[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nie mogę zagwarantować, że moi żołnierze będą strzelali do kobiet, a zwłaszcza do dzieci, kiedy otrzymają taki rozkaz.–Współczuję panu.Lecz skoro nie utrzymamy się na pozycji w Roma, milionyMeksykan uznają to za zaproszenie do bezkarnego wkroczenia na teren StanówZjednoczonych.–Zgadzam się z tym, panie prezydencie.Jeżeli jednak skierujemy całą naszą siłę ogniaw ciasno zbity półmilionowy tłum, historia oskarży nas o popełnienie zbrodni przeciwkoludzkości.Słowa Chandlera przypomniały prezydentowi nazistowskie bestialstwa i proces norymberski.Nie zawahał się jednak.–Chociaż myśl o tym jest odrażająca, generale – rzekł z powagą – konsekwencje brakuprzeciwdziałania są niewyobrażalne.Moi eksperci od bezpieczeństwa narodowegoprzewidują, że kraj opanuje histeria, co spowoduje utworzenie sił straży obywatelskiej w celupowstrzymania powodzi nielegalnej imigracji.Żaden Amerykanin pochodzeniameksykańskiego nie będzie bezpieczny.Ofiary w ludziach po obu stronach mogą okazać sięastronomiczne.Konserwatyści podniosą krzyk i zażądają od Kongresu formalnegowypowiedzenia wojny Meksykowi.Nie chce mi się nawet myśleć, co się wtedy stanie.Widać było wyraźnie, że w duszy generała zmagają się sprzeczne uczucia i myśli.Wreszcie powiedział spokojnym, opanowanym głosem:–Proszę wobec tego o ścisły kontakt do momentu rozpoczęcia inwazji.–Tak jest, generale – zgodził się prezydent.– Wkrótce w Pokoju Sytuacyjnym zbiorą się wszyscy moi doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego.–Dziękuję, panie prezydencie.Twarz generała Chandlera znikła i na monitorze ukazała się niewielka barka ciągnięta do wody na rolkach przez setkę ludzi.–No cóż – rzekł Schiller kręcąc głową jakby ze zdziwieniem – zrobiliśmy wszystko, cobyło można, aby nie dopuścić do wybuchu bomby, ale nam się nie udało.Teraz możemytylko siedzieć i patrzeć, jakie będą skutki.74.Ruszyli w godzinę po zapadnięciu zmroku.Mężczyźni, kobiety, dzieci, niektóre ledwie umiejące chodzić, wszyscy z zapalonymi świecami.Niskie chmury, pozostałe po burzy, zabarwiły się pomarańczowo od oceanu pełzających ogni.Nadciągnęli jedną gigantyczną falą ku brzegowi z monotonnym śpiewem.Pieśń przeszła w jednostajny huk, który przetoczył się przez rzekę i sprawił, że w miasteczku Roma zawibrowały szyby.Biedacy ze wsi i miast porzucili swoje lepianki, budki z falistej blachy i kartonowe szałasy w nędznych wioskach i niezdrowych slumsach, i stawili się jak jeden mąż.Skłoniła ich do tego obietnica Topiltzina, że oto nadchodzi nowy brzask niegdyś potężnego imperium azteckiego na jego dawnych ziemiach w Stanach Zjednoczonych.Napierający tłum wepchnął do rzeki setki ludzi.W ciżbie rozległy się okrzyki przerażenia, kiedy dzieci wpadły w wodę.Wiele z nich utonęło lub zostało porwanych przez prąd.Reflektory wojskowe, wspomagane światłami ekip telewizyjnych, jasno oświetlały ogromny tłum, który parł ku przeciwległemu brzegowi.Żołnierze stali i patrzyli zafascynowani na ten ludzki mur pełznący ku nim.Generał Chandler stał na dachu komisariatu policji.Twarz miał poszarzałą, a w oczach wyraz rozpaczy.Sytuacja była bardziej przerażająca, niż przewidywał.–Widzi pan to, panie prezydencie? Widzi pan to szaleństwo? – rzekł do wpiętego wkołnierz mikrofonu.Prezydent patrzył jak urzeczony w ekran ogromnego monitora w Pokoju Sytuacyjnym.–Tak, generale, obraz jest całkiem wyraźny.Siedział przy końcu długiego stołu, otoczony najbliższymi doradcami, ministrami i ludźmi z połączonych sztabów.Wszyscy obserwowali to niewiarygodne widowisko w naturalnych barwach i ze stereofonicznym dźwiękiem.Najszybsze łodzie dotarły już do brzegu, a ich pasażerowie szybko wygramolili się na ląd.Były to głównie kobiety.Gdy cała pierwsza fala znalazła się po drugiej stronie, flotazawróciła po następną.Tłum zaczął się gromadzić i przeć naprzód.Nieliczni mężczyźni dęli w rogi przynaglając kobiety, aby szły dalej.Ściskając w rękach świece i prowadząc dzieci, śpiewały monotonnie po aztecku i wspinały się na zbocze z obu stron urwiska jak armia mrówek, która rozdziela się wokół skały w nadziei, że po drugiej stronie znów się połączy.Kamery telewizyjne ukazywały przerażone twarzyczki dzieci i zdeterminowany wyraz twarzy matek.Topiltzin powiedział im, iż jego boska moc uchroni je, a one mu uwierzyły.–Boże! – wykrzyknął Doug Oates.– Cała pierwsza fala to kobiety i dzieci!Nikt nie skomentował tej alarmującej uwagi Oatesa.Ludzie w Pokoju Sytuacyjnym patrzyli z rosnącym przerażeniem, jak inny tłum kobiet i dzieci wkracza na most i idzie ku czołgom i samochodom pancernym blokującym przejście.–Generale – spytał prezydent – czy może pan wystrzelić salwę nad ich głowami?–Tak, panie prezydencie – odparł Chandler.– Kazałem żołnierzom załadować ślepe naboje.–Roztropna decyzja – rzekł generał Metcalf z połączonych sztabów.–Wydaj rozkaz oddania salwy ślepymi nabojami – powiedział generał Chandler do jednego ze swych adiutantów.Oficer warknął do mikrofonu nadajnika:–Ślepymi nabojami ognia!Rozległ się grzmiący huk i w noc plunęła ściana ognia.Salwa była jak nagły podmuch wiatru.Rozdzierający uszy grzmot działa czołgowego i trzaski wystrzałów karabinowych poniosły się echem w dolinę.Minęło dziesięć sekund od rozkazu “ognia” do rozkazu “wstrzymać ogień”.Paraliżująca cisza przesycona ostrym zapachem kordytu spadła na osłupiały tłum.Potem przerwały ją krzyki kobiet i wrzask przerażonych dzieci.Podniósł się straszliwy krzyk po drugiej stronie rzeki, gdzie stali mężczyźni, którzy widząc leżące na ziemi kobiety i dzieci myśleli, że pozabijano je lub raniono.Wybuchło istne piekło i przez kilka minut wydawało się, że inwazja imigrancka została wstrzymana.Nagle po stronie meksykańskiej rozbłysły reflektory i skierowały się na postać stojącą na małej platformie dźwiganej przez kilku mężczyzn w białych tunikach.Topiltzin stał na platformie z wyciągniętymi ramionami i wykrzykiwał przez głośniki, każąc leżącym kobietom wstać i iść dalej.Powoli szok mijał i ludzie zaczynali zdawać sobiesprawę, że nigdzie nie ma zabitych.Wielu śmiało się histerycznie, stwierdzając, że nie są ani ranni, ani zabici.Krzyk radości przetoczył się przez tłum i stał się ogłuszający, gdy ciżba uznała, iż to moc Topiltzina odwróciła zniszczenie i osłoniła ją jak tarczą.–On to odwrócił na swoją korzyść – rzekł Juliusz Schiller.Prezydent potrząsnął głową ze smutkiem.–Chandler znalazł się w opałach – powiedział Nichols.Generał Metcalf kiwnął wolno głową.–Tak, teraz wszystko spadło na jego barki.Nadeszła pora podjęcia decyzji.Nie można już było jej dalej odsuwać.Prezydent był dziwnie milczący.Podrzucił bombę zegarową wojsku, czyniąc z generała Chandlera kozła ofiarnego, ale nie był z tego powodu szczęśliwy.Znajdował się między przysłowiowym młotem a kowadłem.Nie mógł dopuścić, aby tłumy obcych przeszły bez przeszkód przez granicę, i nie mógł też wydać Chandlerowi bezpośredniego rozkazu strzelania do dzieci.Żaden prezydent nie czuł się chyba nigdy bardziej bezsilny [ Pobierz całość w formacie PDF ]