[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Służba milcząco nalegała na to.Prawidłowo wypełniała swoje obowiązki i oczekiwała, że państwo równie dokładnie będą wypełniać swoje.Niestety, w tym wypadku wiązało się to z koniecznością zostawienia wierzchowców w pewnej odległości od miejsca spotkania, gdyż konie nie lubią wilków tak samo jak załoga zamku, a w przeciwieństwie do służby rumakom nie można wytłumaczyć, że nie mają do czynienia z dzikim zwierzęciem, ale z przyjacielem rodziny.Jim i Angie musieli przejść co najmniej dwadzieścia metrów, aby dotrzeć do wbitego w ziemię pala.Aargha oczywiście nie było nigdzie widać.–Pewnie chce nas zaskoczyć – szepnęła Angie do Jima, kiedy czekali na wilka.–Nie mam ochoty na takie szczenięce zabawy – rzekł znajomy szorstki głos za ich plecami.Odwrócili się.Stał tam: złowrogi, potężny, złotooki i zębaty, wielkości małego kucyka.–Po prostu nie chcę, żeby coś mnie zaskoczyło.Macie u siebie Briana, prawda?–Skąd wiesz? – zapytał Jim.–Przed chwilą obiegłem zamek – odparł Aargh.– Słyszałem jak jego ogier w stajni wyzywa twojego – bezskutecznie, oczywiście, skoro oba są w różnych boksach.Tylko tak sobie gadał.Ale wszystkie konie są głupie.–Nie powinieneś tak mówić! – zwróciła mu uwagę Angie.–Mówię, co chcę! – odparł Aargh.– Konie naprawdę są głupie.Wszystkie trawożerne są głupie.Jeśli jego koń jest w zamku, Brian też tam jest.Co powstrzymało go od przyjścia tutaj?–Jest ranny – odparł Jim.– Tak więc musi leżeć w łóżku i odpoczywać, aż odzyska siły po utracie krwi.–Ranny? – zdziwił się Aargh.– To fatalnie.Najpierw nie można znaleźć Carolinusa, a potem Brian zostaje ranny.Teraz tylko potrzeba, żeby Dafydd złamał nogę.Wy, dwunodzy, nie możecie obyć się bez jednej kończyny, tak jak my, wilki.Wygląda na to, że decyzja o przyjęciu postawy wyprostowanej nie była jednak tak mądra.A więc w tej sytuacji cały problem spada na moje barki.–Zapomniałeś o Jimie? – rzuciła ostro Angie.–Zapomniałem? Wcale nie – powiedział jej Aargh.– On jest pomocny, jeśli nie złamie nogi.Nie włada jednak mieczem tak jak Brian i nie pośle strzały tak jak Dafydd.Warto umieć takie rzeczy, jeśli urodziłeś się z zębami, które nie przestraszą myszy.–Jako smok… – zaczęła Angie, ale Jim jej przerwał.–W porządku, Angie – powiedział.– Aargh nie chciał mnie obrazić, tylko zwrócić uwagę na pewien aspekt tej sytuacji.Potrzebujemy Briana – nie mówiąc już o Carolinusie.Jednak w tej chwili najważniejszą sprawą jest odnalezienie Roberta, obojętnie, ilu nas jest i jak mamy tego dokonać.–Możecie na mnie liczyć – warknął Aargh.Spojrzał na Jima.– Pewnie chcesz teraz zobaczyć ten otwór?–Owszem – odparł Jim.–No to chodźcie za mną – powiedział Aargh.Odwrócił się do nich tyłem i potruchtał.Ruszyli za nim.Po niecałych trzech minutach marszu dotarli do dziury.Tworzyła czarny krąg w małym pagórku między drzewami, kilka metrów od otwartej przestrzeni, za którą wznosił się zamek.Kiedy tam podeszli, Aargh już stal przy wylocie.Odsunął się, a Jim uklęknął i obwąchał otwór.–Czujesz coś? – zapytał z ironią Aargh.–Nie – odparł Jim, podnosząc się z ziemi.– Nie wyczuwam żadnego zapachu.–Dobrze powiedziane – rzekł Aargh.Wyciągnął szyję.Włożył nos w dziurę i przez sekundę ją obwąchiwał.– Gdybyś miał choć odrobinę węchu, musiałbyś wyczuć zapach gotowanego mięsa.–Mięsa? – zdziwił się Jim.–Przecież mówię – warknął Aargh.– Kiedy odkryłem ten otwór, nie było takiego zapachu.Tunel był ślepy.–Skąd wiesz, skoro teraz schodzi głębiej, niż możesz zajrzeć?–Wcale nie.Nie wiem jak dziura w waszym zamku, ale ta schodzi tylko na dwa metry.Nie wchodziłem do niej, ale wsunąłem łeb na tyle głęboko, aby słońce przestało mnie oślepiać, i kiedy wzrok przyzwyczaił się do ciemności, zobaczyłem, że ta nora przechodzi w podziemny tunel wiodący w tym kierunku, gdzie zachodzi słońce.Teraz tunel biegnie również w przeciwną stronę.Może ciągnąć się nie wiadomo jak daleko.Sądzę jednak, że ten, kto porwał małego Roberta, uniósł go tędy.–A co z zapachem gotowanego mięsa? – spytał Jim.–Może dobiegać tylko z naszego zamku! – zawołała Angie.–A więc – podsumował Jim.– Najpierw wykopano ten otwór, a potem przedłużono tunel aż do zamku, żeby porwać Roberta?Angie spojrzała na niego.–Nie rozumiem, co tu się dzieje – mruknął Jim – ale ten, kto wydrążył tunel, na pewno potrafi kopać.Jak wielki kret.–Nie ma takich dużych kretów – przypomniał Aargh.–No cóż, teraz nie będziemy się tym przejmować – rzekł Jim.– W każdym razie wiemy już więcej niż dotychczas.Jestem ci wdzięczny za to, że odkryłeś ten otwór.A teraz musimy zdecydować, jak mamy szukać Roberta.Może powinniśmy zacząć od jutra.Do tego czasu Dafydd powinien już tu być, a Brian może na tyle odzyska siły, aby zasiąść w wielkiej sali.Tam się spotkamy, a tymczasem zobaczę, co uda mi się znaleźć w chacie Carolinusa.–Lepiej spotkajmy się na zewnątrz! – warknął gniewnie Aargh.Jim spojrzał na wilka.Zupełnie zapomniał.–Wiem, że nie lubisz przebywać w budynkach – powiedział – ale bywałeś już w naszej wielkiej sali…–Niechętnie! – rzekł Aargh.– W takich miejscach wilk może wpaść w pułapkę!–Może przyszedłbyś jeszcze raz, ze względu na okoliczności? – poprosiła Angie.– Może uda nam się przenieść Briana do wielkiej sali, ale na pewno nie tutaj, a sam mówiłeś, że bardzo by nam się przydał.Nawet jeśli nie może użyć miecza, warto wysłuchać jego rad.Nie sądzisz?Aargh zawarczał.–Przyjdę tam jeszcze raz – obiecał.I z tymi słowami swoim zwyczajem niespodziewanie znikł wśród otaczających ich drzew.–Przyjdzie – powtórzyła Angie, gdy wracali do zamku.– Zawsze przyjdzie, ilekroć będziemy go potrzebowali.–Wiem – przytaknął Jim.– Zawsze się spiera, ale zjawia się, kiedy jest potrzebny.Teraz lepiej wrócę z tobą do słonecznego pokoju, a potem wejdę na szczyt wieży i polecę do Dźwięczącej Wody, żeby zobaczyć, czego tam zdołam się dowiedzieć.–Miejmy nadzieję, że to coś da.Wjechali z powrotem na dziedziniec [ Pobierz całość w formacie PDF ]