[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Nie wierzę w ani jedno słowo na ten temat – oświadczył.– Fleet nie jest zdolny do czegoś takiego.Pokrzepiłem się łykiem ponczu.– Miło mi to słyszeć, sir.– Jest za niski – mówił dalej, jakby nie słyszał.– Pomyśl o tym, Mack.Jak, u diabła, Samuel Fleet mógł znieść po schodach człowieka tak wysokiego i ciężkiego jak kapitan, przenieść przez dziedziniec, na oddział dla pospólstwa, i samemu powiesić go na belce w karcerze? I nie zapominaj, że Roberts był wtedy tylko martwym ciężarem.– Wyciągnął ręce, jakby niósł na nich ciało, i pokręcił głową.– Nie, jestem całkowicie pewien, że nie mógł tego zrobić.Hm… – przerwał.– Nie sam.Wyjąłem tytoń i zapaliłem fajkę.Wokół nas było wesoło, radosne okrzyki, śpiewy i krzyki zagłuszające inne hałasy, dziwki ściągnięte z miejscowych burdeli wołały o więcej drinków.Ale tu, przy stole, miało się wrażenie, jakby zapanował chłód.– Chyba nie wierzysz, że Fleet zamordował kapitana Robertsa, prawda, Mack?– Oczywiście, że nie zamordował – odparł pospiesznie Trim.A potem do Macka: – Oni będą spali tej nocy w jednym pokoju.Na litość boską…Mack zignorował go.– Musisz coś wiedzieć o panu Fleecie: on nigdy nie śpi.Jest z tego znany.Ale w noc śmierci kapitana Robertsa przespał całą noc, aż do rana.Tak mówi.Martwy dla świata.Wygodne, co? Widzę to tak: albo Fleet kłamie, a wiadomo, że czyni tak za każdym razem, kiedy otwiera usta… Albo spał, a ktoś inny wpadł do pokoju, zbił Robertsa na krwawą miazgę i wyciągnął go, żeby powiesić jak psa.– Oparł się.– To zdaje się być dla pana bardziej prawdopodobne, panie Hawkins? – uśmiechnął się ponuro.– I tam właśnie będzie pan spał tej nocy.Fleet nazywa to Belle Isle.To chyba dowcipne, w jego pojęciu.Powiem ci coś za darmo.Powinieneś wziąć ten pierwszy pokój, który dał ci Grace.Lepiej umrzeć na ospę niż żeby diabeł miał cię zamordować we własnym łóżku.Niełatwo było poprawić humor po takiej rozmowie, ale Trim robił, co mógł i wszyscy wkrótce doszli do siebie.Rozmowa przeszła na pieniądze, wierzycieli i spadki – ten sam refren latał nad stołem, że będą wkrótce wolni…, że przyjaciel obiecał sumiennie… że ich adwokaci są zupełnie pewni…Siedziałem cicho, ich nadzieje i plany spływały po mnie.W przeciwieństwie do nich nie miałem nadziei ani obietnicy spadku.Trzy lata wcześniej wróciłem do domu w Suffolk, żeby objąć stanowisko wikarego w kościele ojca.Zawsze marzył o tym, żeby syn dołączył do niego – a z czasem został proboszczem w jego parafii.Usiłowałem przekonać siebie, że to także moje marzenie.Innymi razy miałem ochotę wykrzyczeć prawdę – nie jestem swoim ojcem.Nie chcę strawić życia na służbie w cichej parafii w Suffolk, obowiązkowy, solidny i dobry.Sama myśl o takim życiu wywołuje ból w piersi, jakby ktoś położył mi na sercu wielką skałę.Ukrywałem tę prawdę najgłębiej jak mogłem; próbowałem przekonać siebie samego, że mogę się zmienić; zaklinałem się, że gdy tylko przyjmę święcenia, wszystko się zmieni.Zdarzy się cud nad cudami, stanę się takim człowiekiem, jakiego chciałby widzieć we mnie ojciec.Na miesiąc przed wyświęceniem siedziałem wśród wiernych, a mój ojciec ostrzegał, że jeśli ktokolwiek wie, dlaczego nie powinienem przyjąć święceń „z powodu jakiegokolwiek uzależnienia od złych obyczajów, albo jakiegokolwiek skandalu, w którym uczestniczył”, musi to powiedzieć.Kiedy rozglądał się po kościele, zapanowała cisza.Sąsiedzi i przyjaciele uśmiechali się do mnie.Na chwilę spotkaliśmy się z ojcem spojrzeniami i zobaczyłem leciutki błysk dumy.„Zadowoliłem go, pomyślałem.Chociaż raz w życiu zrobiłem coś, co znalazło uznanie w jego oczach”.Wtedy Edmund, mój brat przyrodni, przesunął się trochę na ławce obok mnie.I zanim mogłem go powstrzymać, wstał i wysokim, drżącym głosem powiedział im wszystko o moim skandalicznym życiu w koledżu, odmalowując mnie jako najbardziej rozwiązłego rozpustnika, jaki kiedykolwiek postawił stopę w Oksfordzie.W kilku krótkich zdaniach porwał moją reputację na strzępy w obliczu całej parafii.Potem usiadł z rękami pobożnie złączonymi na podołku.– Wybacz mi, bracie – wyszeptał z cieniem uśmiechu na ustach.– To był obowiązek wobec ojca.I wobec Boga.Mój ojciec nie miał wyboru, musiał przekazać sprawę biskupowi.Przeprowadzono śledztwo.Okazało się, że stwierdzenia Edmunda są przesadzone… ale nie bezpodstawne.W dniu, w którym list biskupa dotarł do probostwa, ojciec wezwał mnie do gabinetu.Od tamtego czasu nie odezwał się do mnie ani słowem – cały niezbędny kontakt utrzymywał za pośrednictwem mojej biednej siostry Jane, która jak zwykle wpadła między nas dwóch.Stałem z wysoko podniesioną głową, zaciśniętymi zębami, kiedy mówił mi, że sprowadziłem wstyd na rodzinę.– Bez spoczynku, całe życie, pracowałem dla parafii – powiedział drżącym głosem.– Teraz śmieją się ze mnie za plecami.– Ojcze, to nieprawda…Oczy rozbłysły mu gniewem.– A co ty niby wiesz o prawdzie? – krzyknął.– Całe twoje życie zbudowane jest na hańbie i oszustwie.Kiedy odchodziłem z domu ojca, Jane wybiegła za mną i rzuciła mi się w ramiona, łzy spływały jej po twarzy.Wycierpiała więcej niż ktokolwiek pod subtelną tyranią macochy, a teraz opuszczałem ją na zawsze.– Tom, obiecaj, że będziesz pisał.Prześlij wiadomość, że jesteś bezpieczny i dobrze ci się wiedzie.Uśmiechnąłem się i pocałowałem ją delikatnie w czoło.– Obiecuję.Ale nigdy nie pisałem.Boże, przebacz, złamałem obietnicę.Kiedy przybyłem do Londynu, przysiągłem, że nigdy już nie skontaktuję się z rodziną.Ojciec mnie wydziedziczył; no i dobrze, ja go też wydziedziczę.Znajdę własną drogę w życiu [ Pobierz całość w formacie PDF ]