[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Kiedy mówił, że naciągnął mięsień.– Więc go zapytaj, co? To najlepsze wyjście.– Zrobię to dziś wieczorem.Było już prawie ciemno, kiedy Lily zostawiła Sebastiana pod drzwiami jego mieszkania.– To na razie – powiedziała, kiedy usłyszała głos Melissy.– Muszę już iść.Wpadnij niedługo zobaczyć moją pracownię, dobrze?Kiwnął głową z entuzjazmem, ale w całej jego postawie była widoczna determinacja.Nim drzwi się za nim zamknęły, już wołał:– Czy tata jest w domu?Lily pokonała ostatnią kondygnację, dzielącą ją od mieszkania Grace.Zabawne, ale drzwi wejściowe wyglądały jakoś inaczej.Chociaż nic się w nich nie zmieniło, nie były nawet malowane, teraz jednak miały w sobie coś antypatycznego.Balansując opartymi na kolanie albumami, włożyła klucz do zamka i omal się nie przewróciła, kiedy drzwi się otworzyły.Przeklęte miejsce: wszędzie guma, szarość i czerń.Jak Grace mogła to znieść? Uśmiechnęła się na tę myśl, bo wiedziała doskonale, że Grace zniosłaby prawie wszystko w pogoni za szczęściem.Kiedy włączyła światło, jej uśmiech zgasł.Wciąż było tu coś dziwnego – do tego stopnia, że wetknęła albumy między drzwi, aby pozostały otwarte.– Halo! – zawołała.Gorąco podeszło jej do gardła.– Jest tu kto?Ruszyła niepewnie korytarzem w stronę sypialni Grace.Gumowa wykładzina tłumiła odgłos jej kroków.Drzwi były uchylone.Pchnęła je nogą, otwierając na całą szerokość.W środku stało łóżko: słupy od rusztowania, koło od roweru, umieszczone teraz na swoim miejscu, i setki drobnych łańcuszków udrapowanych w srebrny baldachim, który pobrzękiwał w przeciągu.Obok leżało trochę ubrań Johnny'ego.Nie było nic, co należało do Grace.Tylko w jednym kącie łazienki widniały ślady jej istnienia: słoiczki, butelki perfum, tubki kremu, para pończoch zwisających z wieszaka od ręczników – wszystko to jakieś nieśmiałe, jakby przepraszające.Z większą energią Lily zbadała resztę mieszkania, odkrywając jeszcze kilka upiornych konstrukcji Johnny'ego Cochrane'a.Były to eksponaty z zamkniętej teraz wystawy, które nie zostały sprzedane.I nic dziwnego, co nie znaczy, że te nieliczne, które udało się sprzedać, były choć trochę bardziej do przyjęcia.Lily sprawdziła krany, kuchenkę, wtyczki.Wszystko było zabezpieczone, przygotowane na długą nieobecność, jeżeli tego właśnie należało się spodziewać.Miała ochotę posiedzieć chwilę w swoim pokoju, zostawiła go więc na koniec swojego obchodu.Kiedy sięgnęła do klamki, znów ogarnęło ją poczucie czyjejś obecności, tam, w środku, obejrzała się nawet, czy drzwi wejściowe wciąż są otwarte.Teraz już z całkowitą pewnością, że nie jest sama, że osoba znajdująca się w tym pokoju nasłuchuje jej kroków po mieszkaniu, czekając, aż wejdzie, pchnęła gwałtownie drzwi.Na skutek impetu drzwi odbiły się i zamknęły z powrotem, ukazując wnętrze jedynie na moment.To wystarczyło, żeby dostrzec nienaturalnie wysoką postać stojącą na środku pokoju.Wyrzucone do przodu, długie ramię było wymierzone prosto w nią.Lily stała, ogarnięta popłochem, niezdolna do ucieczki.– Kim jesteś? – wyszeptała w szparę niemal zamkniętych drzwi, kiedy wreszcie zdołała przemówić.Żadnego dźwięku, żadnego ruchu.– Czego chcesz? –Nieruchoma obecność była tak namacalna, że można by ją kroić nożem.– Na litość boską, odezwij się.Żadnej odpowiedzi.Więc spojrzenie, rzut oka do środka.Powoli, bardzo powoli, Lily otworzyła drzwi swojej sypialni.Wewnątrz, na samym środku, stała potężna, metaliczna postać, połyskująca smugami światła zapożyczonego z ulicznych okien.Lily pstryknęła wyłącznikiem i oto w pełnym blasku ukazał się kolejny groteskowy twór Johnny'ego, znacznie okropniejszy od poprzednich, bo tym razem nie było wątpliwości, że to miała być ona, Lily.Stała w zdecydowanej pozie, wysoka na osiem stóp – jej nogi, pospawane z kluczy francuskich, przywodziły na myśl anatomiczne intymności kaleki.Jako tułów posłużył wgnieciony, ocynkowany kubeł na śmieci, głowę tworzyło jeszcze jedno koło od roweru: lśniące, srebrzyste, z głęboko osadzonymi oczyma z rozlatujących się puszek po farbie [ Pobierz całość w formacie PDF ]