[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Okolica była prawie całkiem jałowa.Wprawdzie tu i ówdzie widzieli kępki rachitycznej trawy torującej sobie drogę przez skały ku słońcu, ale generalnie teren sprawiał wrażenie martwego jak powierzchnia Księżyca.Ostatecznieto właśnie na Islandii trenowali astronauci z „Apolla" – przypominał sobie Edwards.Lekki wiatr omiatający łagodnie zbocze wzbijał drobiny kurzu, co powodowało, że porucznik nieustannie kichał.Zastanawiał się, co będzie, kiedy skończy im się żywność.Tu nie było łatwo przeżyć.Ponadto Edwards spędził na Islandii zaledwie parę miesięcy i nie miał jeszcze okazji odbyć samotnej wycieczki w głąb wyspy.Nie łap dwóch srok za ogon – mruknął do siebie.– Ludzie wszędzie potrafią się wyżywić.Muszą tu istnieć jakieś farmy.Znajdziemy je na mapie.– Śmigłowiec! – krzyknął Garcia.Edwards już wcześniej zorientował się, że ten żołnierz ma sokoli wzrok.Jeszcze nie słyszeli nawet dźwięku silnika, ale porucznik był pewny, że maszyna musi znajdować się gdzieś nad horyzontem i nadlatuje od strony morza.–Wszyscy na ziemię! Sierżancie, proszę podać mi lornetkę – odezwał się Edwards, siadając na kawałku lawy.Obok przycupnął Smith.–To hip, sir.Transporter piechoty – powiedział i wręczył porucznikowi szkła.–Wierzę panu na słowo – odparł Edwards.Obserwował z uwagą niezgrabny kształt znajdujący się w odległości jakichś pięciu kilometrów.Obiekt kierował się na południowy wschód w stronę Hafnarfjórduru.– Wygląda na to, że leci do portu.Och, przybyli na okręcie.Chcą tam zacumować, a wojsko ma przygotować teren do tej operacji.–Zapewne tak – przyznał sierżant Smith.Edwards obserwował helikopter do chwili, gdy ten skrył się za dachami budynków.Po niecałej minucie maszyna pojawiła się znowu, ale tym razem skierowała się na północny zachód.Porucznik zlustrował dokładnie horyzont.–Chyba widzę tam jakiś okręt.MV „Julius Fućik" Kierow zbliżył się powoli do stołu nakresowego.Towarzyszył mu lekarz wojskowy.Pompy z trudem dawały sobie radę z wdzierającą się do wnętrza statku wodą.Dziób byłjuż zanurzony o pół metra głębiej niż zwykle.Przenośne urządzenia do usuwania wody umieszczono w zęzach tak, by mogły wylewać wodę przez dziurę wybitą przez amerykańską rakietę.Kapitan uśmiechnął się słabo pod nosem.Lekarz podążał za nim krok w krok.Generał przystawił Kierowowi do głowy pistolet, nastając, by ten pozwolił zaaplikować sobie kroplówkę z osoczem i zrobić zastrzyk z morfiny.Za to ostatnie kapitan był Andriejewowi wdzięczny – choć ciągle jeszcze czuł ból, lecz nie tak silny jak poprzednio.Irytowała go natomiast butelka z plazmą, którą medyk trzymał cały czas w górze, nie odstępując kapitana na krok.Ale Kierow zdawał sobie sprawę, że jest to konieczne.Musiał przeżyć jeszcze kilka godzin.I kto wie? – pomyślał.– Jeśli lekarz okaże się dobry, może wyjdzie z tego…Miał na głowie ważniejsze sprawy.Nigdy nie był w tym porcie i znał go wyłącznie z mapy, a nie dysponował pilotem.Ponadto nie mógł znaleźć holowników, zaś te, które wiózł i które służyły do przemieszczania barek, były zbyt słabe, aby wciągnąć jego jednostkę do basenu portowego.Nad statkiem pojawił się wracający z pierwszego kursu helikopter.Cud, że w ogóle lata – pomyślał kapitan, mając w pamięci drugi śmigłowiec, zniszczony podczas nalotu.Ten też dostał.Mechanicy natychmiast ugasili ogień, zalewając wszystko potężną kurtyną wody.Maszyna wymagała wprawdzie kilku drobnych napraw w miejscach, gdzie trafiły ją pociski i odłamki, ale oto teraz wisiała nad statkiem, szykując się do lądowania na pokładzie.–Jak się czujecie, kapitanie? – zapytał generał.–A jak wyglądam? – odparł z bolesnym uśmiechem Kierow.Generał zdawał sobie sprawę, że powinien po prostu siłą zaprowadzić rannego do izby chorych; ale kto wtedy wprowadziłby ich do portu? Kapitan Kierow umierał na jego oczach, a on był bezradny.Lekarz powiedział to wystarczająco wyraźnie.Wewnętrzny krwotok nie ustawał.Samo osocze i bandaże nie mogły załatwić sprawy [ Pobierz całość w formacie PDF ]