[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.I ma jakieś kłopoty.–Czerwoną farbą? Jaką czerwoną farbą?–Nie wiem.To przynajmniej wygląda jak czerwona farba.–Jasne.O którą windę chodzi?Ochroniarz podszedł do rzędu drzwi.Ned niemal deptał mu po piętach.Przy drzwiach po prawej stronie zgromadziła się już mała grupa ludzi i kiedy ochroniarz stanął przy nich, jakiś starszy mężczyzna w bermudach powiedział:–Nie działa.Wygląda, jakby utknęła pomiędzy piętrami.Do drzwi zbliżył się także drugi ochroniarz.Nacisnął przycisk przy drzwiach.Wywołał jedynie jakiś chrobot i nic więcej.–Najlepiej zawołaj Wally’ego – powiedział do kumpla.–A może powinniście zatelefonować po policję? – zasugerował Ned.– Nie widziałem dokładnie, co się dzieje w środku, ale ta dziewczyna naprawdę wyglądała na przerażoną.–George, wyjdź na zewnątrz i popatrz na tę kabinę.–W pierwszej chwili pomyślałem, że to może jakaś akcja reklamowa – powiedział Ned do ochroniarza.–Aha.Nikt mi niczego takiego nie zgłaszał, a skoro nikt mi nie zgłaszał, to znaczy, że nie ma żadnej akcji reklamowej.Jeden z ochroniarzy wyszedł na ulicę, ale niemal równocześnie winda zaczęła zjeżdżać w dół.Na wskaźniku pokazały się po kolei oznaczenia trzeciego, drugiego i pierwszego piętra.Po chwili winda zjechała na parter.–George! Wszystko w porządku! Już działa.Wszyscy zastygli w oczekiwaniu na otwarcie drzwi, ale tymczasem winda zjechała na poziom P1, czyli na podziemny parking.Ochroniarz jednak znowu nacisnął przycisk i wskaźnik zaczął pokazywać, że winda wraca na górę.Kabina stanęła na dłuższą chwilę, po czym jej drzwi otworzyły się.Całe wnętrze skąpane było w tępym karmazynowym kolorze.Kabina przypominała sześciokątną kaplicę z czerwonymi witrażami w oknach.Ochroniarz zrobił krok do przodu, po czym przystanął i powiedział słabym głosem:–Święta Matko Boska.Na podłodze windy leżały martwe ciała.Ich ręce i nogi były splątane, dlatego niemal niemożliwe było natychmiastowe określenie, ile osób zostało zamordowanych.Ich liczbę można by było wywnioskować, jedynie licząc twarze.Wszystkie były blade i poważne, jak twarze średniowiecznych świętych.Za lustremKrótko po jedenastej przed południem nad Cincinnati nadciągnął z południowego zachodu ciężki całun szarobrunatnych chmur, przesuwających się bardzo nisko nad ziemią, i zaczął padać ciepły deszcz.–Przynajmniej nie latają robale – powiedziała Molly.Prowadziła samochód drogą I-71, kierując się ku zjazdowi w Avondale.Kiedy jednak włączyła wycieraczki, na przedniej szybie samochodu i tak było ich dość, by ich resztki smarowały ją półkolami na brązowo i żółto.–Bardzo bym chciała strząsnąć z siebie to uczucie – powiedziała Sissy.–Jakie uczucie?–Sama nie wiem.Nie nazwałabym tego przeczuciem.Bardziej mi przypomina zabawę w „co nieprawidłowego jest na tym obrazku?” Jakbym miała przed oczami coś, co zupełnie nie pasuje do całości, ale jednocześnie nie potrafiła wyróżnić tego w skomplikowanym tle.Molly miała na głowie czarną jedwabną chustkę, przewiązaną tak, jak wiązali je dawni piraci.Zwisały z niej przyczepione na łańcuszkach małe srebrne monety.Sissy pomyślała, że jej synowa bardziej niż kiedykolwiek wygląda teraz jak Mia Farrow.Ona sama ubrana była w szkarłatną sukienkę z długimi rękawami w duże czerwone chryzantemy.W uszach miała długie kolczyki, które Frank zawsze nazywał jej „żyrandolami”.–Tylko mi nie mów, że przed wyjazdem znowu czytałaś karty.–Chciałam uaktualnić moją wiedzę.–Dobrze.No i co?–Ciągle mówią to samo.Ostrzeżenia, gra w chowanego.No i ta krwawa karta, wciąż się pokasuje.–Żadnych nowych wskazówek?Sissy potrząsnęła przecząco głową.–Nigdy nie sądziłam, że karty mogą być tak pomocne i tajemnicze zarazem.Zachowują się tak, jakby ktoś do mnie mówił: „Pod żadnym pozorem nie wychodź jutro z domu, bo tego pożałujesz”.Jednocześnie ten ktoś nie ma zamiaru oświecić mnie, dlaczego właściwie nie mam wychodzić.Zjechały z I-71 i ruszyły w kierunku Riddle Road.Deszcz padał coraz mocniej.Nad jezdnią unosiła się mgiełka z ciężkich kropel wody.Wycieraczki pracowały intensywnie, jednak niemal nie nadążały ze zbieraniem deszczu.Kiedy dotarły do domu Woodsów, deszcz jednak niespodziewanie przestał padać i gdy Molly parkowała samochód na podjeździe, słońce przebijało już przez chmury i skrzyło wśród liści cedrów, otaczających dom ze wszystkich stron.Avondale było spokojną mieściną w starym stylu, a dom przy Riddle Road numer 1445 był solidnym budynkiem w starym stylu.Miał dwa piętra i długą werandę biegnącą wzdłuż całego frontu.Molly i Sissy podeszły po kilku schodach do drzwi wejściowych.Pomalowane były na kolor ciemnej purpury, a na ich środku przymocowana była mosiężna kołatka w kształcie roześmianej twarzy – klauna albo po prostu figlarza.Molly zapukała i drzwi otworzyły się niemal natychmiast.Powitała je chuda kobieta, sprawiająca wrażenie bardzo nerwowej.Jasne włosy miała spięte w kok, a na sobie miała czarną sukienkę z krótkimi rękawami.Tuż obok niej stanęła mała dziewczynka z pluszowym czarnym królikiem w rączce.–Pani Woods? – zapytała Sissy, uśmiechając się.– Jestem Sissy Sawyer.A to moja synowa, Molly.–Zapraszam do środka – odparła pani Woods.– I proszę mówić mi po imieniu.Jestem Darlene.Poprowadziła kobiety do dużego salonu, którego umeblowanie stanowiły dwie stylowe sofy i cztery krzesła z wygiętymi oparciami.Patrząc od drzwi, po lewej stronie pokoju w ścianę wbudowany był ładny kominek ze żłobkowanymi kolumnami i wiszącym nad nim szerokim lustrem o złoconych ramach.Po lewej stronie stał kredens z ciemnego mahoniu.Na jego półkach za szybą lśniły dziewiętnastowieczne srebra – dzbanki, kandelabry i zdobione kufle z przykrywkami.Pomiędzy sofami stała niska ława ze szklanym blatem.Leżały na niej kolorowe czasopisma i kryształowe przyciski do papieru.Zdobiło ją kilka brązowych figurek skaczących koni.Ale uwagę Sissy przykuł mały postument, ustawiony pod oknem [ Pobierz całość w formacie PDF ]