[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Podzielę się z nimi majątkiem i w razie konieczności zadbam o ich utrzymanie.Ich potomstwo będę traktował niczym własne rodzeństwo i wszelkimi dostępnymi sposobami nauczę Sztuki: będę też wykładał Sztukę innym.Nabyte przeze mnie umiejętności wykorzystam w miarę mych zdolności i wiedzy dla dobra ludzkości, i nie skorzystam z nich w złym celu.Nigdy też nie zaszkodzę nikomu myślą, nawet gdyby sam mnie o to prosił.Jeśli będę wnikał w czyjąś świadomość, zrobię to kierując się ogólnym dobrem i nie ulegnę pokusom; powstrzymam się też od czynienia szkód.Zawsze kiedy odczytam lub usłyszę w umyśle jakiegoś człowieka to, co nie powinno być ujawnione, zachowam milczenie, chroniąc najświętszą z tajemnic.W czytelni grupa trzeciaków żwawo tkała plecionkę myśli, omawiając jednocześnie wydarzenia międzynarodowe.Pośród starszych znalazł się tu utalentowany dwunastolatek, który ozdabiał nudnawą dyskusję celnymi a niespodziewanymi uwagami, umieszczając je w wątkach osnowy, każdy zaś splot komentował głosem.Całość była zabawna i bardzo interesująca.W gabinecie rektora Powell zastał sytuację graniczącą z wybuchem paniki.Wszystkie drzwi otwarte były na oścież, na przemian wbiegali i wybiegali przez nie sekretarze i urzędnicy.Staruszek Tsung H’sai, prezydent i rektor Ligi, przysadzisty mandaryn o ogolonej czaszce i szlachetnej twarzy, stał pośrodku gabinetu i grzmiał jak burza.Był tak rozjuszony, że posługiwał się głosem, co z kolei wprawiało w stan szoku jego współpracowników.–Guzik mnie obchodzi, jaką nazwę ci łajdacy raczyli sobie wymyślić! – szalał Tsung H’sai.– Nie są nikim innym, jak tylko bandą samolubnych, dbających jedynie o własne sprawy zacofańców.Byli uprzejmi zatroszczyć się o czystość rasy, dobre sobie! Mówią mi o arystokracji, ha! Pogadam ja z nimi! Zadam im bobu! Miss Prinn! Miss Pr-i-nnn!Miss Prinn, przerażona perspektywą pisania pod ustne dyktando, wśliznęła się do gabinetu.–Proszę wysłać list do tych łobuzów! Do Związku Esper Patriotów.Dżentelmeni… Witam, Powell.Nie widziałem pana od wieków.Jak tam Niegodziwy Abe? Zorganizowana przez waszą szajkę akcja, mająca na celu obniżenie podatków płaconych przez członków Ligi, które przeznacza się na kształcenie młodych esperów i rozszerzanie treningu ESP na pozostałą część ludzkości, trąci zdradą i graniczy z faszyzmem.Akapit…Oderwawszy się na moment od swej filipiki, T’sung w myślach zrobił oko do Powella.–Znalazł już pan teledziewczynę swoich marzeń?–Jeszcze nie, sir.–Niech pana diabli, Powell! Ożeń się, człowieku! – ryknął T’sung.– Nie mam zamiaru tkwić tu do końca świata.Akapit, miss Prinn.Skarżycie się na uciążliwość podatków, rozprawiacie o elitarności grupy środowiska wnikaczy, powołujecie się na opinię, głoszącą nieprzydatność treningu esperów dla większości ludzi… O co chodzi, Powell?–Chciałbym skorzystać z sieci, sir.–To niech pan nie zawraca mi głowy.Proszę pomówić z moją drugą sekretarką.Miss Prinn, od nowego wiersza.Dlaczego nie raczycie, panowie, otwarcie przyznać się do tego, co was naprawdę boli? Jesteście pasożytami, chcącymi zachować umiejętności ESP dla ograniczonego kręgu osób, by móc maksymalnie wykorzystywać pozostałą część ludzkości.Niczym pijawki, pragniecie…Powell delikatnie zamknął za sobą drzwi i zwrócił się do drugiej sekretarki T’sunga, która niczym osika trzęsła się w kącie.–Naprawdę macie takiego pietra?Wizerunek zmrużonego oka.Dygocącego znaku zapytania.–Gdy Papa T’sung tak się rozjuszy, pozwalamy mu myśleć, że konamy ze strachu.To znacznie poprawia jego samopoczucie.On nie cierpi występować w roli Świętego Mikołaja.–No cóż, ja także jestem Świętym Mikołajem.Oto coś, co może pani włożyć do pończochy.Położył na biurku rysopis i fotografię Barbary D’Courtney.–Jaka piękna dziewczyna! - zachwyciła się sekretarka.–Chcę, by rozesłano to siecią.Nadajcie to jako pilne.Podkreślcie wysokość nagrody.Przekażcie, że wnikacz, który odkryje mi miejsce pobytu Barbary D’Courtney, przez rok zwolniony będzie z podatku na rzecz Ligi.–Juhuuu! – sekretarka aż podskoczyła.– Ale czy będzie pan mógł przeprowadzić tę uchwałę?–Myślę, że mam dostateczne wpływy w Radzie, by to przegłosowano.–Taka nagroda pobudzi całą sieć.–Właśnie o to mi chodzi.Chcę, by każdy wnikacz poderwał się na nogi.Jedyny prezent pod choinkę, o jakim marzę - to informacje o tej dziewczynie.Kasyno Quizzarda wysprzątano i doprowadzono do połysku podczas przerwy popołudniowej – jedynej chwili wypoczynku, na jaką pozwalają sobie gracze.Ze stołów bilardowych i stołów do ruletki starto kurz, wypolerowano wszystkie okucia, oczyszczono zielone stoliki do gry w karty.W kryształowych kubkach lśniły już białe jak cukier sześciany kości.Na ladach kas poustawiano też kuszące słupki suwerenów, monet cieszących się jednakową estymą i wśród graczy, i w przestępczym podziemiu.Ben Reich zasiadł za jednym ze stołów w towarzystwie Jerry’ego Churcha i niewidomego krupiera, Keno Quizzarda.Quizzard był potężnym grubasem o nieco sflaczałych już mięśniach, płomiennoczerwonej brodzie, chorobliwie bladej cerze i złych, nieruchomych, pokrytych bielmem oczkach.–Zna pan już cenę – odezwał się Reich do Churcha.– Ale, Jerry, ostrzegam pana.Jeśli nie lubi pan kłopotów, proszę nie próbować we mnie czytać.Jestem chodzącą trucizną.Jeśli dowie się pan, jakie są moje myśli, pozostanie panu już tylko jedno – Przeróbka.Proszę, niech pan rozważy moje słowa.–Jezu – kwaśnym tonem mruknął Quizzard.– Sprawy stoją aż tak źle? Panie Reich, nie tęskno mi do Przeróbki.–A komu tęskno? Pan, Keno, o czym na przykład marzy?–Też pytanie! – Keno sięgnął za siebie, pewnym ruchem dłoni zdjął z kasy rulon suwerenów i przesypał je z ręki do ręki.Monety zadźwięczały.– Oto przedmiot moich pragnień.–Keno, niech pan wymieni najwyższą cenę, jaka przyjdzie panu do głowy.–Cenę za co?–Do diabła! Kupuję u pana nieograniczone usługi z pokryciem kosztów.Niech mi pan powie, ile muszę za to zapłacić… za gwarancję dostania tego, o co poproszę.–Sporo.–Mam trochę grosza [ Pobierz całość w formacie PDF ]