[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.że przychodziłem? – zawołał, rażony nagłą myślą.– Jakiemu Porfiremu Pietrowiczowi?– Zastępcy sędziego śledczego.– Ja.Stróże nie chcieli wtedy pójść, więc ja poszedłem.– Dzisiaj?– Na chwileczkę przed panem.I wszystkom słyszał, wszystko, jak on pana tyrpał.– Gdzie? Co? Kiedy?– Ano tam, za przepierzeniem, caluchny czas tam stałem.– Jak to? Więc to wyście byli niespodzianką? Ale jakże to być mogło, bójcie się Boga!– Widzący – zaczął mieszczanin – jako stróże nie chcą mnie usłuchać i pójść, bo, powiadają, już za późno i jeszcze gotów się srożyć, czemu nie przyszli wcześniej, zrobiło mi się nijako i snu się zbyłem, i zacząłem penetrować.A spenetrowawszy wczora, dziś-em poszedł.Przychodzę pierwszy raz, nie ma go.Przeczekałem godzinę, idę drugi raz.nie przyjmują, idę trzeci raz.wpuścili.Zacząłem mu meldować wszystko akuratnie, a on wziął latać po pokoju i bił się pięścią po piersi: „Zbóje, powiada, co wy ze mną wyrabiacie? Jakbym ja wiedział tę rzecz, tobym go kazał dostawić pod konwojem!”.Później wyleciał, zawołał któregoś i zaczął z nim rozmawiać w kącie, a potem znów na mnie wpadł, wypytuje, diabłami mnie nadziewa.I bardzo mnie buzował; a ja mu doniosłem o wszystkim i mówiłem, że na moje wczorajsze słowo pan nic mi nie śmiał odpowiedzieć i że pan mnie nie poznał.On znowu wziął biegać i cięgiem bił się po piersi, i jurzył się, i biegał, a jak zameldowali pana to: leź, powiada, za przegródkę, siedź na razie, nie ruszaj się, choćbyś nie wiem co usłyszał; i sam przyniósł mi tam krzesło, i zamknął mnie; może cię przywołam, powiada.A jak przywiedli Mikołaja, wyprowadził mnie po panu: jeszcze, powiada, każę ci przyjść i jeszcze będę cię badał.– A Mikołaja badał przy tobie?– Jak odprawił pana, zaraz odprawił i mnie, a zaczął badać Mikołaja.Mieszczanin zatrzymał się i nagle ponownie się pokłonił, dotykając palcem podłogi.– Oszkalowanie i złość moją proszę odpuścić.– Bóg ci odpuści – odparł Raskolnikow i skoro tylko wyrzekł te słowa, mieszczanin pokłonił mu się, lecz już nie do ziemi, tylko w pas.Odwrócił się wolno i wyszedł z pokoju.„Wszystko ma dwa końce, teraz wszystko ma dwa końce” – powtarzał Raskolnikow i raźniej niż kiedykolwiek wyszedł z pokoju.– Teraz zmierzymy się jeszcze – mruknął z urągliwym uśmiechem, schodząc na dół.Urągliwość kierował do siebie samego; ze wzgardą i wstydem wspominał swoją „małoduszność”.CZĘŚĆ V1Poranek, który nastąpił po fatalnej dla Piotra Pietrowicza rozmowie z Dunieczką i Pulcherią Aleksandrowną, wpłynął na niego również otrzeźwiająco.Ku swej największej przykrości, musiał rad nierad uznać za fakt dokonany i nieodwołalny to, co wczoraj jeszcze wydawało mu się zdarzeniem prawie fantastycznym, a choć zaszłym, przecież jak gdyby niemożliwym.Czarna żmija urażonej ambicji całą noc kąsała mu serce.Wstawszy z łóżka, Piotr Pietrowicz natychmiast przejrzał się w lustrze.Obawiał się, czy aby w nocy nie dostał żółtaczki.Jednak pod tym względem wszystko na razie było w porządku; obejrzawszy więc swe szlachetne, białe i w ostatnich czasach nieco przytyłe oblicze, Piotr Pietrowicz na chwilę się pocieszył, święcie przekonany, że znajdzie sobie narzeczoną gdzie indziej, i to, kto wie, może jeszcze lepszą.Lecz po chwili opamiętał się i zamaszyście splunął, czym wywołał milczący, lecz sarkastyczny uśmiech młodego swego druha i współmieszkańca, Andrzeja Siemionowicza Lebieziatnikowa.Uśmiech ten Piotr Pietrowicz zauważył i w duchu wstawił go natychmiast do rachunku młodego przyjaciela.Ostatnimi czasy sporo już powstawiał do rachunku pana Lebieziatnikowa.Gniew jego wzrósł w dwójnasób, kiedy zdał sobie sprawę, że właściwie nie należało wczoraj komunikować Andrzejowi Siemionowiczowi o tym, co zaszło.To już była druga z rzędu pomyłka wczorajsza, popełniona na gorąco, wskutek nadmiernej wylewności i rozdrażnienia.Następnie przez cały ten poranek, jakby naumyślnie, jedna po drugiej sypały się przykrości.Nawet w senacie czekało go jakieś niepowodzenie w sprawie, o którą tam zabiegał.Najbardziej zirytował go właściciel mieszkania, które był wynajął ze względu na rychły ożenek i które odnawiał własnym sumptem: właściciel ten, wzbogacony niemiecki rzemieślnik, nie chciał słyszeć o rozwiązaniu dopiero co zawartej umowy i żądał całej kwoty, przewidzianej w kontrakcie na wypadek niedotrzymania, i to mimo że Piotr Pietrowicz oddawał mu mieszkanie prawie całkiem odnowione.Podobnie i w sklepie meblowym za nic nie chcieli zwrócić ani rubla z zadatku za sprzęty zakupione, lecz jeszcze nieprzewiezione do mieszkania.„Może mam się żenić specjalnie dla mebli?” – zżymał się w duchu Piotr Pietrowicz, a równocześnie raz jeszcze zaświtała mu straceńcza nadzieja.„Czyżby naprawdę wszystko to już tak zupełnie i bezpowrotnie przepadło? Czy naprawdę nie można jeszcze raz spróbować?” Myśl o Dunieczce jeszcze raz kusząco żgnęła go w serce.Z trudnością przebolał tę minutę – i zaiste, gdyby można było zaraz, przez samo życzenie, uśmiercić Raskolnikowa, Piotr Pietrowicz niezwłocznie wypowiedziałby to życzenie.„Błąd mój polegał jeszcze i na tym, że nie dawałem im ani grosza – medytował, smętnie wracając do izdebki Lebieziatnikowa.– Jak mogłem zżydzieć do tego stopnia? Nie było tu nawet żadnego wyrachowania.Chciałem potrzymać je o suchym pysku i doprowadzić do tego, by patrzyły we mnie jak w tęczę, a tymczasem masz!.Tfy!.Nie, gdybym przez ten czas był im dał, powiedzmy, półtora tysiąca na wyprawę i podarki, na te różne puzderka, nesesery, koronki, materiały i na te wszystkie łachy od Knopa i z magazynu angielskiego.sprawa byłaby lepsza i.mocniejsza! Nie tak by łatwo odprawiono mnie teraz z kwitkiem [ Pobierz całość w formacie PDF ]