[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Jestem wiernym i oddanym członkiem loży, wszyscy to wiecie, i tylko obawa o jej los skłoniła mnie do tych słów pełnych troski.Bardziej jednak dowierzam pańskiemu rozumowi, mistrzu, niż swojemu, toteż obiecuję uroczyście, że się to już więcej nie powtórzy.Zaciśnięte gniewnie szczęki mistrza zelżały, gdy słuchał tych pokornych przeprosin.— Dobrze, bracie Morris.Sam żałowałbym, gdyby trzeba było dać ci nauczkę.Ale tak długo, jak długo ja jestem mistrzem, nasza loża będzie zjednoczona w słowach i czynach.A teraz, chłopcy — mówił dalej, rozglądając się po zebranych — powiem wam, że gdyby Stanger dostał to, na co zasłużył, to ściągnęlibyśmy na siebie za duży kłopot.Dziennikarze są solidarni, toteż każda gazeta podniosłaby krzyk, żądając interwencji policji i wojska.Sądzę jednak, że potraficie dać mu surowe ostrzeżenie.Bracie Baldwin, czy chcesz się tym zająć?— Oczywiście! — z zapałem odparł młody człowiek.— Ilu ludzi potrzeba?— Z sześciu i dwóch do pilnowania drzwi.Między innymi pójdziesz ty, Gower, i ty, Manse, ty, Scanlan, i dwóch Willabych.— Obiecałem bratu nowicjuszowi, że też pójdzie — wtrącił się mistrz.Ted Baldwin rzucił młodemu Irlandczykowi spojrzenie, które zdradzało, że ani zapomniał, ani przebaczył.— Może iść, jeżeli chce — odparł gniewnie.— To już dosyć.A im wcześniej pójdziemy, tym lepiej.Z krzykiem, poklepywaniem się po plecach i z pijackimi śpiewami zebrani wreszcie się rozeszli.W barze pełno jeszcze było pijaków i sporo braci wmieszało się w ich tłum.Mała grupka wybranych do napaści ruszyła chodnikiem parami, aby nie zwracać na siebie uwagi.Nocny chłód dotkliwie dawał się we znaki, a na mroźnym, wygwieżdżonym niebie jasno świecił sierp księżyca.Banda mścicieli zebrała się na podwórzu na wprost wysokiego budynku.Między jego jasno oświetlonymi oknami widać było złoty napis „Vermissa Herald”, a ze środka dobiegał stukot maszyny drukarskiej.— Uważaj no — zwrócił się Baldwin do McMurdo — staniesz na dole przy drzwiach i będziesz pilnował, aby nam kto nie odciął odwrotu.Artur Willaby zostanie z tobą.Reszta pójdzie za mną.Nie bójcie się, chłopcy, mamy dość świadków, którzy stwierdzą, że o tej porze byliśmy w barze związkowym.Dochodziła północ.Na ulicy nie było nikogo prócz paru pijaków wracających do domu.Przeszli więc na drugą stronę i pchnęli drzwi redakcji.Baldwin ze swoimi ludźmi wbiegł na schody.McMurdo i Willaby zostali na dole.Nagle na górze powstał jakiś rwetes; ktoś wzywał ratunku, słychać było stuk przewracanych krzeseł i tupot nóg.Niebawem na podest wybiegł mocno szpakowaty mężczyzna.Złapano go jednak, nim zdążyłdopaść schodów.Jego okulary stoczyły się do nóg McMurdo.Coś głucho upadło, ktoś jęknął przeraźliwie.Mężczyzna leżał powalony na brzuchu, okładano go kijami.Wykręcał się, jak mógł, od tych razów, zwijając się z bólu pod nimi.Po chwili oprawcy opamiętali się i tylko Baldwin, z okrutną twarzą, wykrzywioną diabelskim uśmiechem, tłukł go dalej, celując w głowę, którą bity daremnie usiłował osłonić rękami.Krew zbroczyła jego siwe włosy.Baldwin zaś, wciąż pochylony nad nim, krótkimi, strasznymi ciosami walił tam, gdzie tylko dojrzał kawałek odsłoniętego ciała.McMurdo wbiegł na schody i odepchnął go gwałtownie.— Zabijesz! — krzyknął — przestań!Baldwin spojrzał na niego zdumiony.— Idź do diabła! — wrzasnął.— Jakim prawem się wtrącasz… Ty, nowicjusz… Odejdź!Groźnie wzniósł kij, ale McMurdo w tej samej chwili wydobył rewolwer z kieszeni.— Sam odejdź! — krzyknął z kolei.— Tylko mnie rusz, a wpakuję ci kulę w łeb.Mistrz nie pozwolił zabijać tego człowieka, a ty go zatłuczesz.— Ma rację — rzekł jeden z bandy.— Pośpieszcie się, u licha! — krzyknął Willaby z dołu.— Światła już się pozapalały w oknach i za parę minut całe miasto będziemy mieli na karku.Istotnie, z ulicy dobiegały już krzyki, a na dole w sieni drukarze i zecerzy zaczęli się zbierać i zagrzewać do walki.Zbrodniarze porzucili więc swoją bezwładną, nieruchomą ofiarę na podeście schodów, zbiegli na dół i szybko ruszyli ulicą.Po dojściu do Domu Związkowego niektórzy wmieszali się w tłum ludzi w barze McGinty’ego, szeptem, od brata do brata przekazując mu wiadomość o spełnionym rozkazie.Inni, a wśród nich McMurdo, prysnęli w boczne uliczki i myląc ślad, wrócili do domów.IVDOLINA TRWOGINazajutrz rano, po przebudzeniu, niejedno przypomniało McMurdo o wczorajszym przystąpieniu do loży.Męczył go ból głowy po wypitych trunkach, a oparzona ręka była gorąca i spuchnięta.Dzięki finansowej niezależności nie krępował się godzinami pracy, toteż zjadł śniadanie i został w domu.Cały ranek zszedł mu na pisaniu obszernego listu do przyjaciela.Potem wziął do ręki „Vermissa Herald”.W specjalnej kolumnie, złożonej w ostatniej chwili, przeczytał: „Napaść na redakcję«Heralda».Wydawca poważnie poturbowany”.Było to krótkie sprawozdanie z wydarzeń, które zresztą znał lepiej od piszącego.Artykułkończył się takim stwierdzeniem: Sprawą zajęła się policja, należy jednakwątpić, czy jej wysiłki dadzą lepsze wyniki niż wszystkie poprzednie.Niektórych napastników rozpoznano, można się więc spodziewać, że tymrazem dojdzie do wyroku.Chyba nie trzeba mówić, że napaść zostałazorganizowana przez tę niecną bandę, która od tak dawna terroryzuje naszespołeczeństwo i wobec której «Herald» zajmuje nieprzejednane stanowisko.Przyjaciół redaktora Stangera z pewnością ucieszy wiadomość, że życiu jegonie zagraża niebezpieczeństwo, choć został brutalnie pobity i odniósł ciężkierany w głowę.Była tam też wiadomość, że straż z Policji Kopalnianej, zbrojna w winchestery, będzie odtąd pilnowała redakcji „Heralda” [ Pobierz całość w formacie PDF ]