[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Dziennikarze ze współczuciem opisywali cierpienia rozpaczy, która była gotowa zrobić wszystko, byle by znaleźć się w Wolnym Świecie.Mogłem spokojnie liczyć na azyl i zasiłek.O ile oczywiście nie zostanę zastrzelony od razu na lotnisku Szeremietiewo.Zacząłem akcję od telefonu do szpitala imienia Lermontowa na Liwiejkach.„Tu dyspozytor ruchu lotniczego, Gienadij Jelemienko z lotniska Szeremietiewo.– przedstawiłem się rutynowym głosem urzędnika państwowego.– Proszę lekarza dyżurnego”.Po chwili ktoś podszedł do telefonu.„Słucham, lekarz dyżurny III Oddziału Pomocy Doraźnej, Irena Karabajew”.„Proszę natychmiast przysłać trzy karetki na płytę lotniska.Awaryjne lądowanie samolotu.Mogą być ranni.I niczego nie rozgłaszać.Jechać bez sygnału”.Wiedziałem, że poskutkuje.Sam do szpitala imienia Lermontowa pojechałem taksówką.Przedtem zdążyłem zmienić swoją twarz.Miałem teraz wygląd azjatycki.Czarne włosy, czarne wąsy, oliwkowa cera.Wślizgnąłem się do dyżurki lekarzy i założyłem biały fartuch.Potem dołączyłem do załogi pierwszej karetki.Teczki z wiadomą sobą nie wypuszczałem z rąk.Pojechaliśmy na lotnisko.Wjechaliśmy na pas startowy.Jako doktor Fiodor Aleksiejewicz Gurławicz wskazałem kierowcy samolot, do którego należało podjechać.Potem wyskoczyłem z karetki i niosąc wysoko przed głową wiadomą teczkę z czerwonym kablem podłączonym do mojego kciuka, ruszyłem po płytach pasa startowego w stronę schodów przystawionych do srebrzystego kadłuba odrzutowca pasażerskiego TU-104.Ujrzałem twarz Anny w pierwszym okienku.Pomachała mi ręką.Teczkę niosłem wysoko, żeby z daleka było widać czerwony kabel, który łączył ją z moją ręką.Gdy dochodziłem do schodków usłyszałem odgłos wystrzału i jedno z okienek samolotu rozprysło się na kawałki trafione kulą.Spod ziemi nagle wyrosło przede mną pięciu potężnych cywili, którzy jednym skokiem zwalili mnie z nóg.Nie doceniłem talentu rosyjskich snajperów.Kula, która uderzyła w okno samolotu, najpierw przecięła czerwony kabel, który łączył mój kciuk z teczką.Byłem bezbronny.Cywile zbili mnie strasznie.Teczka ze wszystkimi należnymi honorami powędrowała do czarnej limuzyny pułkownika w polowym mundurze, który kierował akcją.Od razu przewieziono mnie na Łubiankę.Generałowie chcieli mnie rozstrzelać.Dzięki jednak interwencji Aleksandrowa, który miał znajomości na Kremlu, skierowano mnie na badania do szpitala, który lud rosyjski popularnie nazywa psychuszką.Poznałem wielu ciekawych ludzi, w tym paru rosyjskich pisarzy, którzy trafili tam po krótkim procesie albo bez żadnego procesu.Dom na Kolicznej był biały i dość wysoki.Kraty we wszystkich oknach nie pozbawiały go uroku letniskowej rezydencji kniaziów Wiaziemskich.Badania, jakim mnie poddano, przeprowadzał doktor Leonid Iwanowicz Urganow, chudy jak miotła brzozowa, siwo-stalowy, ostrzyżony na jeżyka brunet, z krótko przyciętym, farbowanym na czarno wąsikiem, w białej czapce i okularach w rogowej oprawce.Kiedy opowiedziałem mu najpierw o wsi Liszejna, która ruszyła ze wzgórza, sunąc spod Stalingradu pod Moskwę, a potem zapewniłem go, że znalazłem się w jego gabinecie dlatego, że odciąłem głowę Leninowi, wpisał coś do formularza czerwoną kredką i podkreślił mocno.„Więc powiadacie, że Leninowi głowę ucięliście?” – dopytywał się łagodnie, ale oczy miał zimne jak żyletka.– „Uciąłem” – odpowiedziałem, bo wiedziałem, że tylko prawda może mnie ocalić.– „A jak ucięliście? Nożem?”.„Piłką chirurgiczną do przecinania kości”.„Aha, piłką.A potem co zrobiliście z głową?”.„Schowałem do teczki”.„Do teczki, powiadacie?”.„Tak, do dużej, skórzanej teczki, którą kupiłem w uniwermagu na prospekcie Gorkiego”.„A po co głowę Włodzimierzowi Iljiczowi ucięliście?”.„Żeby uratować kobietę”.„Uratować kobietę?”.„Tak, kobietę”.„Znaczy, zakochani jesteście?”.Kiwnąłem smutno głową na znak potwierdzenia, bo rzeczywiście byłem zakochany.„Uważacie, że miłość to piękna rzecz?”.„Piękna, towarzyszu doktorze”.Zrozumiałem, że raczej nie powinienem mówić zbyt wiele o swoich zasługach w walce z zielenieniem Lenina, bo i tak powiedziałem za dużo.Anna na wojnieZ psychuszki wyciągnął mnie Gumbajew.Ot, zjawił się po prostu któregoś dnia w mundurze galowym, obwieszony złotymi orderami, papierek jakiś z pieczątką pokazał doktorowi Urganowowi, po czym zwolniono mnie w pięć minut.A gdyśmy wsiedli do czarnej wołgi, która czekała przed psychuszką, by powieźć nas sosnową aleją ku Moskwie, rzucił tylko przez ramię: „Talentu waszego marnować nie wolno”.On po śmierci Stalina przepadł gdzieś bez śladu.Myślałem, że go zabili na Worobiowych Górach.Teraz był naczelnikiem jakiegoś ważnego „wydziału do spraw zagranicznych”, ale co to był za wydział i w jakiejś części Moskwy znajdowała się jego siedziba, nie miałem pojęcia.Ot, wydział i tyle.Pytać nie należy.„Wy, Eryku Rudolfowiczu, umiecie wygląd każdego człowieka z pamięci odtworzyć ze wszystkimi szczegółami, prawda?” – upewnił się Gumbajew, spoglądając w lusterko, gdyśmy wyjechali z psychuszki na asfaltową szosę, kierując się przez sosnowy las w stronę stolicy Rosji.Kiwnąłem głową, bo rzeczywiście, wystarczyło, żebym kogoś zobaczył raz jeden, a umiałem narysować jego portret pamięciowy z dokładnością fotografii Kodaka.Gumbajew zawiózł mnie do podmoskiewskiej willi, którą dobrze znałem.Przed bramą dla mojego bezpieczeństwa stanęło znowu dwóch żołnierzy z pepeszami.Tak właśnie zacząłem, poruczniku Nowak, pracować dla „wydziału do spraw zagranicznych”.Na podstawie zdjęć i fotografii wyciętych z zachodnich gazet i czasopism, które mi przynoszono w czwartki i piątki, robiłem trójwymiarowe modele głów ludzkich w naturalnym kolorze ciała, tak żeby każda wyglądała jak żywa.Do czego to wszystko było potrzebne, nikt mi nie powiedział, bo nie uznano tego za konieczne.Ot, masz robić i tyle.Nic w tym zresztą dziwnego nie było, bo modele głów robiłem i dawniej, w epoce monachijskiej i berlińskiej mojego życia, tyle że teraz generał Gumbajew poprosił mnie, bym na początek zrobił głowę Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, samego prezydenta Ameryki i to ze wszystkimi detalami, włączając w to rzęsy, krostki, brodawki, cętki, znamiona, plamki, pieprzyki, kropki, żyłki, zmarszczki, włoski, dokładnie tak jak się owe intymne detale prezentowały na kolorowych zdjęciach w czasopiśmie „Life”.W specjalnej salce kinowej, którą mi urządzono na parterze, obejrzałem ze sto kronik filmowych ze scenami z życia sławnego prezydenta.Potem dano mi jeszcze do przejrzenia cały rocznik „Time’a”, sprowadzony specjalnie z Londynu.Geografię nosa, powiek, warg i policzków amerykańskiego męża stanu poznałem tak dokładnie, że śniła mi się całymi nocami jak tajemniczy pejzaż drugiej strony księżyca, a tu za jakiś czas doszła do mnie wiadomość, że przystojny prezydent, którego głowę tak wspaniale odtworzyłem w celu dla mnie niewiadomym, zginął nagle zastrzelony z karabinu przez nieznanego sprawcę w amerykańskim mieście Dallas.Potem Gumbajew poprosił mnie, bym zrobił jeszcze parę głów równie sławnych, generała de Gaulle’a oraz papieża rzymskiego na przykład, z czego – jak widziałem – zadowolony był niezmiernie.Mimo jednak tych sukcesów, szczęścia nie zaznałem, bo nie było przy mnie Anny [ Pobierz całość w formacie PDF ]