[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Przystanął, gdy z prawej strony dobiegł go nowy dźwięk.Być może to jakieś zwierzę.Zaczekał chwilę, zrobił jeden krok, potem drugi – po czym usłyszał wyraźny trzask suchych liści pod stopą.Ale nie pod jego stopą.Odczekał jeszcze kilka sekund, lecz nie usłyszał nic prócz szelestu liści i szumu wiatru.W minutę później odwrócił się i żwawym krokiem ruszył dalej.Niemal natychmiast znów usłyszał odgłosy stąpania, dochodzące z prawej strony.Zatrzymał się.–Kto tam jest?Wiatr wiał, topole skrzypiały.–Pendergast?Pomaszerował dalej i w tej samej chwili usłyszał, a może nawet wyczuł, że ktoś wciąż idzie za nim.Lodowaty dreszcz przebiegł mu po plecach.–Kimkolwiek jesteś, słyszę cię! – zawołał, przyspieszając kroku.Próbował wypowiedzieć te słowa buńczucznie i gniewnie, ale nie był w stanie pohamować drżenia głosu.Jego serce zaczęło bić jak szalone.Prześladowca nadal podążał za nim.Niespodziewanie Ludwig przypomniał sobie słowa starego Whita, które usłyszał tej niedzieli w kościele: „…diabeł jak lew ryczący krąży, szukając, kogo pożreć…" Teraz w ciemnościach te słowa nabrały nowego, jeszcze bardziej przerażającego znaczenia.Poczuł przypływ dławiącej paniki i spróbował ją w sobie stłumić.Już wkrótce, upomniał sam siebie, wyjdzie spomiędzy drzew i znajdzie się na polu.Stąd miał już tylko dwieście metrów do drogi i kolejne dwieście do samochodu.Na drodze będzie bezpieczny.Ale, o Boże, te ciężkie, chrzęszczące, przeraźliwe kroki…!–Wynoś się stąd! – krzyknął przez ramię.Nie zamierzał krzyknąć, to wyrwało mu się prawie instynktownie.I równie instynktownie mężczyzna zerwał się nagle do biegu.Był za stary, aby biec, a w dodatku zmęczony, odniósł wrażenie, jakby lada moment miało mu pęknąć serce.W ciemności obok niego niewidoczny prześladowca wciąż dotrzymywał mu kroku.Teraz Ludwig usłyszał jego oddech – krótkie, regularne sapanie towarzyszące dudniącemu, ciężkiemu stąpaniu.„Mógłbym wbiec między łany, zgubić go" – pomyślał Ludwig, wybiegając spomiędzy drzew.Ciemne morze kukurydzy na wprost niego kołysało się, szumiało i skrzypiało, targane wiatrem.Piekące drobiny kurzu wpadły mu do oczu.Błysnął piorun.–Moooe! – Głośne warknięcie, które rozległo się nadspodziewanie blisko, na nowo przepełniło go przerażeniem; dźwięk wydawał się pochodzić od człowieka, ale równocześnie brzmiało w nim coś nieludzkiego.–Precz ode mnie! – krzyknął, biegnąc jeszcze szybciej niż dotychczas; nie sądził, że jest do tego zdolny.–Mooe, mooe, mooe – powtarzała, stękając, istota biegnąca w mroku obok niego.Kolejny błysk pioruna i w jasnym świetle Smit dostrzegł kształt sunący równo z nim między łanami.Widział go tylko przez mgnienie oka, ale przerażająco wyraźnie.Na moment znieruchomiał.Szok był tak silny, że Ludwig omal nie runął na ziemię, gdy nogi odmówiły mu posłuszeństwa.Kolana miał jak z waty.To było niemożliwe.Nieprawdopodobne.Coś takiego nie mogło istnieć.Jezu Przenajświętszy, ta twarz, ta twarz!Reporter pobiegł dalej.I kiedy tak pędził, ogromna postać przez cały czas bez wysiłku dotrzymywała mu kroku.–Mooe.Mooe.Mooe.Mooe.Mooe.Droga! Światła reflektorów, przejeżdżał jakiś samochód!Ludwig wybiegł na drogę, wydając z siebie przeraźliwy skowyt zgrozy.Krzyczał i biegł środkiem szosy, wymachując rękoma za samochodem, którego tylne światła wciąż jeszcze widać było w oddali.Jego wrzaski utonęły w huku kolejnego grzmotu.Zatrzymał się, osunął do przodu, ukląkł, podpierając się na dłoniach, miał wrażenie, że lada chwila eksplodują mu płuca.Kompletnie wyczerpany czekał zrezygnowany i przybity na szybki cios, przeszywającą falę rozdzierającego, białego bólu…Ale nic takiego nie nastąpiło, toteż po chwili wyprostował się i rozejrzał we wszystkie strony.Wiatr kołysał łanami kukurydzy po obu stronach drogi, zagłuszając wszelkie odgłosy, ale w panującym dokoła półmroku Ludwig zorientował się, że potwór zniknął.Odszedł.Może przestraszył się jadącego samochodu.Ludwig wciąż rozglądał się dziko na lewo i prawo, z trudem chwytając powietrze i pokasłując.Nie był w stanie uwierzyć w swoje szczęście.A jego samochód stał zaledwie dwieście metrów dalej.Na wpół biegnąc, na wpół ciężko powłócząc nogami, Smit Ludwig, sapiąc i dysząc, ruszył wzdłuż drogi w stronę miejsca, gdzie pozostawił swoje auto.Serce nieomal wyrywało się z jego piersi.Jeszcze tylko sto metrów.Pięćdziesiąt.Dziesięć.Westchnąwszy głośno, nabrał tchu i potykając się, zszedł z szosy na polną drogę, gdzie ukrył samochód [ Pobierz całość w formacie PDF ]