[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Otóż przyprawiła go o zapaść swoją ugodowością i gotowością do współpracy.Na szczęście słyszała jego oddech po drugiej stronie, co znaczyło, że jednak nie umarł.– Słyszy mnie pan? – zapytała więc dla porządku.– Rozumie mnie pan?– Tak, pani Sabino – powiedział szybko.– Wszystko jest dla mnie jasne… Tylko, proszę mi powiedzieć, czy to oznacza, że możemy się spodziewać czegoś wcześniej? Żeby dostosować promocję do nowej książki?– Oczywiście! Pomyślałam sobie, że to może ułatwić wam pracę.Jak tylko skończę jakąś całość, zaraz wysyłam do redakcji, rzecz jasna jako wersję roboczą…Arend milczał zaniepokojony.Sabina była znana z tego, że nikomu nie dawała do czytania wstępnych wersji swoich książek.Nie potrzebowała recenzji, nie prosiła o rady.Całkowicie skończona powieść lądowała w redakcji jako gotowy produkt i pisarka natychmiast traciła nią zainteresowanie.Wszelkie delikatne prośby o streszczenie, czy też choćby przedstawienie ogólnego zarysu fabuły przed oddaniem książki do druku owocowały natychmiastową obrazą i awanturą.Wydawnictwo poruszało się więc po omacku, planując kampanię promocyjną książki.Redakcja i dział marketingu głowiły się przede wszystkim nad tym, o czym tym razem Sabina mogła napisać i, w związku z tym, w jakim kierunku pójść, planując reklamę.Efekt był taki, że nigdy nie mogli trafić i zawsze ich zaskakiwała.Ostatnia książka miała więc początkowo reklamę dość enigmatyczną i niekonkretną, ale wydawca już przyzwyczaił się do tego i machnął ręką – i tak każda rzecz spod pióra Laury Rossy sprzedawała się świetnie.– Mam nadzieję, że wszystko w porządku? – Sabina tymczasem się zaniepokoiła, a on z ulgą stwierdził, że jak najbardziej.– A pani jak się czuje? – spytał z lekkim wahaniem, bo całokształt zachowania Południewskiej wydawał mu się bardzo dziwny.Od razu przypomniała mu się taka bajeczka z dzieciństwa o dwóch zamienionych ze sobą kobietach – wstrętną i złośliwą żonę hrabiego diabeł zaniósł do domu szewca, gdzie w pocie czoła musiała smarować smołą dratwę, zaś poczciwą i dobrą szewcową umieścił w pałacu.Arend nie był pewny, czy i jemu nie przytrafiła się właśnie podobna historia.Sabina zapewniła go, że czuje się wspaniale, ale niestety musi już kończyć, bo czekają na nią z kolacją, i na pewno odezwie się niebawem.Zdumiony wydawca jeszcze chwilę wpatrywał się zaniepokojonym wzrokiem w słuchawkę, zanim położył ją na widełkach.Najwyraźniej Sabina oszalała.Zamiana czarownicy w anioła wydawała się zupełnie niepojęta.Najgorzej, jeżeli z podłym charakterem zniknie również jej talent – pomyślał nieoczekiwanie i na nowo zaczął się gryźć.Ale przecież nie będzie tak źle – pocieszył się po chwili.– Może po prostu znalazła tam jakiegoś faceta i humor się jej poprawił? Arend nie wiedział co prawda, kogo mogłaby znaleźć na takim odludziu, ale należał do tych mężczyzn, którzy zawsze uważają wpływ testosteronu za zbawienny dla kobiet.Uspokojony tą myślą zatarł ręce i zaczął obmyślać strategię – będzie miał nową książkę Rossy i tylko to się liczy.Sabina tymczasem zamknęła starannie komputer, przebrała się do kolacji w nową jedwabną bluzkę i raźnym krokiem ruszyła na dół.Było już po kolacji, więc wszyscy zgromadzili się w salonie z kominkiem i zajmowali swoimi sprawami.Pułkownik pił kawę i w słuchawkach na uszach przeglądał gazetę, zaś profesor Niewiara, ten podobny do świerszcza i bociana jednocześnie, studiował z zaciekawieniem jakąś grubą księgę.Mila odpoczywała w głębokim fotelu, ale na widok wchodzącej do pokoju Sabiny podniosła się z pewnym wysiłkiem.– Przepraszam za spóźnienie – wyjaśniła pisarka, gdy wszyscy, nawet pułkownik w słuchawkach na uszach, spojrzeli w jej kierunku.– Wyłączyłam komórkę, w której mam zegarek, i straciłam poczucie czasu.– To tutaj bardzo częste, zwłaszcza na początku pobytu – powiedziała z uśmiechem Mila.– W Idzie ma się wrażenie, że czas płynie jakoś inaczej, sprawy toczą się swoim rytmem.– To prawda – dodał profesor.– Mnie na przykład świetnie się tu pracuje, zupełnie nie jestem zmęczony! Wczoraj pisałem prawie do trzeciej w nocy, wstałem o siódmej i nie odczuwam w ogóle zmęczenia…– Bo potem spał pan pół dnia – wtrącił się pułkownik, który właśnie zdjął słuchawki.– Przepraszam wszystkich, ale lubię sobie posłuchać Szostakowicza[4], to mnie niesłychanie odpręża.– O, ja też uwielbiam Szostakowicza! – powiedziała Sabina.– Uważam, że był podobny do mnie…– Podobny? Do pani? – zdziwił się elegancko pułkownik.– Proszę mi wybaczyć, madame, ale ja nie widzę żadnego podobieństwa między panią a kompozytorem genialnym, to oczywiste, ale z wyglądu przypominającym rosyjskiego urzędnika, i to bardzo niskiej rangi!– Nie chodzi mi o wygląd zewnętrzny – wyjaśniła cierpliwie Południewska.– Przeczytałam kiedyś, że Szostakowicz miał pewną dziwną właściwość.Na skutek wojennej kontuzji nosił w głowie fragment pocisku i ponoć właśnie dzięki temu kawałkowi metalu słyszał muzykę, gdy przechylił głowę w bok.– No, ale pani chyba nie ma pocisku w głowie – zaniepokoił się pułkownik, patrząc na nią z troską [ Pobierz całość w formacie PDF ]