[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Jej prowizoryczna torba obijała się o uda, cięższa niż się spodziewała.Chwyciła ją i przycisnęła do siebie.Płuca niemal pękaty jej z wysiłku.Jej głos rozległ się znów, nieprawdopodobnie głośny.Tym razem odpowiedzieli nie tylko Lamaru, przyłączający się do inkantacji – przynajmniej ci, którzy nie unosili akurat broni przeciwko bezbronnym pracownikom Kościoła – ale i psy.Setki psów, których wycie wypełniło powietrze, odbijając się grzmotem od ścian i sklepienia, rozrywając jej uszy.Każdy Lamaru musiał przynieść ze sobą dziesiątki czaszek – te wszystkie, które widziała w mieszkaniu Lauren, i więcej.Ale jaki był sens tych działań, skoro wystarczyło otworzyć drzwi i pozwolić uciec zmarłym? O co im, cholera… Nie, nie było czasu myśleć, już było za późno na myślenie.Duchy poruszały się, wzburzone i podekscytowane, rozmywały się, jakby zapominały o przybranych kształtach, i zmieniały się w plamy energii.Duchy bez formy były ogromnie niebezpieczne; wypuszczały dodatkowe ręce i nogi, łączyły się ze sobą, tworząc nowe byty, bardzo potężne.Czy to był plan Lamaru? Wysłać je wszystkie… Nie, w takim razie po co Psychopompy, jeśli zamierzali wypuścić duchy na wolność?Lamaru dobiegli już do pracowników Kościoła.Niektórzy z ludzi Lexa i Terrible'a też – widziała błysk broni, słyszała krzyki.Ale ledwie to zauważała, bo gorszy od tego, gorszy od wszystkiego był widok psów atakujących duchy, rozrywających je.Już wiedziała.Nie chcieli ich uwolnić.Po prostu pragnęli je zniszczyć, rozerwać w drobny mak.Wpadła w wir walki.Poświęciła sekundę, na którą nie mogła sobie pozwolić, żeby przemyśleć, co zrobić najpierw.Niektóre duchy dopadły żelaznych świeczników i próbowały je podnieść, żeby użyć ich jako broni Jeden chwycił płonącą świecę i machnął nią.Właśnie tego było jej potrzeba.Ognia.Jej ludzie walczyli z Lamaru – cholera, było ich tak wielu, więcej, niż się spodziewała – ale jej koledzy z pracy ciągle stali bezradni, bez jakiejkolwiek broni, bez żadnych ziół, które pozwoliłyby spacyfikować umarłych.Musiała znaleźć Starszego Griffina albo Starszego Ramosa, powiedzieć im, co się dzieje.Miasto było wrzącym kotłem pełnym błękitnych i czarnych szat, psów i duchów, i noży błyskających jak lód w zimnym, niebieskim powietrzu.Chess przeskoczyła przez resztki linii, chwyciła jedną z tac powywracanych na klepisku, ustawiła ją jak należy, drugą ręką wyszarpnęła z kieszeni zapalniczkę.W swoim tobołku miała jemiołę, mielone kości ropuchy i suszone mięso Psychopompów.Rzuciła to wszystko na tacę razem z garścią asafetydy; podpaliła, dmuchając delikatnie, żeby szybciej się zajęło.Machała rękami, żeby dym się rozszedł.Nie miała pojęcia, czy to będzie skuteczne przeciwko Psychopompom, które zębami wydzierały sobie drogę przez hordy…Ból eksplodował z tyłu jej czaszki.Scena przed nią zniknęła, błysnęło czerwone światło i ziemia wypełniła jej usta, kiedy poleciała na twarz.Jej poparzone udo potrąciło tacę z ogniem i odbiło się od niej.Krzyknęła słabo, próbowała się odturlać, ale przytrzymały ją brutalne ręce; jedna z nich chwyciła ją za włosy i wepchnęła jej twarz w ziemię.Nie miała pojęcia, kto to był.Z wysiłkiem, od którego ją zemdliło, przekręciła się na plecy i zamachnęła ręką do tyłu.Ręka trafiła na coś, trzasnęła w to tak mocno, że Chess pomyślała, iż połamała sobie kości.Kolejne ręce na jej ciele, walczące z nią.Niedaleko leżał żelazny świecznik.Chwyciła go i machnęła, nie przejmując się już, czy w coś trafi, zachwycona, że w ogóle jeszcze walczy.Jeden z Lamaru spróbował wytrącić jej broń z dłoni.Pozwoliła, żeby ją podciągnął i ruszyła na niego.Jej taca paliła się na całego, gęsty, łaskoczący dym wypełniał powietrze.Nie wiedziała, czy coś zadziała.Przed oczami miała człowieka w czarnej szacie.Nie mogła myśleć o niczym innym niż o ogromnej potrzebie walnięcia go w głowę świecznikiem.Zamiast tego poderwała kolano i trafiła go w krocze.Odwróciła się, zanim jeszcze zdążył upaść na ziemię.Dostrzegła głowę Starszego Griffina; jego jasne włosy pałały światłem.Chess pobiegła do niego, używając świecznika jak włóczni, żeby oczyścić sobie drogę.Zdobył gdzieś rytualny nóż i walczył z dwoma Lamaru, którzy usiłowali zapędzić go pod ścianę.Zaszarżowała na nich, wymachując świecznikiem jak kijem bejsbolowym.Twarz Starszego pociemniała na jej widok, nóż się uniósł.– Nie! – Udało jej się uchylić, osłaniając świecznikiem.Nie chciała go uderzyć, ale była przerażona, że ją zabije, zanim ona zdąży coś powiedzieć.Czyjaś pięść prześliznęła się po jej policzku; Chess odskoczyła Cholera, było ich zbyt wielu, zbyt wielu Lamaru.Zbyt wiele duchów.Widmowe dłonie zacisnęły się wokół świecznika i odskoczyły, kiedy sparzyło je żelazo Duch spojrzał na nią z wściekłością i skoczył; jej tatuaże zapiekły jeszcze mocniej, przypalając skórę, a krew zmieniła się w lód od kontaktu z widmem.Próbował ją opętać.Czuła to.Cholera.Tatuaże wytrzymały.Ale czy wytrzymają pieczęcie, które narysowała na swoich ludziach? Co z…Terrible.Zaryzykowała i odwróciła się na moment od Starszego Griffina, żeby go poszukać.Zobaczyła, jak unosi zakrwawiony nóż nad głowę i wbija go w pierś okrytą czarną szatą.Ciągle walczył.Ciągle żył, ciągle był sobą.Starszy Griffin chwycił ją za kark, rzucił na ziemię.Przez sekundę tylko patrzyła na niego w szoku.Nigdy jej nie dotknął w gniewie, nigdy nie zrobił nic, co pozwoliłoby jej podejrzewać, że w ogóle stać go na gniew.Miała ochotę zwinąć się w kłębek, ukryć, zniknąć, przyjąć karę, byle to się skończyło.Uniósł ceremonialny nóż nad jej sercem i uderzył.Rozdział 38Nie wystarczy znać prawdę.Należy także głosić prawdę.Księga Prawdy, Zasady.Artykuł 558–To nie byłam ja! – Nie było czasu się odturlać; chwyciła go za nadgarstek.Był za silny.Nóż wciąż opadał; zwolnił, ale nie zatrzymał się.–Starszy Griffinie, to ja, Chess, to Lauren…Rozpaczliwie próbowała uchwycić spojrzenie jego błękitnych oczu, żeby ją dostrzegł, żeby zrozumiał, kim jest naprawdę.Nie podziałało.Cholera.Ścisnął jej się żołądek.Podciągnęła nogi i kopnęła jego rękę, odtrącając ją od siebie.Kopnęła go, coś chrupnęło [ Pobierz całość w formacie PDF ]