[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Po kilku głębokich wdechach poczuła, że odzyskuje równowagę i może wrócić do pracy.Miała właśnie wyjść na oddział, gdy drzwi się otworzyły i wkroczyła Marsha Kingsley, jej współmieszkanka.- Przypadkiem słyszałam waszą rozmowę - powiedziała.Była to drobna, pełna temperamentu kobietka z grzywą kasztanowatych włosów, które do pracy upinała w kok.Nie tylko mieszkała, ale i pracowała razem z Kim.- Co za gnojek - stwierdziła.Lepiej niż ktokolwiek inny znała historię związku Kim z Kinnardem.- Nie dawaj mu się wyprowadzać z równowagi, wstrętnemu egoiście.Nagłe pojawienie się Marshy zburzyło samokontrolę Kim.- Nienawidzę kłótni - powiedziała przez łzy.- Uważam, że zachowałaś się wspaniale.- Marsha podała jej chusteczkę.- Nawet nie przeprosi.- Kim wytarła oczy.- Gruboskórny cham - oświadczyła lojalnie Marsha.- Nie wiem, na czym polega mój błąd.Jeszcze niedawno zdawało mi się, że jesteśmy dobraną parą.- Ty nie popełniłaś żadnego błędu.To jego wina.Jest zbyt samolubny.Porównaj tylko jego zachowanie i Edwarda.Edward codziennie przysyła ci kwiaty.- Nie potrzebuję codziennie kwiatów.- Oczywiście, że nie.Liczą się intencje.Kinnard w ogóle nie bierze pod uwagę twoich uczuć.Zasługujesz na coś lepszego.- Sama nie wiem.- Kim wytarła nos.- Ale jedno jest pewne.Muszę coś zmienić w swoim życiu.Zastanawiam się nad przeprowadzką do Salem.Planuję zaadaptować stary dom w majątku rodzinnym, który odziedziczyłam razem z bratem.- To świetny pomysł.Dobrze by ci zrobiła zmiana otoczenia, zwłaszcza że Kinnard też mieszka na Beacon Hill.- To właśnie miałam na myśli.Wybieram się tam zaraz po pracy.A może pojechałabyś ze mną? W twoim towarzystwie byłoby mi przyjemniej i może podsunęłabyś mi jakieś pomysły co do urządzenia domu.- Przełóżmy to na później - poprosiła Marsha.- Dzisiaj jestem już umówiona.Po pracy i po odprawie Kim wyszła ze szpitala, wsiadła do samochodu i wyjechała z miasta.Ruch był niewielki, jechało się szybko, zwłaszcza gdy przejechała Tobin Bridge.Pierwszy postój zrobiła w domu rodziców na przesmyku Marblehead.- Jest tu kto? - zawołała wchodząc.Dom w stylu francuskiego zamku był pięknie położony tuż nad oceanem.Pod pewnymi względami przypominał siedzibę rodową w Salem, był jednak mniejszy i bardziej gustowny.- Jestem na werandzie, kochanie - dobiegła ją z daleka odpowiedź Joyce.Długim korytarzem biegnącym przez środek domu Kim dotarła do pomieszczenia, w którym jej matka spędzała większość czasu.Oszklona z trzech stron weranda frontem zwrócona była na południe, na wypielęgnowany, porośnięty trawą taras, natomiast od wschodu rozciągał się z niej zapierający dech w piersiach widok na ocean.- Jesteś jeszcze w mundurku - zauważyła Joyce.Jej ton wyrażał dezaprobatę czytelną tylko dla córki.- Jadę prosto z pracy.Chciałam uniknąć tłoku.- Mam nadzieję, że nie przyniosłaś ze sobą żadnych zarazków.Tego tylko brakuje, żebym się znowu rozchorowała.- Nie pracuję w oddziale chorób zakaźnych.U nas jest chyba mniej bakterii niż tutaj.- Co ty opowiadasz - ofuknęła ją Joyce.Nie były do siebie podobne.Kim rysami twarzy i włosami przypominała ojca.Joyce miała twarz szeroką, głęboko osadzone oczy, lekko orli nos.Dawniej brunetka, była już prawie siwa.Nigdy nie ufarbowała włosów.Cerę nawet teraz, niemal w środku lata, miała białą jak marmur.- A ty, jak widzę, ciągle w szlafroku - zauważyła Kim.Usiadła na kanapce ustawionej prostopadle do szezlonga matki.- Po co mam się ubierać? Poza tym nie czuję się dobrze.- Rozumiem, że taty nie ma w domu - stwierdziła Kim.Ten schemat znała od lat.- Twój ojciec wyjechał wczoraj w krótką służbową podróż do Londynu.- Przykro mi.- Nie ma powodu.Kiedy jest w domu, i tak nie zwraca na mnie uwagi.Chciałaś się z nim zobaczyć?- Miałam nadzieję, że go zastanę.- Wróci w czwartek - rzekła Joyce.- Jeśli mu to będzie na rękę.Ten męczeński ton Kim znała aż za dobrze.- Czy Grace Traters też pojechała? - spytała.Grace Traters była osobistą asystentką ojca, jedną z długiego szeregu osobistych asystentek.- Oczywiście, że Grace pojechała - odparła Joyce ze złością.- Bez Grace John nie potrafi zawiązać sobie butów.- Jeśli cię to denerwuje, to czemu się zgadzasz, mamo?- Nie mam na to żadnego wpływu.Kim ugryzła się w język.Ogarnęło ją przygnębienie.Z jednej strony współczuła matce, że musi to znosić, a z drugiej ta poza cierpiętnicy ją drażniła.Ojciec zawsze miałromanse, mniej czy bardziej jawne.Tak było, odkąd sięgała pamięcią.Zmieniając temat spytała o Elizabeth Stewart.Okulary do czytania spadły Joyce z czubka nosa, gdzie dotychczas niepewnie tkwiły, i uderzając o dekolt zawisły na łańcuszku, który miała na szyi.- Cóż za dziwne pytanie - powiedziała.- Czemuż to tak nagle się nią zainteresowałaś?- Natrafiłam na jej portret w piwnicy dziadka.Zrobił na mnie spore wrażenie, zwłaszcza to, że mamy takie same oczy.Zdałam sobie sprawę, że bardzo mało o niej wiem.Naprawdę została powieszona jako czarownica?- Wolałabym o tym nie mówić.- Mamo, na miłość boską! Dlaczego?- To jest po prostu temat tabu.- Powinnaś o tym przypomnieć swojemu bratankowi Stantonowi.Poruszył go ostatnio w towarzystwie podczas kolacji.- Możesz być pewna, że mu przypomnę.To niedopuszczalne i on o tym dobrze wie.- Jak coś może być tabu po tylu latach?- Nawet po tylu latach to nie jest powód do dumy.To obrzydliwa historia.- Czytałam wczoraj trochę o procesach czarownic w Salem.Bardzo dużo na ten temat napisano.Ale nigdzie nie ma wzmianki o Elizabeth Stewart.Zaczynam się zastanawiać, czy ona naprawdę miała w tym jakiś udział.- Z tego co wiem, miała.I dajmy już temu spokój.Jak to się stało, że natrafiłaś na ten portret?- Byłam w zamku.W zeszłą sobotę pojechałam odwiedzić majątek.Mam taki pomysł, żeby zaadaptować stary dom i zamieszkać w nim.- Na miłość boską, a to czemu? Jest strasznie mały.- Mógłby być uroczy.I jest większy niż moje obecne mieszkanie.Poza tym chcę się wyprowadzić z Bostonu.- Żeby się nadawał do zamieszkania, trzeba będzie w niego włożyć masę pracy.- Między innymi dlatego chciałam porozmawiać z ojcem.Ale oczywiście go nie ma.Muszę stwierdzić, że ilekroć go potrzebuję, nigdy go nie ma.- W takiej sprawie on ci nic nie pomoże.Powinnaś porozmawiać z George’em Harrisem i Markiem Stevensem.To przedsiębiorca budowlany i architekt.Oni odnawiali nasz dom i zrobili to tak, że nie mogłoby być lepiej.Pracują zawsze razem i mają biuro w Salem, dla ciebie bardzo wygodnie.No a następną osobą, z którą powinnaś porozmawiać, jest twój brat.- To się rozumie samo przez się - powiedziała Kim.- Zadzwoń do niego stąd - poleciła Joyce.- Ja tymczasem pójdę po telefon tego przedsiębiorcy i architekta.Joyce zsunęła się z szezlonga i zniknęła.Kim położyła sobie telefon na kolanach, uśmiechając się do siebie.Matka nigdy nie przestawała jej zadziwiać [ Pobierz całość w formacie PDF ]