[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Dobiegająca z living roomu muzyka klasyczna nagle ucichła.Bonny wyszła z sypialni, ścierając z rąk resztki tempery i zastanawiając się, czy – jak mówił George – szlag trafił znowu tę samą lampę.A potem zobaczyła rysujący się na tle nieba potężny słup dymu, tak gęsty i brunatny, że przypominał pień drzewa.I wtedy właśnie rozprysnęło się okno.Upadła na plecy i potoczyła się po podłodze, porwana falą szklanych odłamków.Wszystkie znajdujące się w domu przedmioty zatrzęsły się, pospadały na podłogę i rozbijając się, potoczyły w tym samym co Bonny kierunku, jakby ktoś uniósł dom z jednej strony.Uskok San Andreas, zrozumiała.Straszliwe trzęsienie ziemi – takie samo jak osiemdziesiąt lat temu.Wszystko, co zbudowaliśmy… wszystko leży w gruzach.Uderzyła plecami w szczytową ścianę domu, która teraz leżała poziomo.Zobaczyła, jak z góry spadają niby deszcz i rozbijają się lampy, stoliki i krzesła, i pomyślała ze zdumieniem, że wszystko to takie tandetne.Nie mieściło jej się w głowie, jak rzeczy, które należały do niej od lat, mogły tak łatwo ulec zniszczeniu.Tylko ściana, którą miała pod sobą, została cała.Mój dom, pomyślała.Już go nie ma.Nie ma niczego, co do mnie należało i co miało dla mnie jakieś znaczenie.Przecież to niesprawiedliwe.Leżała na plecach, dysząc ciężko.Bolała ją głowa.Wygładziła ubranie i spostrzegła, że jej ręce są zupełnie białe od pokrywającego je pyłu i trzęsą się.Nadgarstek zalała krew z jakiejś rany, której nie zdołała zlokalizować.O Boże, moja głowa, pomyślała.Przesunęła ręką po czole i jakieś kawałki wypadły jej spomiędzy włosów.Nagle spostrzegła coś, czego nie mogła zrozumieć: podłoga znów była na swoim miejscu, a ściana wróciła do pionu.Znów było normalnie, z tym że wszystko leżało potłuczone i połamane.To się nie zmieniło.Dom pełen śmieci, pomyślała.Miną tygodnie albo nawet miesiące.Nigdy już nie będzie jak przedtem.To koniec naszego życia, naszego szczęścia.Wstała i zaczęła się kręcić po domu.Kopnęła na bok szczątki krzesła.Przedzierając się przez rumowisko, dotarła do drzwi.W powietrzu było gęsto od drobinek pyłu, które wdychała, którymi się dławiła i które wzbudzały w niej nienawiść.Wszędzie leżało pełno szkła i nie było już wspaniałych panoramicznych okien.Zostały tylko puste kwadratowe otwory, gdzie tkwiły luźne odłamki szyb, ciągle jeszcze spadające na ziemię.Drzwi wygięły się, tworząc szczelinę.Przesunęła je, napierając całym ciałem, wyszła niepewnie na zewnątrz i stanęła kilka metrów od domu, rozglądając się dookoła, żeby się zorientować, co też właściwie się stało.Głowa bolała ją coraz bardziej.Co się stało z moimi oczami? – zdumiała się.Z trudnością utrzymywała otwarte powieki.Czy widziałam jakieś światło? Zapamiętała błysk, na który nie zdążyły zareagować nerwy wzrokowe, błysk tak nagły i krótki, jakby otwarła się migawka aparatu fotograficznego, właściwie nawet nie można było powiedzieć, że go widziała.A jednak bolały ją oczy i czuła, że coś się z nimi stało.Całe jej ciało było obolałe, czemu nawet się nie dziwiła.Jednak na ziemi nie zauważyła żadnych pęknięć.Dom też stał; tylko okna i wszystko to, co było wewnątrz, uległo zniszczeniu.Została tylko budowla, pusta skorupa, w której nic już nie było.Idąc wolno przed siebie, pomyślała, że powinna poszukać kogoś, kto mógłby jej pomóc.Potrzebuję pomocy lekarskiej.A potem, kiedy się potknęła i upadła, spojrzała w niebo i jeszcze raz zobaczyła na południu słup brunatnego dymu.Czy San Francisco już płonie? – zadała sobie pytanie.Tak, to pożar, zdecydowała.To prawdziwa katastrofa.Nie tylko tu, w West Marin; miastu też się dostało.To nie tylko my, mieszkający na wsi, ale i ci z San Francisco.Tam muszą być tysiące zabitych.Będzie trzeba ogłosić stan klęski i sprowadzić Czerwony Krzyż i wojsko; zapamiętamy ten dzień na całe życie.Szła dalej przed siebie, płacząc, z dłońmi przyciśniętymi do twarzy.Nie widziała, dokąd idzie, zresztą i tak było jej wszystko jedno [ Pobierz całość w formacie PDF ]