[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Staram się żyć tym, co jest teraz, nie chcę tego utracić.— To idź do niego.Ja powycieram — zabrała mi ścierkę i wypchnęła z kuchni.— Zaczekaj — zawróciła mnie z przedpokoju.— Czy nadal nikt się niczego nie domyśla?— Nie — zaprzeczyłam — nikt.A gdyby nawet, to co? Co by było, gdyby się dowiedzieli, kim jestem?— Nie wiem.Nikt się nie może dowiedzieć.Pamiętaj! To bardzo ważne.— Pamiętam, jasne, że pamiętam.Od chwili, gdy moja noga stanęła na izraelskiej ziemi starałam się być tym, kim nie jestem.To był mój problem, którym nie mogłam się z nikim podzielić.Stefan chyba rozumiał, co mnie dręczy i boli, rozumiał mój stan niepewności i rozdwojenia, mój wewnętrzny opór i bunt, ale nie mógł mi pomóc.Byliśmy uzależnieni od izraelskiego prawa, od tutejszych zwyczajów, przede wszystkim od religii, która tu nie została oddzielona od państwa.Ona jest tym, co łączy wszystkich Żydów rozsianych po świecie, dzięki niej zachowali swoją tożsamość, poczucie więzi narodowej i duszę.Ja to rozumiem, ja się z tym zgadzam, niemniej jednak sądzę, że w moim konkretnym przypadku należało szukać innego rozwiązania, powinnam po prostu wcześniej poślubić Stefana, przyjechać tu jako jego żona i być z nim od pierwszej chwili.Tymczasem nastał ranek, i ja musiałam wracać do kibucu, on do Jerozolimy po to, by tęsknić do siebie wśród długich zimowych nocy, pisać listy, do których czasem zaplącze się jakiś wiersz, przepisany przez niego z polskiej książki.Ja nic nie czytam, ciągle jestem zmęczona i niewyspana.Kiedyś zasnęłam w świetlicy, słuchając Mozarta.To było okropne, głowa osunęła mi się na stolik, może nawet chrapałam, a Carlos nie uznał za stosowne mnie obudzić.W takich momentach narasta we mnie bunt.Nie jestem niewolnicą, nie przyjechałam tutaj harować, nie znoszę kibuców, wspólnego jedzenia i spania — wszystkiego co pachnie komuną.Wychowanie socjalistyczne ma to do siebie, że rodzi skrajny indywidualizm.Jestem tego jaskrawym przykładem.Kiedy nachodzą na mnie złe chwile, walę się w głowę, krzyczę, klnę po polsku i rzucam, co mam pod ręką.Zawsze ktoś to widzi, ponieważ nigdy nie jestem sama, podchodzi do mnie, zbiera rozrzucone przedmioty czy pomarańcze, a ja siadam pod drzewem uginającym się od owoców i wypłakuję swój żal.Jeżeli Carlos jest w pobliżu, siada obok, bierze mnie za rękę, głaszcze po głowie i nie wypluwając z ust gumy szepcze niewyraźnie:— Wieczorem nastawię ci Chopina albo zatańczę dla ciebie sambę.Jeannette również nie wytrzymuje, ale ona w przeciwieństwie do mnie nie płacze, tylko krzyczy mieszając słowa hebrajskie z francuskimi.— Nie jestem syjonistką — obwieszcza wszem i wobec — nie obchodzi mnie świetność państwa Izrael.Nie mam zamiaru się poświęcać —zostawia robotę i znika.Po godzinie wraca i z furią wdrapuje się na drabinę.Jej miłość do chłopaka z Teł Avivu — wystawiona na ciężką próbę — słabnie, tym bardziej, że cienkie nici porozumienia z nim zaczynają się rwać.Jeannette nie mówi o tym, jednak jej coraz krótsze pobyty w Tel Avivie wyraźnie na to wskazują.Ona jedna beszta mnie, kiedy płaczę.— Nie siedźmy tu jak dwie dupy — krzyczy — róbmy coś, bawmy się!Życie ucieka, a my jesteśmy młode.Pamiętaj, jeszcze jesteśmy młode.Jej hebrajski jest znacznie gorszy od mojego, ale mówiąc pomaga sobie gestami, więc chyba właściwie odczytuję jej myśl.Zaczynamy się rozumieć, coraz więcej gadamy, to takie niezwykłe, znamy się już kilka miesięcy, lecz nie mogłyśmy rozmawiać, a teraz gadamy.Ona obiecuje nauczyć mnie francuskiego, to piękny język, uwielbia rozmawiać po francusku, ale na razie mówimy ze sobą po hebrajsku, to przecież również jej język, nie mój, chociaż ja znam go lepiej.Jeannette podejrzewa nawet, że początki wyniosłam z domu.Pyta, czy mój ojciec był rabinem.— Nie.Jest chemikiem.— Przyjedzie tu?— Chyba nie.— To dobrze.Moi rodzice również nie mają zamiaru tu przyjeżdżać.To mi odpowiada.Będę ich odwiedzać.Odległość wzmacnia więzy rodzinne.Nie uważasz?Kiwam bez przekonania głową, ja swoich nie odwiedzę.Jeannette wie o tym, ale na co dzień ta wiedza grzęźnie w podświadomości, ona pojęcia nie ma, co to jest socjalizm, blok wschodni, hegemonia partii i przyjaźń ze Związkiem Radzieckim.Nie chce mi się tłumaczyć jej wszystkiego od nowa.Włażę na drabinę, ona podaje mi torbę.Już się uspokoiłam, zrywam pomarańcze i myślę o śniegu za naszym oknem i o jeziorku czerniakowskim, gdzie karmiliśmy kaczki, po prostu kalendarz podsuwa takie skojarzenia.Pomarańcze i śnieg.Mimo wszystko wolę zrywać pomarańcze.***Carlos w kapeluszu z ogromnym rondem wybijał palcami rytm, zespalał się z nim, jednoczył, jakby wciągał go w siebie i natychmiast wyrzucał.Spojrzałam na Jeannette, jej oczy stały się oleiste i wielkie, poderwała się z mocnym tupnięciem, podrzuciła do przodu ramiona i płynąc w oszałamiającym rytmie zbliżała się do mnie.Carlos przeciąłjej drogę, pociągnął mnie za rękę, uniosłam się chyba nad ziemię, gdyż nie czułam jej pod stopami, ten rytm uskrzydlał mnie, przenikał do kości, wypełniał komórki odżywczymi sokami i tchnął we mnie radość, optymizm.I tak już zostało.Na wieczorne spotkania przychodziło coraz więcej osób, tańczyliśmy przy świecach, przy gwiazdach, śpiewaliśmy sambę.Na pożegnalny wieczór przyjechał Stefan.Wypiliśmy sporo wina, tańczyliśmy w świetlicy.W środku nocy on, tak jak kiedyś w Warszawie powiedział:— Co my tu robimy? Chodźmy stąd!—oczy mu błyszczały, przyciskałmnie w tańcu.Wymknęliśmy się z tłumu, był maj, pomarańcze przekwitły, ale ich intensywny zapach tkwił wszędzie, duszne, parne powietrze kleiło się do ciała, a my na trawniku wśród obsypanych kwiatami krzewów, tak jak kiedyś w filharmonii kochaliśmy się w gorączkowym pośpiechu.Dopiero, kiedy dotarliśmy do „naszej" kawiarni przy Bramie Damasceńskiej, spadło ze mnie napięcie, zmęczenie jednak nie ustąpiło, czułam się jak po przepłynięciu wielkiej rzeki.Ostatnim wysiłkiem wydostałam się na brzeg, lecz nie byłam w stanie się ruszyć.Testy, pytania, szukanie w rozklekotanej głowie odpowiedzi i najgorsze ze wszystkiego oczekiwanie, wróżenie z fusów, zdałam, nie zdałam, zdałam.Osłupienie, niedowierzanie, jego radosne okrzyki, gratulacje, uściski, pocałunki ciepłe, pachnące, zawsze miłe, podniecające.Zdałam na uniwersytet, ciągle nie mogę w to uwierzyć! Rozwiązałam wszystkie testy, sama nie wiem, jak to się stało, z testami zetknęłam się pierwszy raz.W Polsce nie stosowano ich.Pytania na ustnym nie były trudne, wykładowcy musieli brać pod uwagę trudności językowe nowych emigrantów, a może nie brali ich, nie wiem, odpowiedziałam, zdałam.Stefan nie szczędził mi słów uznania, dla niego ciągle byłam najmądrzejsza, najładniejsza, najzdolniejsza, najmilsza [ Pobierz całość w formacie PDF ]