[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Tyle że od lat nie było żadnych numerów z telekinezą, a takich jak ten to w ogóle nigdy.Kiedy wszystko wróciło do normy, jego drugą – i, jak uznał, dużo bardziej rozsądną – myślą było to, że właśnie przeżył swoje pierwsze trzęsienie ziemi w New Hampshire.Wiedział, że od czasu do czasu się zdarzają, ale… o rany!Wstał od komputera (nie zapominając o uprzednim zapisaniu dokumentu) i wybiegłna korytarz.Stanął u podnóża schodów i zawołał:– Abra! Poczułaś to?Wyszła ze swojego pokoju, blada i lekko wystraszona.– Tak, trochę.Ja… myślę, że…– Trzęsienie ziemi! – powiedział David rozpromieniony.– Twoje pierwsze trzęsienieziemi! Fajnie, co?– Tak – odparła Abra bez większego entuzjazmu.– Fajnie.Jej ojciec wyjrzał przez okno salonu i zobaczył ludzi stojących na gankach i trawnikach.Wśród nich był jego dobry kumpel Matt Renfrew.– Skoczę na drugą stronę ulicy i pogadam z Mattem, skarbie.Idziesz ze mną?– Lepiej dokończę matmę.David ruszył w stronę drzwi frontowych, po czym odwrócił się i podniósł oczy na nią.– Chyba się nie boisz, co? Nie ma czego.Już po wszystkim.Jakżeby chciała, żeby tak było.9Rose Kapelusz robiła zakupy dla dwóch osób, bo Dziadzio Flick znowu źle się czuł.W sklepie Sam’s spotkała kilku innych Prawdziwych i pozdrowiła ich skinieniem głowy.Przy konserwach na chwilę przystanęła, żeby porozmawiać z Barrym Kitajcem, który dzierżył w dłoni listę zakupów sporządzoną przez jego żonę.Barry niepokoił się o Flicka.– Pozbiera się – powiedziała Rose.– Znasz Dziadzia.Barry uśmiechnął się szeroko.– Twardszy od gotowanej sowy.Rose kiwnęła głową i pchnęła wózek.– A żebyś wiedział.Ot, zwykłe popołudnie dnia powszedniego w supermarkecie, i kiedy Rose pożegnała sięz Barrym, w pierwszej chwili wzięła to, co się z nią działo, za jakąś błahostkę, może spadek poziomu cukru.Miała do tego skłonność i dlatego zwykle nosiła w torebce baton.Potem uświadomiła sobie, że ktoś siedzi w jej głowie.Że ktoś patrzy.Rose nie zostałaby przywódczynią Prawdziwego Węzła, gdyby była niezdecydowana.Zatrzymała się z wózkiem zwróconym w stronę stoiska mięsnego (jej następnego planowego przystanku) i natychmiast skoczyła na drugi koniec połączenia ustanowionego przez jakąś wścibską i potencjalnie niebezpieczną osobę.Nie był to jeden z Prawdziwych, każdego z nich rozpoznałaby od razu, ale i nie zwyczajny ćwok.Nie, to było coś zupełnie nadzwyczajnego.Sklep zniknął i nagle zobaczyła przed sobą łańcuch górski.Nie Góry Skaliste;rozpoznałaby je.Jakieś mniejsze.Catskill? Adirondack? Może te, może te, może jakieś inne.Co do podglądacza… Rose odniosła wrażenie, że to dziecko.Prawie na pewno dziewczyna, ta sama, z którą już raz się kiedyś zetknęła.Muszę zobaczyć, jak wygląda, wtedy będę mogła ją znaleźć, kiedy tylko zechcę.Muszę ją skłonić, żeby spojrzała w lust…Ale wtedy myśl jak wystrzał ze strzelby w zamkniętym pokoju(NIE! PRECZ Z MOJEJ GŁOWY!)wymazała wszelkie obrazy i rzuciła ją na sklepowy regał.Puszki z zupami i warzywamirunęły kaskadą na podłogę, poturlały się na wszystkie strony.Rose przez chwilę myślała, że pójdzie w ich ślady i zemdleje jak cnotliwa bohaterka romansu.A potem wróciła do siebie.Dziewczyna zerwała połączenie, i to całkiem efektownie.Czy krwawił jej nos? Otarła go palcami i sprawdziła.Nie.To dobrze.Przybiegł jeden z pracowników układających towar na półkach.– Dobrze się pani czuje?– Tak.Na chwilę zrobiło mi się słabo.Wczoraj miałam wyrywany ząb, pewnie dlatego.Już mi przeszło.Ależ narobiłam bałaganu, co? Przepraszam.Dobrze, że to puszki, nie butelki.– Nic się nie stało, naprawdę.Może usiądzie pani na ławce przed sklepem?– Nie ma takiej potrzeby – powiedziała Rose.I rzeczywiście, takiej potrzeby nie było, ale na dziś skończyła z zakupami.Przeszła z wózkiem dwie alejki dalej i tam go zostawiła.10Wsiadła do swojej starej, ale niezawodnej tacomy, którą przyjechała z kempinguw górach na zachód od Sidewinder.Wyjęła telefon z torebki i wcisnęła guzik szybkiego wybierania numeru.Papa Kruk odebrał po pierwszym sygnale.– Co tam, Rosie?– Mamy kłopot.Oczywiście, była to też szansa.Dzieciak z wystarczającą ilością pary w kotle, żebywypalić do niej z taką mocą – nie tylko wykryć Rose, ale i prawie ją znokautować – to nie byle kąsek, tylko znalezisko stulecia.Czuła się jak kapitan Ahab, kiedy po raz pierwszy zobaczyłbiałego wieloryba.– Mów.– Rzeczowy ton.– Niecałe dwa lata temu.Dzieciak z Iowa.Pamiętasz go?– Jasne.– Pamiętasz, jak ci powiedziałam, że ktoś nas podglądał?– Uhm.Ktoś ze Wschodniego Wybrzeża.Sądziłaś, że to była dziewczyna.– I miałam rację.Właśnie znowu mnie znalazła.Byłam w sklepie, pilnowałam swojegonosa i ni z tego, ni z owego się pojawiła.– Dlaczego teraz, po tylu latach?– Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi.Ale musimy ją mieć, Kruku.Musimy.– Wie, kim jesteś? Gdzie jesteśmy?Rose myślała o tym wcześniej, w drodze do samochodu.Intruzka nie widziała jej, tona pewno.Siedziała w niej i wyglądała jej oczami na zewnątrz.Co zobaczyła? Alejkęw supermarkecie.Ile takich było w Ameryce? Pewnie z milion.– Nie sądzę, ale nie to jest najważniejsze.– A co?– Pamiętasz, jak mówiłam, że ma dużo pary? Co tam dużo, mnóstwo! Cóż, okazuje się, że nawet to było za mało powiedziane.Kiedy próbowałam odwrócić sytuację, wymiotła mnieze swojej głowy jak puszek dmuchawca.Jeszcze nigdy nie przeżyłam czegoś takiego.Do tej pory sądziłam, że to niemożliwe.– Jest potencjalną Prawdziwą czy potencjalnym pokarmem?– Nie wiem.– Ale nie mówiła prawdy.Potrzebowali pary, zapasów pary dużo bardziejniż nowych członków.Poza tym Rose nie chciała w gronie Prawdziwych kogoś o takiej mocy.– No dobrze, jak ją znajdziemy? Jakieś sugestie?Rose pomyślała o tym, co widziała oczami dziewczyny, zanim została takbezceremonialnie wywalona z powrotem do supermarketu w Sidewinder.Niewiele, ale był tam sklep…– Dzieciaki nazywają go Lickety-Spliff – powiedziała.– Hę?– Nic, nieważne.Muszę pomyśleć.Ona będzie nasza, Kruku.Musi być nasza.Nastąpiła pauza.Kiedy Kruk wreszcie się odezwał, w jego głosie brzmiała ostrożność.– Z tego, co mówisz, wynikałoby, że można będzie napełnić kilkanaście zbiorników.Toznaczy, jeśli na pewno nie chcesz jej Przemienić.Rose prychnęła nerwowym śmiechem.– Jeśli mam rację, nie starczy nam zbiorników na parę tej dziewczyny.Gdyby była górą, byłaby Everestem.– Nie odpowiedział.Rose nie musiała go widzieć ani wnikać w jego myśli, by wiedzieć, że osłupiał.– Może nie będziemy musieli zrobić ani jednego, ani drugiego.– Nie rozumiem.Oczywiście, że nie.Myślenie długofalowe nigdy nie było specjalnością Kruka.– Może nie będziemy musieli ani jej Przemienić, ani zabić.Pomyśl o krowach.– O krowach.– Jak zarżniesz krowę, to masz zapas steków i hamburgerów na parę miesięcy.A pozostawiona przy życiu i doglądana będzie ci dawać mleko przez sześć lat.Może nawet osiem.Cisza.Długa.Nie przerywała jej.Kiedy Kruk w końcu odpowiedział, wydawał sięostrożny jak nigdy.– W życiu o czymś takim nie słyszałem.Zabijamy ich, kiedy para się wyczerpuje, albo –jeśli mogą się przydać i są dość silni, żeby przeżyć Przemianę – przemieniamy ich.Tak jak przemieniliśmy Andi w latach osiemdziesiątych [ Pobierz całość w formacie PDF ]