[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Podczas krótkiego arktycznego lata bryły pływającego lodu kruszyły się nawzajem przy wtórze donośnego trzasku.Hałasy te oraz nieustanny huk i głuche pomruki dobiegające z terenów pokrytych wiecznym lodem niosły się ponad biegunem przez całą Arktykę, docierając aż do północnych wybrzeży Alaski.–A cóż to takiego? – McCafferty zwielokrotnił powiększanie peryskopu.Dostrzegł coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak wysunięty z wody peryskop.Po chwili zagadkowy kontur zniknął – i znów się pojawił.Przypominająca kształtem sztylet płetwa grzbietowa samca miecznika.Oddech stworzenia znaczył strumień wyrzucanej w górę wody.Po chwili kapitan spostrzegł kilka następnych zwierząt.Orki? Było ich tam całe stado.Zapewne polowały na foki.Zastanawiał się chwilę, czy to dobry znak, czy zły.Naukowa nazwa:Orcinus orca – Niosący Śmierć.–Sonar, macie coś na jeden-trzy-dziewięć?–Jedenaście mieczników.Trzy samce, sześć samic i dwa małe.Są bardzo blisko.Współrzędne: zmienne – odparł jakby z urazą w głosie szef hydrolokacji.Jeśli nie było innych rozkazów, panował ścisły zakaz meldowania o "zoologii".–Doskonale – McCafferty mimowolnie uśmiechnął się pod nosem.Pozostałe okręty podwodne biorące udział w "OperacjiDoolittle" rozciągnięte były na przestrzeni ponad dziesięciu mil.Jeden po drugim zanurzały się i kierowały pod pokrywę lodową.Godzinę później procesja dotarła już pięć mil w głąb terenu wiecznego lodu.Cztery tysiące metrów niżej ścieliło się dno Wielkiej Głębiny Barentsa.Islandia – Nie widzieliśmy dziś ani jednego helikoptera – zauważył sierżant Smith.Edwards spostrzegł, że rozmowa stanowi miłe odwrócenie uwagi od faktu, że jedzą surową rybę.Popatrzył na zegarek.Należało połączyć się ze Szkocją.Doszedł już do takiej wprawy, że mógł radio składać i rozkładać we śnie.–Brytan, tu Ogar.Sytuacja nieco się unormowała.–Zrozumiałem, Ogar.Gdzie jesteście?–Około czterdziestu sześciu kilometrów od celu – odparł Edwards.Popatrzył na mapę i podał współrzędne.Z mapy wynikało, że musieli jeszcze przekroczyć jedną szosę i przebyć pasmo wzgórz.– Poza tym nic nowego.Może tylko to, że dzisiaj nie zaobserwowaliśmy żadnego helikoptera.Edwards popatrzył w górę.Niebo było nadal czyste.Przeważnie raz czy dwa razy dziennie widywali przelatujące myśliwce.–Przyjąłem, Ogar.Jeśli chcesz wiedzieć, dziś o świcie marynarka wysłała myśliwce, które spuściły Rosjanom tęgie lanie.–To pięknie.Od chwili tamtego spotkania z helikopterem nie widzieliśmy Rosjan.Kontrolerowi w Szkocji przeszedł po krzyżu dreszcz, a Edwards ciągnął dalej:–Mamy już dosyć tych ryb, ale samo łowienie jest kapitalne.–A jak twoja dama?Mike'a rozśmieszyło to określenie.–Nie hamuje nam tempa, jeśli o to ci chodzi.Coś jeszcze?–Nie.–W porządku, jak będziemy mieli coś ciekawego, połączymy się.Edwards wyłączył radio.–Nasi przyjaciele twierdzą, że lotnictwo morskie dało dziś Rosjanom nieźle w kość.–W samą porę – odparł Smith.Zostało mu jeszcze pięć papierosów.Teraz wpatrywał się w nie i myślał zapewne, czy uszczuplić ich liczbę do czterech.Obserwujący go Edwards spostrzegł, że sierżant wyjął jednak zapalniczkę i zaczął truć samego siebie.–Idziemy do Hvammsfjórduru? – spytała Vigdis.–Po co? *- Ktoś widocznie chce wiedzieć, co tam jest – odparł Edwards.Rozwinął mapę taktyczną.Wynikało z niej, że wejście do zatoki jest pełne skał.Po chwili dopiero uświadomił sobie, że na mapie wysokości podaje się w metrach, a głębokości w sążniach…Keflavik – Ile?Dowódca pułku myśliwców wysiadł ostrożnie z helikoptera.Rękę miał przybandażowaną do piersi.Katapultując się ze zniszczonej maszyny, pułkownik wybił sobie bark, a kiedy lądował na skalistym, górskim zboczu, zwichnął jeszcze nogę w kostce i pokaleczył twarz.Odnaleziono go dopiero po jedenastu godzinach.Generalnie mógł mówić o dużym szczęściu… jak na durnia, który wpędził swój dywizjon w taką pułapkę.–Pozostało pięć sprawnych maszyn.Z uszkodzonych naprawiliśmy dwie.– Pułkownik zaklął.Mimo zastrzyku z morfiny czuł narastającą wściekłość.–A ludzie?–Odnaleźliśmy sześciu, wliczając was.Dwaj są cali i zdrowi.Mogą lecieć choćby zaraz.Reszta trafiła do szpitala.Niedaleko wylądował drugi helikopter.Wysiadł z niego generał wojsk powietrznodesantowych i ruszył w ich stronę.–Cieszę się, że żyjecie.–Dziękuję, towarzyszu generale [ Pobierz całość w formacie PDF ]