[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Tylko cienie głazów przesuwały się niemal niedostrzegalnie, gdy ogromne słońce opadało za horyzont, krwawiąc długą strugą zamglonego światła, która zalała już połowę jego krawędzi.Według zegarka Dorthy było już po południu, kiedy dotarła z Andrewsem do granicy lasu - rzadkich i wątłych krzewów, kurczowo trzymających się każdego skrawka suchej jak pieprz ziemi gromadzącej się we wgłębieniach zastygłej lawy.Odpoczęli kilka minut, żując słodki koncentrat i popijając z manierek.Patrząc na ciemną linię lasu, Dorthy zastanawiała się, czy powinna zażyć aktywator.„Nie, jeszcze nie.Cierpliwości.Cierpliwości i spokoju”.Zaczynając najtrudniejsze, najniebezpieczniejsze zadanie, będzie potrzebowała i jednego, i drugiego.- Jak się czujesz? - zapytał Andrews.- Myślę, że naprawdę powinieneś mnie ponieść.- Wprawdzie cieszę się, że ze mną idziesz, ale nie aż tak.Myślisz, że to tam jest?Zrozumiała o co mu chodzi.- Jeszcze nie zażyłam aktywatora.Zrobię to dopiero wtedy, kiedy będę pewna, że powinnam.- Przedtem obyłaś się bez niego, w dodatku ze sporej odległości.- Oczywiście, ale wówczas byłam w transie.Nie sądzę, żebym kiedykolwiek była tak wrażliwa.I nie mam nadziei, że powtórnie będę.To jak spróbować stanąć nago na powierzchni słońca.Andrews zerknął na nią.Był cieniem siedzącym na sterczącej skale, na tle usianego gwiazdami nieba.Ledwie dostrzegła jego uśmiech.- Nie lubisz twojego talentu.- Chyba nie.- A przecież to nie ty się odsłaniasz, tylko my.Możesz czytać w myślach każdego z nas.- Och nie, to ja jestem odsłonięta.Bombardowana.Gąszczem informacji, jakby z tuzina jednocześnie puszczonych taśm hipermedialnych.Gdybym nie potrafiła skupić się na jednym źródle, oszalałabym.Niektórzy utalentowani i tak tracą zmysły.Raz wybielaczem, raz zaostrzonym nożem kuchennym… Wtedy była o wiele njłodsza.- Znałem jedną czy dwie osoby posiadające talent - powiedział Andrews.- Były cholernie dziwne.- A ja?Natychmiast pożałowała tego pytania.- No dobrze - rzekł - trzymaj się z daleka od tego wszystkiego, dobrze? Nie pozwól się skrzywdzić.Dlatego cieszę się, że ze mną poszłaś.To bardzo miłe.Nie samolubne, jeśli rozumiesz co mam na myśli.Próbował być uprzejmy, ale i tak ją to dotknęło, podczas gdy kiedyś odbiłoby się to tylko od pancerza wyćwiczonej obojętności.Przypomniała sobie, że Arkady Kilczer powiedział kiedyś coś podobnego i przez moment widziała jego łagodny zmęczony uśmiech, charakterystyczny gest, jakim odgarniał niesforny kosmyk z czoła.Przygryzła wargę i powiedziała:- Powinniśmy już ruszać.- W porządku.Jednak mówiłem serio.Cieszę się, że tu jesteś.Znów zaczęli się wspinać i niebawem szli pod niskimi drzewami o splątanych, paskowych liściach, jak drzewa w kalderze wokół twierdzy.Długie korzenie ściskały płytką warstwę kamienistej gleby, poprzecinaną siecią zdrewniałych pnączy.Potem stok zaczął opadać łagodniej i drzewa zastąpiła łąka, pokryta znajomymi fioletowymi pnączami.Biegła łukiem po obu stronach, otaczając brzeg krateru, którego symetryczna misa była pokryta niesamowicie czarnym materiałem, niewątpliwie odbijającym promieniowanie radiowe.Niecka miała około kilometra średnicy, lecz w tym kiepskim świetle trudno było to dokładnie ocenić.Na środku wznosiło się coś, co z pewnością było anteną, podtrzymywaną linami przeciągniętymi z trzech skośnych wież.Andrews podszedł do krawędzi.Dorthy ostrożnie poszła za nim, czując się zupełnie odsłonięta.Była pewna, że gdzieś coś ją obserwowało, oceniając i czekając na odpowiednią chwilę.Andrews wskazał na szczelinę po drugiej stronie krateru, płonącą w czerwonym świetle zachodzącego słońca.- Zdjęcia satelitarne sugerowały, że tam coś może być - rzekł i spojrzał przez lornetkę.Po chwili podał ją Dorthy.Obraz był ziarnisty, gdyż użył maksymalnego powiększenia.- Pod drzewami, na prawo - rzekł Andrews.- Widzisz?- Widzę.Niskie mury na tle stromego zbocza, prawie zasłonięte przez gąszcz drzew.Tu i tam wznosiły się przysadziste wieżyczki o płaskich szczytach.Całość wyglądała na dawno opuszczone ruiny.- Nic dziwnego, że niewiele widzieliśmy z orbity - oznajmił Andrews, kiedy Dorthy oddała mu lornetkę.- Wyczuwasz coś?- Ktoś mnie obserwuje.- Do diabła - mruknął.- Ja też to czuję, to zupełnie naturalne.Oto centrum wydarzeń na tej planecie.Chodź, chcę obejrzeć tę wieżę.Ruszyli w kierunku najbliższej z trzech wspornikowych konstrukcji.Andrews był podniecony, ale Dorthy zachowała rezerwę, gdyż wciąż miała wrażenie, że ktoś ich obserwuje.Chociaż Andrews zbagatelizował to, nie miał racji.Jednak nie dostrzegli stadników ani jakichkolwiek innych śladów życia.Wieża wznosiła się pod ostrym kątem z opadającego na dno niecki zbocza: masywna, solidna konstrukcja podtrzymywana żłobionymi wspornikami, czarna na tle nieba.Andrews wbił nóż w jedną z przypór.Ostrze weszło bez trudu, a kiedy postukał rękojeścią we wspornik, ten głucho zadudnił [ Pobierz całość w formacie PDF ]