[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Walczyli milcząco i zaciekle, bez owej fantazji, która choć w znikomy sposób rozjaśnia niekiedy mrok najbardziej ponurych zajść.Padały uderzenia, sypało się szkło, pękały łamane krzesła.Przyparci do ściany, bronili do siebie dostępu, dziewczęta — ale już tylko dwie, bez tej małej Sylwestra, która płakała gdzieś w kącie — miotały się jak oszalałe lwice.One też jedne krzyczały.Bez żadnych słów, samym zawodzącym dźwiękiem, który niósł się daleko w wieś, jak głos alarmowej syreny.Pierwszy zaczął krwawić Sylwester.Zdążył odskoczyć w porę, ale butelka, rozprysła o ścianę, skaleczyła mu policzek.Otarł ręką krew i zamiast pomyśleć o ucieczce, odsunąłLenkę, która nagle znalazła się między nim a Kowalczykiem, i runął na niego całym ciałem.Upadli na ziemię i tarzali się po niej ze zmiennym szczęściem, dopóki na pomoc Kowalczykowi nie przyszło dwóch innych i Sylwester był już teraz na spodzie, wciąż na spodzie, pod nimi wszystkimi.Jeszcze kopał, gryzł, prężył się i rozprężał, odrzucając ich od siebie, ale już siedzieli mu na głowie, już deptali po piersiach, już wgniatali pięści w gardło.Michał odrzucił ich kilkoma uderzeniami, aż zatrzymali się przy ścianie, ocierając krew z przeciętych warg.Ale na ich miejsce runęło sześciu innych i opierali się teraz im we dwóch, rozwścieczeni przewagą napastników, nabierający siły z ich furii i bezwzględności.Hubert został teraz pod ścianą sam, z Celką tylko, i z krzesłem w dłoni, które służyło mu do obrony i ataku.Z magnetofonu bił bez przerwy nieposkromiony i niezaangażowany w walkę, biegnący obok i ponad nią — twist.Hubert, jak długo go słyszał, wciąż tkwił w podświadomym przeświadczeniu, że jeszcze nie dzieje się nic złego, że wszystko jest w jakiejś przedziwnej, wypaczonej i skrzywionej normie; dopiero gdy w magnetofon trafiła jakaś butelka i melodia się urwała — cisza, która nagle zapadła, odebrała mu resztki rozsądku i opanowania.Porzucił ścianę i Celkę i skoczył na pomoc tamtym dwom, których nie było już prawie widać w tłumie atakujących.— Zabiją ich! — krzyknął ktoś wreszcie.— Ludzie! Zabiją inżynierów!Teraz i Wieczorek, przyglądający się dotąd ze sportową ciekawością zajściu, oprzytomniał i rzucił się do drzwi.— Milicja! Na pomoc! Milicja!Okrzyk był zwrotem retorycznym, manifestacją wypływającą ze strachu przed odpowiedzialnością —- nie zawiadomiono posterunku milicji o zabawie i tylko przypadek mógł zrządzić, aby dwóch milicjantów, którzy może akurat w tej chwili byli na objeździe sąsiednich gromad, usłyszało to wezwanie.Mimo to Wieczorek stał na progu i nie przestawał krzyczeć, na postrach walczącym, sobie na otuchę.— Milicja! Ratunku! Milicja!I już niosła się od domu do domu wieść: biją inżynierów! Zrywano się z łóżek, w bieliźnie i w byle jak narzuconym ubraniu wybiegano z domów.— Milicja! — wrzeszczał Wieczorek.Ludzie, którzy otoczyli gromadzką świetlicę cisnąc się do drzwi i okien, zaczęli się nagle rozstępować.I wtedy zobaczono jak środkiem drogi w nie dopiętej sutannie sadzi ksiądz, zadyszany z pośpiechu i oburzenia.— Gówniarze! — krzyknął — ja wam tu zaraz bez milicji dam radę!Ci w świetlicy nie widzieli go jeszcze i kiedy wtargnął między nich, posypały się ciała w lewo i w prawo, uciszyło się w mgnieniu oka.Na placu wokół księdza został tylko Hubert obmacujący swoją szczękę, Michał z obdartym rękawem i Sylwester nieruchomo rozciągnięty na podłodze.— Bandyci! — powiedział ksiądz do tłumu.— Bandyci! Teosia, która zdyszana przystanęła w progu, zaniosła się głośnym płaczem.Wiktor wyskoczył przed księdza i, bijąc się głośno w piersi, zawołał łamiącym się głosem:— Ja go nie tknąłem! Przysięgam księdzu, że nie tknąłem.Ksiądz odsunął go ramieniem, aż oparł się plecami o ścianę obok pozostałych.Michał pochylił się nad leżącym.Chłopak był blady, bezwładnie rozciągnięty na podłodze.Pod jego ramieniem czerwieniła się plama krwi.Gaj odpiął mu koszulę i poszukał dłonią serca.— Co pan inżynier? — odezwał się Sylwester otwierając oczy.Usiłował się podnieść, ale mu się to nie udało.Ksiądz przyklęknął i podsunął mu ręce pod plecy.— Nie, proszę księdza, nie — protestował chłopak.Nie mógł znieść tego, że potrzebuje pomocy i sam, przygryzając wargi z bólu, zaczął się zbierać z podłogi.Dokonał tego jakoś, choć stał niepewnie.Michał dotknął jego pleców poplamionych krwią.— Panie inżynierze — szepnął.Myślał, że Gajowi chodzi o kurtkę bezpowrotnie zniszczoną.— Ja ją panu odkupię.— Nie wygłupiaj się.Dlaczego krwawisz? Sylwester dotknął swoich żeber.— To nie ja, panie inżynierze, to tamci.Ksiądz stał wciąż pośrodku sali i przyglądał się twarzom swoich parafian.Nie mówiłnic i ludzie też milczeli nie podnosząc opuszczonych głów.Tylko Celka patrzyła księdzu prosto w oczy.Wyglądała żałośnie, poszarpana i potargana, ale patrzyła księdzu prosto w oczy i nie ona, a ksiądz odwrócił najpierw wzrok.— Możesz sam iść? — spytał Gaj Sylwestra.— Co pan inżynier? — obruszył się znowu chłopak.Zatoczył się, ale powiódłbłyszczącym spojrzeniem po sali.Michał go podtrzymał.— Zęby mi się stąd nikt nie ruszył — odezwał się ksiądz.— A wy idźcie! — zwróciłsię do geologów.— Dziękujemy księdzu! — powiedział Hubert.Patrzył na Celkę, a ona na niego.— I wy także! — rzucił ksiądz do dziewczyn.— Nie — powiedziała Celka.— My zostaniemy.W milczeniu zaszli na wzgórze.Tylko Sylwester klął i postękiwał od czasu do czasu, a Hubert raz jeden nie wytrzymał i westchnął:— Mam nadzieję, że doktor śpi.Poruszając się jak najciszej, zabrali mydło i ręczniki i zeszli nad rzekę.Płynęła srebrna i cicha, leniwie przesuwając swój grzbiet pod niskimi wierzbami.— I ja, idiota ostatni — mruknął Michał — łażę gdzieś, zamiast siedzieć tu z wędkami.Teraz jemu nikt nie odpowiedział.Myli się w milczeniu, chłodząc rany i opuchliznę zimną, kojącą wodą.Nie mówili też nic wstępując z powrotem na ścieżkę prowadzącą do baraku — nawet wtedy, kiedy widzieli już, że na progu ktoś siedzi i kiedy byli już pewni, że to Celka.Wstała i czekała nie ruszając się z miejsca, aż się zbliżyli.Wtedy chwyciła dłoń Huberta i pociągnęła go za sobą.Oczy miała suche, ale twarz płonącą i opuchniętą od niedawnych łez.Objął ją i, nie oglądając się za siebie, weszli do lasu.A oni stali przed barakiem i patrzyli za nimi.Powiem im — myślał — powiem im, że gdybym został tego dnia razem z nim, gdybym miał dość siły, żeby tak bardzo nie pragnąć stąd uciec, nie stałoby się to, co się stało.Nie zginąłby on, nie zginęłoby ich dwoje, cierpienie, którego i tak nie dałoby się uniknąć, miałoby inny wymiar i zupełnie inny sens.Opuścił głowę, żeby nie patrzeć, tak jak oni, w splątane gałęzie tarniny, w których wilga od dawna przestała już śpiewać.Powiem im — myślał — że przecież nie mogłem tego przewidzieć.Nikt nie mógł tego przewidzieć.Więc wszyscy są niewinni i ja także.Tylko tyle, że można było mniej myśleć o sobie, ale to się nie wszystkim udaje.Chyba kochałem, ją naprawdę, bo bardzo to wtedy zabolało.A teraz już nie? W każdym razie mniej, na tyle mniej, aby można było spokojnie żyć obok drugiego człowieka, nie zdradzając się, że jeszcze boli.Więc czy trzeba im powiedzieć, dlaczego pragnął uciec tamtego dnia? I że nie wrócił, choć przyrzekł komuś, że wróci.ale to już nie mogło ich obchodzić, to już należało tylko do niego [ Pobierz całość w formacie PDF ]