[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Potrząsnął głową.- Jeff nie powinien był cię przyprowadzać.- Nie sądzę, eby zdawał sobie sprawę co się dzieje.Gościu, który nas znalazł nie był specjalnie precyzyjny w przekazaniu nam poziomu zagro enia.A Jeff nie jest w pełni sił.Powiedział mi, e jego empatyczne… cosie… się wypaliły.- Synapsy – wyszczerzył się.– Cosie te mogą być, oczywiście.Mimo to… - Jego uśmiech zniknąłi nagle Christopher patrzył na mnie z intensywnością, na jaką nie byłam przygotowana.Z niewia-domego powodu moje policzki pokryły się czerwienią.Ktoś podszedł za jego plecami.- Co się dzieje? – Martini nie brzmiał na rozbawionego.Poderwałam głowę.Równie nie wyglądał na rozbawionego.- Tak jakby… źle się poczułam.Christopher powoli wstał, cały czas na mnie patrząc.Potem się obrócił.- Zdecydowałem, e pozwolenie jej na stracenie przytomności byłoby złe dla morali.Masz z tym problem?Christopher stał do mnie bokiem, więc łatwo było dostrzec, e patrzył wściekle.Myślę, e było to trochę nadu yte, ale wcią skuteczne Spojrzenie nr 4, które skupiało się na mru eniu oczu i gotowości ust do wypowiedzenia czegoś sarkastycznego.- Skąd e – głos i wyraz twarzy Martiniego przeczyły słowom, chocia nie sądziłam, aby jego problemem było to, e nie le ę nieprzytomna u jego stóp.- Wszystko załatwione.Jesteś pewny, e twoja strona ma wszystko pod kontrolą?- Zgadza się.- Pytam, bo wydajesz się być bardziej zainteresowany Kitty ni upewnieniem się, e wszystkim się zajęto.Mieliśmy wystarczająco du o przecieków ostatnimi dniami.- Och? Więc ty jedyny masz prawo skupiać się na niej zamiast zajmować się pracą? Interesujące.–Zmienił spojrzenie z nr 4 na 1.Domyśliłam się, e nauczył się wracać do klasyki, kiedy robiło się nieprzyjemnie.- Mówiłem ci, ebyś dał mi z tym spokój – warknął Martini niskim głosem.- A ja powiedziałem ci, ebyś przestał grać w gierki – Christopher odpowiedział w podobny sposób.– Ona na to nie zasługuje.- Mogę się zało yć, e wiem, na co według ciebie zasługuje.- Na więcej ni mo esz jej dać? Ta, myślę, e na to zasługuje.Było zupełnie jak wtedy gdy pojawiliśmy się na LaGuardii wczorajszej nocy, tylko, e tym razem nie było tu mamy, która mogłaby mnie odciągnąć.Miałam wra enie, e nie pamiętali, e siedzę koło nich, co było dość niezręczne.Odchrząknęłam.Obaj spojrzeli na mnie.Martini patrzył wściekle ale miał przybrany swój wyraz twarzy mówiący wszystko gra.Christopher zredukował swoje Wściekłe Spojrzenie nr 1 do czegoś co mogłabym nazwać smutnym zamyśleniem.- Uch, czy wy dwaj mo ecie z tym poczekać a dopadniemy Mefistofelesa? Znaczy, cały ten testo-steron jest świetny, wielcy jaskiniowcy, dziewczyna jest pod wra eniem, i tak dalej, ale czy nie mamy przypadkiem najbardziej paskudnej z paskud do powstrzymania?Christopher zamknął oczy.- Przepraszam Masz rację.Musiałam odkryć co za piguły szczęścia wziął – chciałam mieć mo liwość podło enia mu ich do picia za ka dym razem, kiedy zachowywał się normalnie.120Martini przytaknął.- Teraz, kiedy wszystko jest załatwione, mo e powinieneś zająć się Claudią i Lorraine - zasugerował.Christopher otworzył oczy.- Dobrze.– Spojrzał na mnie.– Bądź ostro na.Skierował się w stronę drzwi.- Zajmę się nią – powiedział Martini.Christopher spojrzał przez ramię.- Jasne.W końcu jesteś w tym taki świetny.Wyszedł, a ja odwa yłam się zerknąć na Martiniego.Wyraz twarzy wszystko gra zniknął.Wyglądałna zranionego, złego i trochę przestraszonego.Nie podobało mi się to.- Jeff? Wszystko w porządku?Udało mu się uśmiechnąć.- Ta, skarbie, nic mi nie jest.– Pocałował mnie w czoło.– Świat jest bezpieczny na następnych parę godzin.Więc chodźmy zobaczyć twoich rodziców.ROZDZIAŁ 35Udało nam się ujść jakieś dziesięć kroków poza Centralę Centrum Dowodzenia, kiedy nadbiegłReader.- Jeff, właśnie dowiedziałem się o grupowych pojawieniach się.Jesteśmy zabezpieczeni?- Ta – Martiniemu udało się zabrzmieć na zmęczonego jedną sylabą.Reader zmru ył oczy.- Musisz się odizolować.Martini prychnął.- Jakbyśmy mieli na to czas.- Mo emy poczekać z tym jeden dzieńOdchrząknęłam.Obaj mę czyźni na mnie spojrzeli.To odchrząkanie naprawdę działało w tym oto-czeniu.- Nie, nie mo emy czekać.Wiem, e Mefistofeles nadchodzi, a te zgrupowania są dowodem.- Co masz na myśli? – Zapytał Reader.– To zdarzało się wcześniej.- Ta? Zaraz po tym jak Mefistofeles i inne mające kontrolę nadistoty się pokazują?Spojrzeli po sobie niepewnie.Reader westchnął.- Zwykle zaraz przed tym.Kolejny zabawny fakt, którym nikt się ze mną nie podzielił.Zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest tak, e nie mogą się pozbyć tych paskud bo nie uwa ają za potrzebne przekazywać sobie o nich informacji, ani poddawać ich analizie.Ale wtedy, to mi nikt nic nie mówił, więc mo e był to jakiś dziwaczny rytuał inicjacyjny – odgadnij wszystko to poka emy ci sekretny uścisk ręki.- Ale nigdy nie tak du o jak teraz [ Pobierz całość w formacie PDF ]