[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ale nie od razu.Dopiero w swoim czasie.— Macie taki rozkaz? — spytał zaciekawiony Lars.— Czy sami na to wpadliście?Nikt nie udzielił mu odpowiedzi.— Nie możecie obaj mnie zabić — rzekł filozoficznie siląc się na nonszalancję.Filozoficznie to nie zabrzmiało, nonszalancji zaś nikt nie docenił.— Albo i możecie— stwierdził.— Święty Paweł mówi, że człowiek może ponownie przyjść na świat.Może umrzeć i znów się urodzić.Skoro więc człowiek może narodzić się dwukrotnie,dlaczegóż nie mógłby być dwukrotnie zamordowany?— W pańskim wypadku to nie będzie morderstwo — zauważył siedzący obok poli-cjant.Nie zechciał sprecyzować, czym to w takim razie będzie.Może tego nie da się sprecyzować, pomyślał Lars.Policjanci bali się, byli pełni niena-wiści i.jednocześnie mu ufali.Mieli jeszcze nadzieję, jak Kaminsky.Latami płacili muza to, żeby nie konstruował naprawdę śmiercionośnej broni, a teraz z bezgraniczną na-iwnością lgnęli do niego błagając o pomoc, tak jak błagał Kaminsky, grożąc mu jedno-cześnie śmiercią w razie porażki.Zaczął sobie teraz uświadamiać wiele spraw związanych ze społecznością kogów,o których to sprawach nie miał dotąd pojęcia.Wtajemniczenie w najdrobniejsze arkana funkcjonowania społeczeństwa nie uła-twiało im życia.Cierpieli, podobnie jak Lars.Nie byli dumni, wyniośli i pyszni, czy jakktoś ostatnio powiedział, pełni hubris.Świadomość tego, co naprawdę się dzieje, napa-wała ich niepokojem, tak samo jak brak tej świadomości pozwalał spokojnie spać tłu-mom prosapów.Na kogach spoczywał zbyt wielki ciężar, nie mogli podołać takiej od-powiedzialności, nie byli wystarczająco dojrzali.Ciężar ten przygniatał nawet dwóch82nic nie znaczących gliniarzy i ich kolegów, którzy właśnie upychali do walizek marynar-ki, koszule, buty, krawaty i bieliznę Larsa.Przyczyna takiego stanu rzeczy była następująca:Kogowie wiedzieli, czego i Lars był świadom, że ich los znajduje się w rękach pół-główków.Proste! W rękach półgłówków ze Wschodu i z Zachodu, półgłówków ta-kich jak marszałek Paponowicz i generał Nitz.Półgłówkiem jestem także ja, uświado-mił sobie Lars i poczuł, że pieką go uszy.Kręgi rządzące przerażała władza.Ostatnim„nadczłowiekiem”, czy „człowiekiem z żelaza”, był Józef Stalin.Po nim nastali zwyczajnidrobni śmiertelnicy, którzy jedynie zajmowali stołki i zawierali miedzy sobą układy.Tymczasem to, co mogło już wkrótce się wydarzyć, było bardziej przerażające niżwładza.W jakimś sensie czuli to wszyscy, nawet prosapy.Przyszłość jawiła się w postaci trzech obcych satelitów.— Jesteśmy nad Iceland — rzucił siedzący za sterami policjant, jakby stwierdzał nicnie znaczący fakt.W dole błyszczały światła Fairfax.8215.Parzące światła tworzyły nad Larsem złoto — biały tunel.Przenikający do szpikukości zimny wiatr, który ciągnął od lodowców, wściekle smagał.Lars szybko zmierzałw stronę najbliższego budynku.Drżący z zimna policjanci przyśpieszyli kroku.Wkrótce drzwi szczelnie zamknęły się i cała trójka znalazła się w cieple.Mężczyźniciężko dyszeli.Twarze policjantów poczerwieniały i spuchły, nie tyle z powodu nagłejzmiany temperatur, co z powodu napięcia.Bali się chyba, że nie wpuszczą ich do środ-ka.Ni stąd ni zowąd zjawiło się czterech członków KVB, sowieckiej tajnej policji, ubra-nych w krańcowo niemodne, przedpotopowe wełniane marynarki, wąskie półbu-ty o ostrych noskach i krawaty z dzianiny.Chyba w jakiś tajemniczy sposób oderwa-li się od ścian pomieszczenia, w którym stali dysząc Lars i dwaj funkcjonariusze policjiNarodów Zjednoczonych Zachodniego Bloku.Potem miało miejsce odkrycie prawdy: policjanci Zachodniego Bloku i funkcjona-riusze sowieckiej tajnej policji powoli i w milczeniu pokazali sobie nawzajem identyfi-katory.Przytaszczyli ze sobą, jak stwierdził Lars, z pięć kilo materiałów identyfikacyj-nych na głowę.Wymienianie kart, portfeli i kluczy reagujących na fale mózgowe właści-ciela zdawało się trwać wiecznie.I nikt nic nie mówił.Żadna z sześciu osób nie patrzyła na pozostałych.Wszyscy sku-pili się wyłącznie na materiałach identyfikacyjnych.Lars oddalił się od policjantów i znalazł automat, który sprzedawał czekoladę.Wrzuciłmonetę i po chwili otrzymał papierowy kubeczek.Stał i popijał gorący płyn.Był zmę-czony, bolała go głowa.W dodatku przypomniał sobie, że się nie ogolił.Wiedział, że jegowygląd jest poniżej wszelkiej krytyki, wręcz fatalny.I to w takiej chwili.W takich oko-licznościach.Kiedy policjanci z Bloku Zachodniego zakończyli wymienianie materiałów identyfi-kacyjnych ze swymi odpowiednikami ze Wschodniego Oka, Lars rzekł ze zjadliwościąw głosie:— Czuję się jak ofiara gestapo.Wyrzucony z łóżka, nie ogolony, w najgorszych rze-czach i mam stanąć przed.8485— Nie stanie pan przed Reichsgericht — przerwał mu policjant ze WschodniegoOka.Jego angielski był tak poprawny, że aż z lekka trącił sztucznością.Nauczył się go pew-nie dzięki taśmom edukacyjnym.Larsowi natychmiast przyszły na myśl roboty i andro-idy porozumiewające się cichym, bezbarwnym, obojętnym głosem.Takie skojarzeniadobrze nie wróżyły.Lars przypomniał sobie, że wiążą się z pewnym rodzajem choróbpsychicznych, ogólnie rzecz biorąc z uszkodzeniem mózgu.Jęknął.Teraz zrozumiał, comiał na myśli T.S [ Pobierz całość w formacie PDF ]