[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– O co chodzi z tą Electrą? Słyszałam, że jest trochę ekscentryczna, ale żeby aż tak? – Nie mogła się nadziwić Irena po wyjściu ze świątyni Sybilli.– Rzeczywiście, dziwne to było.– Może to i lepiej – stwierdziła kategorycznie.– Kto by tam chodził do wróżek, to dobre dla egzaltowanych panienek.Trzeba to odreagować… co byś powiedziała na prawdziwe czerwone wino?Pojechałyśmy do mnie.Po drodze zrobiłyśmy zakupy – oczywiście żadna z nas nie wpadła na pomysł, żeby kupić coś do jedzenia.W domu, nie bez satysfakcji, otworzyłam butelkę nieprzyzwoicie drogiego czerwonego hiszpańskiego wina z regionu Ribera del Duero, wybranego przez Irenę.– To jest wino z winogron – poinformowała mnie Irena.– Czujesz różnicę?Oczywiście, że czułam.Wino Ireny było po prostu rewelacyjne.Głębia i bogactwo smaku, aksamitna delikatność, dyskretna moc.Nie miało nic wspólnego z sikaczami za niecałe dwie dychy, którymi zwykle się raczyłam.Pensja suflera, jak się domyślacie, nie jest zbyt wysoka.Irena w miarę wypijanego alkoholu odzyskiwała wigor i siły witalne.Jej policzki nabrały rumieńców, a oczy blasku.Przy drugiej butelce zaczęła plotkować o Arkadiuszu, chichocząc przy tym jak pensjonarka.– Wiesz, może on jest małomówny i nie za bardzo błyskotliwy…– Tak uważasz? – zapytałam przez grzeczność.– No spójrzmy prawdzie w oczy, nie ma umysłu Einsteina.Zakrztusiłam się winem, a Irena poklepała mnie po plecach i kontynuowała: – Ale to poczciwy chłopak, niezastąpiony w pracy, łapie w lot wszystkie moje pomysły, czasem nawet sam na coś wpadnie… Poza tym trzeba przyznać, że jest świetnie zbudowany… te umięśnione ramiona, szeroki tors, mocne nogi, wąskie biodra… – rozmarzyła się.– Ma bardzo owłosioną klatę, to jest bardzo męskie, takie samcze… Niektóre kobiety to uwielbiają.Poczułam pewien dyskomfort.Żeby tak plotkować o facetach z własną babcią? Cóż, moja rodzina jest pokręcona, i to nie moja wina.Ale dlaczego to ja mam się zawsze wszystkim martwić? W końcu jestem najmłodsza.– Pamiętasz Adama? – Irena przerwała moje moralne rozterki.– No pewnie, trener fitness w niebieskim sweterku, twój niedoszły mąż.Irena wzięła spory łyk wina i zamyśliła się.– Muszę ci coś powiedzieć… – zaczęła.Wpadłam w panikę.Chyba nie zechce rozmawiać ze mną o seksie? Dokończyłam swoje wino duszkiem i uzupełniłam kieliszek.– Nie wiem, co się stało, ale chyba… zwątpiłam w instytucję małżeństwa.Byłam zamężna cztery razy i…– O ile pamiętam, to pięć – wtrąciłam nieśmiało.– Pięć? Ach tak, masz rację.Zapomniałam o twoim dziadku, to było tak dawno, jakby w innym życiu… W gruncie rzeczy wspaniały był z niego człowiek… – westchnęła – chociaż miał plebejskie upodobania kulinarne.Schabowy z kapustą, pomidorowa, ogórkowa, kotlety mielone, pierogi… dobrze, że mieliśmy pomoc domową, w życiu bym się nie splamiła lepieniem pierogów.To upokarzające dla kobiety.– Więc co z Adamem?– Ano nic.Zadałam sobie pytanie, czy naprawdę chcę z nim spędzić resztę swojego życia…– I odpowiedź brzmi „nie”? – wtrąciłam domyślnie.– Niezupełnie.Odpowiedź brzmi… ja już nic nie muszę.Po cholerę mi w moim pięknym, designerskim mieszkaniu Adam, w tym swoim niebieskim sweterku, z tym swoim kretyńskim uśmieszkiem i niewybrednymi dowcipami? Po cholerę mi jego ciuchy w mojej szafie, jego piwa w mojej lodówce, jego kosmetyki w mojej łazience i ryczący na okrągło telewizor z filmami klasy E, meczami piłki nożnej i bzyczeniem Formuły 1? Po co mi jego chrapanie w nocy, które mogłoby zbudzić umarłego?– Irena, ty go po prostu nie kochasz…– Więc myślisz, że to kwestia miłości? – zdziwiła się Irena.– A dlaczego ludzie biorą ślub?Irena wychyliła kieliszek i zamyśliła się.– Nie wiem, muszę się nad tym zastanowić.Wracając do Arkadiusza…– Irena… – przerwałam jej, poważnie patrząc w oczy – powiedz mi prawdę, czy masz z nim romans?– Ja? Jeszcze nie – zachichotała moja babcia, kokieteryjnie trzepocząc rzęsami.Zemdliło mnie.Tak, moja rodzina stanowczo jest zbyt pokręcona.Nie podejmowałam tematu, chociaż Irena wyraźnie miała ochotę na zwierzenia – uważam jednak, że omawianie seksualnych ekscesów z babcią to już przesada.– Wiesz, mam pomysł na happening.– Tak?– Ukrzyżowana, okaleczona wagina – wypaliła triumfalnie.Wylałam sobie wino na spodnie.– Znowu? To znaczy…?– To znaczy, że chcę swoją sztuką zdemaskować pełne hipokryzji społeczeństwo oparte na patriarchalnym, przestarzałym systemie wartości…– Ale…– …i ostrzec wymiar sprawiedliwości zdominowany przez mężczyzn przed próbami przerzucania odpowiedzialności na kobiety…– Ale wagina? Dlaczego wagina?– A dlaczego nie?Tak, to była znowu moja babcia.Po przygaszonej emerytce nie został ślad – to była dawna Irena, zakochana w sobie celebrytka, szalona artystka i performerka.Dokończyła wino i pożegnała się wylewnie – spieszyła się, żeby omówić z Arkadiuszem szczegóły happeningu.Zostałam sama, snując się bez celu po mieszkaniu.W końcu bez przekonania wzięłam się do lektury „Makbeta”.Ledwo otworzyłam skrypt – odezwał się telefon, jakiś nieznany numer.Odebrałam bez entuzjazmu.– Halo?– Tęsknię za tobą, proszę, przyjedź.Zatkało mnie.Ten aksamitny, ciepły głos sprawił, że moje serce zaczęło bić jak oszalałe.– Ach, to ty? Skąd dzwonisz? Tak nagle? – zaczęłam się plątać.– Nie wiem, czy będę mogła urwać się z pracy i… w ogóle jestem trochę zajęta.– Z całych sił starałam się żeby mój bełkot zabrzmiał OBOJĘTNIE.– Maryla, zrozum, MUSISZ przyjechać! Ja tęsknię!– Ale…Następnego dnia kupiłam bilet lotniczy do Barcelony.Kosztował mnie majątek, a reszta debetu poszła na sukienkę, seksowną nocną koszulkę, buty i najmodniejsze w tym sezonie bikini.Te kilka dni przed wyjazdem przeżyłam jak w transie.Wydawało mi się, że nie chodzę, ale unoszę się nad ziemią.Któregoś dnia, gdy tak przepływałam nad ulicą, nie poznałam swojego odbicia w szybie wystawowej… Ta szczupła, śliczna, uśmiechnięta dziewczyna – to byłam naprawdę JA.Miałam całkowicie uzasadnione podejrzenie, że: a) mam chłopaka,b) jestem kobietą sukcesu,c) mam niezłą figurę,d) patrz a+b+c do kwadratu!Pobyt w raju i powrót na ziemięLotnisko El Prat wydało mi się piekłem w raju.Tłumy przelewających się w każdym kierunku ludzi doprowadzały mnie do rozpaczy, w dodatku nie bardzo wiedziałam, gdzie się odbiera bagaże.Na wszelki wypadek śledziłam ruchy nerwowego facecika z hiszpańskim wąsikiem, który siedział w samolocie dwa rzędy przede mną.Wyglądał na Katalończyka, który zna dobrze lotnisko.Mój przewodnik prawie biegł, ledwo za nim nadążałam.Schodami w dół, potem ruchomym chodnikiem, dalej znowu schodami, a potem… facet zniknął w męskiej ubikacji.Szlag by go trafił razem z jego katalońską prostatą! Na szczęście zauważyłam dalej halę bagażową i informacje o moim locie [ Pobierz całość w formacie PDF ]