[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Potem tak długo udoskonalano wszystkie szczegóły, aż cały teren dokładnie odpowiadał zdjęciom i zgadzał się jak najści-ślej z frontową, rzeczywistością.W dniu kiedy jeden z wyższych dowódców saperów w randze pułkownika, potężny jak filar nośny mostu drogowego, przybył na teren ćwiczeń, aby demonstrować działanie swoich oddziałów miotaczy ognia oraz najnowocześniejszą technikę minerską, wybuchła awantura z powodu braku odznak na naramiennikach Eiserberga.Pułkownik-saper przybrał najpierw ważną minę, wystąpił parę kroków naprzód i zamierzał wygłosić wobec swoich kolegów oficerów wykład na temat najnowszego typu miotaczy ognia, kiedy nagle odkrył Eiserberga w pozbawionej wszelkich odznak blu-zie polowej; dzięki żelaznej logice rozumowania uznał go za jakiegoś zabłąkanego rosyjskiego ochotnika i mocnymi słowy kazałmu natychmiast stamtąd spływać.196Kiedy Eiserberg, patrząc nań bezczelnie i lekceważąc obowią-zujący w pruskich kasynach ton, poradził mu, żeby łaskawie nie przerywał sobie i spokojnie gadał dalej, gruby dowódca saperów o mało nie pękł ze złości.Dowódca pułku piechoty wziął go więc czym prędzej pod ramię i szepnął mu do ucha, że Eiserberg zostałodznaczony liśćmi dębowymi i jest dowódcą kompanii kierującym oddziałem szturmowym, co tamtego wprawdzie niezupełnie uspokoiło, ale uczyniło skłonniejszym do pewnej wyrozumiałości.Baum, który wraz ze starszym szeregowcem Bürgerem miałjako dowódca oddziału radiotelegrafistów towarzyszyć obserwato-rowi wysuniętemu, plutonowemu Söchtingowi, podczas akcji„Wilczy Dół”, uśmiechał się złośliwie.Eiserberg zaś udawał, że nic nie zauważa.Poza tym wszyscy zwierzchnicy zasadniczo guzik go obchodzili, co zresztą przyczyniło się do tego, że nigdy nie dochrapał się stopnia porucznika.Nie najgorsze to były dni, pomyślał starszy szeregowiec Baum na zakończenie.Tylko od czasu do czasu podczas ostrych ćwiczeń, które wymagały maksymalnego wysiłku, żeby każdy ruch, każde posunięcie grało, uświadamiali sobie naprawdę cel, któremu te staranne przygotowania miały służyć: uderzenie na liczącą sto dwadzieścia metrów linię transzei, branie za wszelką cenę jeńców, niszczenie sprzętu - bez względu na straty.Teraz siedzieli wszyscy, dwudziestu ośmiu chłopa w schronie i czekali.O godzinie 0.45 akcja „Wilczy Dół” miała się rozpocząć i rozegrać z precyzją mechanizmu zegarka według planu, który każdy miał w głowie.Mieli jeszcze pół godziny oczekiwania.Eberhard ziewnął.Drgające światło świecy drażniło oczy.Czuł się rozbity.Nie wzruszała go nawet szczególnie myśl o tym, że w ciągu najbliższej godziny niejeden z nich zginie.Myśl ta jednak wracała wciąż uparcie, drążyła.197Jakiś cień padł mu na twarz.Wielka ćma.Gdzieś w ciemno-ściach miotała się dalej.Deszcz dudnił o zaciemnioną szybę bunkra.Nagle wyobrażenie, że ranny pozostanie wśród zasieków z drutu i sczeźnie tam powolną śmiercią, zdławiło letargiczną obojętność.Zaczął palić nerwowo.Cień znów zaczął skakać, otumaniona ćma pojawiła się z powrotem, by latać wokół chwiejącego płomyka.Jak szalona.Przedziwne upodobanie, sprzeczne z wszelkim instynktem, już słychać było skwierczenie osmalonych ciemnych skrzydeł.Z rozpaczliwą konsekwencją owad rzucał się w sam środek płomienia.Przez jedno uderzenie serca ogieniek skurczył się, po czym objąłwszystko.Spopielała, czarno-brązowa grudka spadła ze świecy na chropowaty blat stołu.Eberhardowi Baumowi zrobiło się jeszcze smętniej na duchu.Jego myśli krążyły wciąż między sprawami błahymi, a tym, co wydawało mu się najpotworniejsze: miliony nieznanych niemieckich żołnierzy, stojących tu na wschodzie z karabinem w dłoni.Materiał ludzki.Koszty własne wielkich szefów prowadzących wojnę.Niewiele więcej.Zegar tykał nieubłaganie.Termin był tuż, tuż.Söchting jak zwykle zapomniał zabrać hełm.Bürger był spokojny.Na dobrą sprawę jego twarz nigdy nic nie wyrażała, jakby w ogóle nie miałwłasnych myśli.Baum poczuł skurcz przebiegający mu po twarzy.Oczy mu się zwęziły, wargi zacisnęły.Deszcz padał coraz gwałtowniej.Zasrana pogoda, pomyślał, ale w sam raz dla oddziału szturmowego.Żeby się to już wreszcie zaczęło! Nagle przyszło mu do głowy, że oni, artylerzyści, nie mają tu właściwie nic do roboty.Może jako obserwatorzy wkroczą do akcji z ogniem celowanym? Śmieszne.Ze wszystkich bunkrów powyłazili ludzie i przycupnęli na dnie rowu.Coraz to szczękały radiostacje, pistolety maszynowe, 198ładunki skupione i wydłużone, rakietnice, granaty ręczne, łopaty polowe.A przecież zabrali z sobą tylko to, co najkonieczniejsze.Co się też dzieje teraz w głowach tych wybranych żołnierzy, zastanawiał się Baum.Czy wszyscy czują taki sam strach i przemożną ochotę, żeby zerwać się i uciec stąd albo krzyknąć: Nie wytrzymam, nie, naprawdę nie wytrzymam! Odeślijcie mnie z powrotem! A jeśli wszystko to jest tylko koncentratem strachu, niczym więcej [ Pobierz całość w formacie PDF ]