[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.A swoją drogą, czym rozwaliłeś drzwi?-Gaśnicą.Znalazłem na ulicy.-Myślałem, e młotkiem.Ale pewnie, gaśnicą te mo na.-Wiem z autopsji.- Znowu się uśmiechnął.-Ale po co w ogóle tam poszedłeś? Musiałeś wiedzieć, e mam ju pierwszą figurkę, tę z barki.Stuart pokręcił głową-A niby jak miałem się dostać do sejfu? Mówiłem Mikeyowi, e nie dam rady, ale on był zdesperowany.Chciał, ebym spróbował.-Ale kiedy przeszedłeś do drugiego mieszkania i zobaczyłeś, e małpy nie ma, to chyba musiałeś uznać, e byłem tam przed tobą?-Nie było śladu, eby ktoś się włamał.-Bo się nie włamałem, tylko u yłem wytrychów.Zrobił obra oną minę.-Tylko skąd ja miałem o tym wiedzieć? Pewnie, to mo liwe, ale równie dobrze ktoś mógł przenieść małpę w inne miejsce.-To co zrobiłeś, jak wyszedłeś?-Poszedłem do kawiarni, gdzie pracuje dziewczyna.Bo Mikey właśnie tam chciałsię ze mną spotkać.Ale jak ju przyszedłem, to właśnie wychodził, więc poszedłem do domu i czekałem, a zadzwoni.-Był z du ym i chudym?-No było z nim jakichś dwóch.-Myślisz, e to oni go zabili?-Mo e.A mo e dziewczyna.Albo ty.- Popatrzył na mnie, marszcząc brwi.-Albo ty - podsunąłem.-Tak, tak.- Stuart wyprostował się na kanapie, rozlewając sobie trochę piwa na koszulę.- Tylko e ja wiem, e to nie ja.-A ja, e nie ja - odparłem, po czym sięgnąłem ręką i obmacałem ranę na głowie, zdrapując mały skrzep krwi - A du y i chudy, jak ju przywalili mi kijem baseballowym, te powiedzieli, e to nie oni.-Czyli to dziewczyna.Przechyliłem głowę na bok.-Niewykluczone.Tylko e ona musiałaby zaczekać, a du y i chudy sobie pójdą, potem go pobić, wrócić do kawiarni i tam się ze mną spotkać.Jakoś tego nie widzę.Jesteś pewny, e nie poszła razem z Michaelem i tamtymi dwoma?-Absolutnie - zapewnił i chyba od powrotu do domu nie miał tak powa nej miny.-Ale mogła być ju u niego w mieszkaniu.Jak zobaczyłem, e Michael wychodzi z tamtymi, nie wchodziłem do kawiarni, ale jej te tam nie widziałem przez szybę.-Mo liwe.-Albo ktoś tu kłamie.-Albo zabił go jeszcze ktoś inny.-To mo e to samobójstwo, cholera.Rzuciłem Stuartowi spojrzenie mówiące, e to nie jest śmieszne.Osunął się na kanapę, potem dopił piwo.-To ty włamałeś się do mnie? - zapytałem.Zmarszczył czoło, wytarł usta do czysta wierzchem dłoni.-Nic o tym nie wiem.Choć próbowałem dowiedzieć się, gdzie mieszkasz.Czyli miałeś u siebie włamanie?-Pewnie nie wypada mi za bardzo narzekać.-Zabrali ci małpy?-Niestety.Stuart zerknął na mnie, po czym pomachał w moim kierunku puszką po piwie.-Wiesz co? Jak to mówiłeś, popatrzyłeś w bok.To pewny znak, e ł esz jak pies.-Mówię prawdę - powiedziałem, patrząc mu prosto w oczy.-Bzdura.Zamrugałeś.Westchnąłem, potarłem się po karku, a potem po nieogolonej brodzie.-A ta twoja sekretarka? Ta, co do mnie dzwoniła?-Taka jedna z baru.Dałem jej parę groszy.-Była trochę mało uprzejma.-Dziwisz się? Jaka płaca, taka praca.-A ten numer z biblioteką - mówiłem dalej, podnosząc do góry ręce.- Ze ci się chciało tak udawać.Siedzieliśmy tam trzy godziny.-Przecie nie mogłem znaleźć tego, czego szukałeś, tak od razu, no nie?-Ale eby a trzy godziny.-Taa.- Uśmiechnął się z wy szością.- Czułem, e zaczynasz się niecierpliwić.Ja wytrzymałbym chyba jeszcze z godzinę.-Niepotrzebnie.-Chciałem być dokładny.Poza tym nieźle mi zapłaciłeś.-Te sześć tysięcy euro? Znalazłem je w sejfie na barce.Pokręcił głową, rozbawiony.-Łatwo przyszło, łatwo poszło, nie?-Mniej więcej.A tak naprawdę to pomyślałem sobie, e numery mogły być spisane, więc lepiej je wyprać przez twoje konto słu bowe.Gwizdnął.-Myślałeś, e po jakimś czasie przyjdziesz do mnie i poprosisz, ebym ci część oddał?-Coś takiego przyszło mi do głowy.-Ze prawnik zwróci ci kasę? Chłopie, optymista z ciebie.Przechyliłem się do przodu przez fotel i znów oparłem się o niego rękoma.-Ostatnie pytanie.Marieke, Kim, czyjakjej tam.Myślisz, e to ona mo e mieć trzecią małpę?Possał wargę, po czym powoli skinął głową.-Powiedziałbym, e to całkiem mo liwe.I mówię to jako ktoś, kto wie, e na pewno obszukałeś mu całe mieszkanie.-Hej.- Uśmiechnąłem się.- Jak się coś robi zawodowo, to trzeba to robić dobrze.27W Cafe de Brug było więcej ludzi, ni kiedykolwiek tam dotąd widziałem.Zajęte były wszystkie stoliki, a nad nimi unosił się papierosowy smog.I dziewczyna, i młody człowiek zajęci byli przy barze i mieli tylu klientów, e w pierwszej chwili mnie nie zauwa yła.Podsunąłem sobie stołek i zapaliłem papierosa zapałką z pudełka przy najbli szej popielniczce.Pomyślałem sobie, e mo e wyglądam trochę jak Clint Eastwood w którymś z jego westernów.Jedno było pewne: nie chciałem wiedzieć, jak wyglądam naprawdę.Kiedy wreszcie mnie dostrzegła, widziałem, e nie ma ochoty mnie obsługiwać i e raczej pozostawi to swojemu zręcznemu koledze.W końcu jednak przemogła się i nalała mi piwa.-Dzięki, Kim - powiedziałem, gdy postawiła je przede mną.Nie cofnęła ręki od szklanki.Teraz liczyło się tylko to, e usłyszała, e u yłem jej prawdziwego imienia.-Ju mo esz puścić.Bo inaczej będzie mi cię ko pić [ Pobierz całość w formacie PDF ]