[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Owa nazwa zawierała w złagodzonej formie to, co niektórzy zaślepieni kongresmani nazywali niewolnictwem Stanów Zjednoczonych w coraz bardziej odczuwalnym jarzmie Japonii.Ichiro Tsuboi, naczelny dyrektor Kanoya Securities, największego towarzystwa ubezpieczeniowego na świecie, siedział przy stole ustawionym naprzeciwko wielkiej, biegnącej półkoliście ławy, w której zajmowali miejsca członkowie komisji.Obok niego zasiadało czterech doradców, co straszliwie irytowało kongresmanów, gdyż po każdym pytaniu Tsuboi zasięgał ich opinii.Japończyk z wyglądu w niczym nie przypominał rekina finansowego, którego firma dysponowała wystarczającym kapitałem, by połknąć za jednym zamachem, w dodatku bez większego uszczerbku, Paine’a Webera, Charlesa Schwaba, Merrill Lynch i całą resztę najlepszych pośredników z Wall Street.W rzeczy samej Tsuboi miał spore udziały w każdej z tych agencji.Był to niski i chudy mężczyzna o twarzy przypominającej rumianą gębę właściciela przybytku z gejszami.Wygląd był zwodniczy, gdyż Tsuboi zdołałby chyba spopielić wszystkich protekcjonistów z Kongresu samym spojrzeniem oczu miotających błyskawice.Jego konkurenci w Japonii oraz innych krajach bali się go i nienawidzili, był on bowiem równie bezwzględny, jak bystry.Rozważne lokaty kapitałowe wydźwignęły go na pozycję otaczanego kultem bożka, co dla Amerykanów i Europejczyków było pojęciem czysto abstrakcyjnym.Najsprytniejsi pośrednicy inwestycyjni oraz maklerzy wielkich korporacji przypominali niewinne gołąbeczki w porównaniu z tym guru japońskiej giełdy towarowej, który jednym kopniakiem mógł przewrócić wszystkie podpory pod chwiejącą się gospodarką amerykańską.Tsuboi siedział spokojnie, odpowiadając grzecznie na kolejne pytania komisji specjalnej; uśmiechał się przy tym z nie skrywaną wyższością i mówił takim tonem, jakby prowadził swobodną konwersację z gośćmi zaproszonymi na obiad.–Niektórzy członkowie Kongresu chcieliby uchwalić ustawę, na mocy której firmy japońskie musiałyby odsprzedać waszym firmom swoje udziały w przedsiębiorstwachamerykańskich za drobny ułamek ich ceny, co byłoby niczym innym, jak nacjonalizacją.Na całym świecie przestano by wówczas ufać inwestorom amerykańskim i powstałby chaos.Całemu systemowi bankowemu groziłaby zapaść, a kraje uprzemysłowione stanęłyby w obliczu bankructwa.Czemu więc miałoby to służyć? Według mojej skromnej opinii inwestorzy z Japonii są największym dobrodziejstwem, jakie mogło spotkać naród amerykański.–Wcale nie pracujemy nad taką ustawą – parsknął senator Mike Diaz.– Powiedziałem tylko, że te z waszych instytucji, które działają i czerpią zyski w naszym kraju, powinny podlegać takim samym przepisom i płacić takie same podatki, jak nasze firmy.Wasze rynki są dla nas nadal niedostępne, Amerykanie inwestujący i kupujący udziały w waszej ojczyźnie natrafiają na poważne trudności, podczas gdy instytucje japońskie na naszym terenie działają w ten sposób, jakby chciały doprowadzić nas do finansowej zapaści, panie Tsuboi.I pan świetnie o tym wie.Michael Diaz, demokrata z Nowego Meksyku i przewodniczący komisji, był chyba jedynym człowiekiem w jej gronie, który nie bał się Japończyka.Od dłuższego czasu działał na rzecz nie tylko zahamowania, ale wręcz likwidacji zagranicznych inwestycji, znajdując coraz więcej zwolenników w kręgach rządowych, przemysłowych i obszarniczych – gdyby to od niego zależało, natychmiast wprowadziłby embargo na wszystkie towary sprowadzane z Japonii.Diaz, jako dobiegający pięćdziesiątki wdowiec, był także jedynym senatorem, który cały czas spędzał w swym biurze, gdzie na zapleczu miał prywatną łazienkę oraz niewielki pokoik z tapczanem, lodówką, stołem kuchennym i zlewem [ Pobierz całość w formacie PDF ]