[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Czytałeś taką broszurkę: „Kremlowskie Gwiazdy Syjonu”? Nie? To nie czytaj.Jego robota.Myśli, że w Agencji o tym nie wiedzą.Ha! I popatrz, robi za Europejczyka, obrońcę praw człowieka… S-smarkacz… Z przyjemnością bym go stuknął przy zatrzymaniu, tylko Mai mi żal.–Tylko tak mówisz, żeby parę z kotła spuścić – stwierdził Waluszek z przekonaniem w głosie.– Przecież ja cię znam, Gusiew.Chociaż okazuje się, że wcale nie jesteś Gusiew.–Ależ jestem, jestem, wyluzuj stary.Oczywiście, nie jestem krewnym TEGO Gusiewa.W tym Iwan się przeliczył.Co ponownie nam pokazuje, jaki z niego bałwan i jak mu daleko do prawdziwego profesjonalisty.–A może i Ptaszkina nie było? Posłuchaj, przewodniku, zechciej ty mnie uprzedzać, kiedy ci można wierzyć, a kiedy nie.Gusiew odwrócił się do Waluszka i mocno wziął w ręce klapy jego kurtki.–Kiedy mówię do ciebie, wierz w każde słowo – powiedział prawie tonem rozkazu.– A kiedy rozmawiam z potencjalnym brakiem, nie wierz niczemu.Zadowala cię taki układ?–A owszem.Więc był Ptaszkin, czy nie?–Siadaj ty, przyjacielu, za kółkiem – uciął Gusiew.– Pora jechać do pracy.Zamienili się miejscami.Waluszek przekręcił kluczyk.Gusiew palił, milczał i patrzył w okno.Odezwał się dopiero, kiedy samochód zajechał na parking na dziedzińcu biur Centralnego.–Naprawdę nazywał się Lebiediew – powiedział.– Paweł Leonidowicz Lebiediew.Taaak… Lebiediew[16], Ptaszkin, wielkiej różnicy nie ma.I jeden i drugi… mają skrzydełka.Jak komuś powiesz – zabiję.ROZDZIAŁ OSIEMNASTYTaki układ – połączenie miłości i strachu – jak najbardziej odpowiadał Vladowi.Ten, kogo się boją i jednocześnie kochają, bez trudu zbierze całą armię.Znajdująca się w piwnicy strzelnica grzmiała teraz głosami Daniły i Myszkina.–To nie moje trafienie! – krzyczał Myszkin, potrząsając w powietrzu podziurawioną płachtą tarczy.– To ty, gadzie zezowaty, powiedzmy, mi ją podstrzeliłeś!–No, powiedz jeszcze, że umyślnie!–A-aaa… pewnie, że umyślnie!–Przecież mamy policzone naboje, bałwanie! Sam je liczyłeś!–Ja pewnie, powiedzmy, liczyłem! A ktoś tam, powiedzmy, jeszcze się grzebał, coś mu nie pasowało, powiedzmy!Gusiew ostrożnie wcisnął się pomiędzy obu drągali.–Może wezwiecie bezstronnego sędziego? – zapytał.– Akurat jestem.Taksa po szklance od ryła.Będę sądzić surowo, ale sprawiedliwie.–O! – twarz Daniłowa rozluźnił uśmiech.– Cześć, Pe.No, dostałeś tego swojego Szackiego? Winszuję!Myszkin z rozdrażnieniem odrzucił tarczę w bok.–Pe, on znów muchy mi wsadza w tarczę – poskarżył się.– Wpakował mi kulę, w samą, powiedzmy, „bieliznę”.–Nie w samą i nie w bieliznę.Piękna siódemka.Albo szóstka.Wyluzuj stary, bywa…–A co, mam go obszukiwać, czy jak? Skąd nam wiedzieć, czy przypadkiem dodatkowego naboju w dupie nie chowa?–Liczyłeś moje wystrzały?! – ryknął Daniłow.– Liczyłeś, czy nie?!–Stanęliśmy na pozycji, a on się przymierza… Za duży uchyb, patrzcie go… Dwadzieścia razy bezpiecznikiem szczękał!–Chłopcy, pół tonu niżej, dobrze? – poprosił instruktor.Rozmawiał przez telefon.– Żona do mnie dzwoni, zlitujcie się…–A ty mu ile, powiedzmy, nabojów wydałeś?–Sam wiesz, tyle samo.Myszkin, błagam cię… Co? Masza, przepraszam, mam trening z domem wariatów…–Bezczelna, podła i cyniczna wymówka, zasługująca na najsurowsze potępienie! – oznajmił Myszkin.– Krótko mówiąc, Pe, powiedz, że go potępiasz.–Daniła, ja ciebie surowo potępiam – stwierdził posłusznie Gusiew.– Potępiam cię z góry na dół i znowu do góry.Następnym razem gorzej strzelaj, żeby nie urazić aż tak bardzo kolegi Myszkina.–Koledze Myszkinowi po wczorajszym po prostu trzęsą się ręce – odciął się Daniłow.– Najpierw się przetrenował w sali ćwiczeń, a potem przeholował przy stoliku.No nic, bywa…Myszkin podsunął Daniłowowi pod nos potężną pięść.–Mogę wycisnąć dwieście kilo – oznajmił – a potem wypić dwa litry.I nie drgnie mi ani jeden paluszek.–Powiedzmy, krótko mówiąc, znaczy! – upomniał go Gusiew.– Myszkin, ty jak się denerwujesz, za bardzo wychodzisz z siebie.Jak strzelałeś, też się pewnie zdenerwowałeś.Powiedzmy…Myszkin podrapał się po ciemieniu.–Naprawdę uważacie, że dałem plamę? – zapytał już zupełnie spokojnie.–Po prostu byłeś nieco roztargniony – pocieszył do Daniłow.– Miałeś taki jakiś nieobecny wygląd.A zresztą trafiłeś szóstkę.Albo nawet siódemkę.–Wygląda na to, że bezstronny sędzia nie jest już potrzebny.Więc gdzie moje dwie szklanki? – zapytał Gusiew.–Dwa psy – rzucił Myszkin.– Daniłę znów posłali, powiedzmy, psu w dupę.–A ja znów, powiedzmy, się podkręciłem – chrząknął Daniłow.– A ten tu, sławny rosyjski bohater z bylin…–A ja mówię – czego w mordę ryczysz na cały wydział? Niezły trening w strzelaniu do ruchomych celów.No i krótko mówiąc, sam się podłożyłem.A ten, cholera, przebiegły Alosza Popowicz[17], świsnął dodatkowy nabój…–Znów dwadzieścia pięć!–Krótko mówiąc, znów mam poprowadzić grupę na psy – ponuro zakończył Myszkin.– W tym tygodniu.Nie dość że grafik, powiedzmy, diabli biorą…–Daj spokój, masz bardzo posłuszną grupę – pocieszył go Daniłow, w którego oczach igrały podejrzanie wesołe błyski.–Posłuszna jest, nie można powiedzieć… – westchnął Myszkin.Podniósłszy swoją tarczę wbił w nią ponure spojrzenie [ Pobierz całość w formacie PDF ]