[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ale nie – z końca korytarza dobiegały go zduszone dźwięki, światło drgało, co chwilę zasłaniane czyimś ciałem.Bez wątpienia nie był tutaj sam, a pomieszczenie z pewnością nie było puste.Wiktor zdał sobie sprawę, że nic nie zostanie mu oszczędzone.Każdy krok w kierunku cienkiej kreski światła był jak przestawianie własnymi siłami podpory budowlanego dźwigu.Ciało Wiktora – widać mądrzejsze od niego samego – stawiało mu opór, nie chciało być posłuszne jego woli, nie chciało tam iść.Po zrobieniu czterech kroków Wiktor zatrzymał się zadyszany, miał wrażenie, że za chwilę zemdleje.Oparł się dłonią o ścianę i spuścił głowę, wyglądał teraz jak sportowiec po długim biegu.A jednak coś jest inaczej, pomyślał.We śnie walczyłem z całych sił, żeby się zatrzymać, a teraz walczę, żeby iść.We śnie wariowałem ze zwierzęcego przerażenia, byłem na granicy obłędu, teraz boję się jak cholera, aż do posrania, ale nie wariuję.Właściwie – Wiktor wyprostował się gwałtownie, tak zdumiewająca była ta myśl – właściwie to jest lepiej.No, może nie tyle lepiej, co inaczej.Pojawiło się też nowe uczucie, do tej pory nieobecne i trochę przez niego zapomniane.Ciekawość.Gdzieś za grubą i tłustą kurtyną strachu był ciekaw, co się stanie, kiedy przejdzie to do końca, kiedy nie będzie już koszmaru, który zepchnął inne uczucia do pakamery świadomości.Kim będzie?Z tą nową myślą pokonał kilka następnych metrów.Nie były prostsze niż poprzednie.Wręcz przeciwnie.Od klamki dzieliło go już nie więcej niż trzy, może cztery kroki.„Do diabła z ciekawością – wycharczał cicho, z trudem łapiąc oddech.– Do diabła ze wszystkim.Dlaczego nie mam czegoś, czym można zrobić sobie dziurę w głowie”.Oparty plecami o ścianę, nie zdając sobie sprawy, że cały czas klnie pod nosem, dotarł do drzwi i położył dłoń na zwykłej aluminiowej klamce.Nie mógł się zmusić, żeby zajrzeć do środka przez szparę.Po prostu stał.Serce pompujące krew z szybkością kilkakrotnie większą niż zwykle domagało się tlenu, Wiktor oddychał szybko i ze świstem.Błogosławionym świstem, który zagłuszał dobiegające ze środka dźwięki.Nie do końca.Usłyszał czyjś śmiech, a potem przeciągły, pełen żalu jęk.Poznał ten głos, rozpoznałby go zawsze i wszędzie, za milion lat i na drugim końcu wszechświata.Poznał ten głos i zaczął płakać, powtarzając bez przerwy: „Nie, nie, tylko nie to, proszę, nie”.Trwało to bardzo długo, ale przez cały czas nie puścił klamki.W końcu zamknął oczy, oderwał ciało od ściany, postąpił krok i stanął na wprost wejścia, cały czas kurczowo trzymając klamkę.Puścił ją i oparł dłoń na drzwiach.Otworzył oczy.Teraz wystarczyło, żeby lekko popchnął i wszystko, co rozgrywa się wewnątrz, stanie mu przed oczami.Uśmiechnął się.Czy mogę zobaczyć coś gorszego niż to, co już sobie wyobraziłem, pomyślał.Czy będzie tam coś, o czym nie wiem? Coś, z czego nie zdaję sobie sprawy? Teraz, kiedy wszystko już jest jasne?Naprężył mięśnie przedramienia, żeby popchnąć pomalowane na zielono deski, i wówczas ktoś chwycił go za rękę.Kobieta.Wysoka, niewiele niższa od niego, bardzo ładna, z czarnymi włosami spiętymi z tyłu głowy, ubrana w szarą sukienkę, przepasana fartuchem.Za rękę trzymała ją mała dziewczynka, najwyżej pięcioletnia, podobna do swojej mamy tak bardzo, że wyglądała jak pomniejszona kopia.Obie uśmiechały się do niego.Wiktor nie miał wątpliwości, kim są.Od wczoraj zastanawiał się, dlaczego w bloku mieszkają tylko oprawcy, tylko samobójcy pochowani w niepoświęconej ziemi.Zastanawiał się, gdzie jest Marianna i jej mała córeczka.– Nie trzeba – powiedziała do niego kobieta, nie otwierając ust.– Wystarczy, że wiesz.I że chcesz.Uśmiechnęła się jeszcze raz i zniknęła, a razem z nią jej córka, zielone drzwi wraz z dobiegającymi zza nich światłem i dźwiękami, wnętrze schronu na Wilczej.Został Wiktor, stojący w wąskim korytarzu zwykłej piwnicy bródnowskiego bloku, gapiący się na półki pełne przetworów, które przechowywał w swojej komórce lokator mieszkania numer 47.Wyraźnie widział napis na jednym ze słoików: „Truskafka 2001”.Był wolny.No, może nie do końca, bo w tej samej chwili, kiedy chciał wybuchnąć obłąkańczym śmiechem radości, ktoś rzucił mu się na plecy i zaczął dusić.6.Wiktor był bardziej zaskoczony niż przestraszony.Dopiero kiedy poczuł koszmarny ból miażdżonej krtani i zrozumiał, że nie jest w stanie nabrać powietrza, zaczął działać.Chwycił za palce na swoim gardle i próbował je odgiąć, ale chwyt był zbyt silny.Pochylił się gwałtownie, żeby zrzucić napastnika, ale ten tylko objął go nogami w pasie.Jeszcze raz złapał za palce – teraz już prawie mordercy – i odniósł ten sam efekt.Czarne plamki pojawiły się przed oczami Wiktora.Nie chciało mu się wierzyć, że teraz, po tym, co się tutaj wydarzyło, zostanie po prostu uduszony.Z całej siły rzucił się w tył, uderzając wiszącym nań napastnikiem o ścianę.Ten stęknął, ale nie rozluźnił chwytu.Wiktor powtórzył manewr, wkładając weń wszystkie siły, jakie mógł jeszcze znaleźć.Tym razem bandyta krzyknął i Wiktorowi udało się zdjąć jego dłonie ze swojego gardła.Nabrał chciwie powietrza, czując, jak przeoruje mu krtań zardzewiałą broną, odwrócił się, wziął duży zamach i precyzyjnie kopnął niedoszłego mordercę prosto w jaja.Poczuł zapach truskawek i przeszło mu przez głowę, że to chyba najdziwniejsza z halucynacji, jakich ostatnio doświadczył.Robert zemdlał, nie wydając z siebie dźwięku.Wiktor patrzył na niego właściwie bez zdumienia.Czuł wcześniej, że coś jest nie tak, kiedy Robert znienacka pojawił się wśród nich.Ta patetyczna poza, papierowe prośby o przebaczenie, żal wyrażany kwestiami z telenoweli [ Pobierz całość w formacie PDF ]