc, skłoniła się nisko.– Myślę, że będę się mogła wycofać teraz, kiedy nie ma już Martina.Choć tak naprawdę dopiero zaczynałam się dobrze bawić.Spodziewał się, że odpowie jej uśmiechem, tymczasem uśmiech się nie pojawił.Nie czuł się usposobiony do uśmiechów.Nie bardzo wiedział, jak się czuje.Jane siedziała zupełnie nieruchomo, przyglądając mu się jak podczas pierwszego spotkania.Jej obecność była tak naładowana magią i znaczeniem, i narracją, że niemal nią pałała [ Pobierz całość w formacie PDF ]