[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Jedni przychodzili z obowiązku, inni z ciekawości, jeszcze inni kierowali się szczerą troską.Jako jeden z pierwszych przyszedł Ben Anders, z butelką przedniej whisky za pazuchą.- Wiem, że tradycja każe przynosić winogrona - powiedział - ale wódzia posłuży ci o wiele bardziej.Nalał nam po szklance i unosząc moją w odpowiedzi na jego milczący toast, omal nie spytałem go, czy starsza kobieta, z którą miał kiedyś romans, nie była przypadkiem żoną lekarza.Ale nie spytałem.To nie była moja sprawa.I w sumie nie chciałem tego wiedzieć.Zaskoczył mnie natomiast wielebny Scarsdale.Była to niezręczna wizyta.Wciąż dzieliły nas różnice poglądów i tak naprawdę nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia.Ale wzruszyło mnie samo to, że przyszedł, że zrobił ten wysiłek.Tuż przed wyjściem spojrzał na mnie z poważną miną.Myślałem, że coś powie, że wyrazi uczucia, które przezwyciężą ten zapiekły antagonizm.Ale on nie powiedział nic.Skinął tylko głową, życzył mi zdrowia i wyszedł.Regularnie odwiedzała mnie Janice.Ponieważ Henry’ego już nie było, całą swoją łzawą troskę przelała teraz na mnie.Gdybym jadł wszystko to, co mi przynosiła, w ciągu pierwszych dwóch tygodni przytyłbym ze trzy kilo, ale nie miałem apetytu.Dziękowałem jej, zaczynałem skubać zdrowe, angielskie jedzenie, a gdy wychodziła, wyrzucałem wszystko do kosza.Minęło trochę czasu, zanim odważyłem się spytać ją o romanse Diany Maitland.Zawsze potępiała zmarłą żonę Henry’ego - nigdy tego nie ukrywała - i okazało się, że wciąż ją potępia.Jej wyskoki były tajemnicą poliszynela, ale Janice wpadła w gniew, gdy spytałem, czy rzeczywiście wystawiła Henry’ego na pośmiewisko.- Wszyscy o tym wiedzieli, ale przymykali na to oko - fuknęła.- Ze względu na niego, nie na nią.Jego nigdy by nie wyśmiali, za dużym cieszył się szacunkiem.Gdyby nie było to takie tragiczne, mogło być śmieszne.Nie wróciłem do przychodni.Nawet wtedy, gdy z Bank House wyszła już policja, stwierdziłem, że powrót byłby zbyt bolesny.Znalazłem kogoś na zastępstwo do chwili, aż miejscowe władze znajdą lekarza na stałe albo aż ludzie przepiszą się do lekarzy w okolicznych miasteczkach.Tak czy inaczej, wiedziałem, że moje dni w Manham są policzone.Poza tym zauważyłem, że pacjenci traktują mnie ze swoistą rezerwą.W opinii wielu wciąż byłem tym „nowym”, w dodatku podejrzanym, przynajmniej przez pewien czas.Ale nawet kiedy było już po wszystkim, na moje uczestnictwo w tamtych wydarzeniach wciąż patrzono nieufnie.Zdałem sobie sprawę, że Henry miał rację.Że tu nie przynależę.I że nigdy przynależeć nie będę.Pewnego ranka obudziłem się ze świadomością^ że pora ruszać dalej.Wystawiłem dom na sprzedaż i zacząłem porządkować sprawy.Wieczorem na dzień przed przyjazdem tych od przeprowadzek ktoś zapukał do moich drzwi.Otworzyłem i ze zdziwieniem ujrzałem w progu Mackenziego.- Mogę wejść?Cofnąłem się, zaprowadziłem go do kuchni, poszukałem kubków.Gdy zagotowała się woda, spytał, co u mnie.- Wszystko dobrze, dziękuję.- A ten narkotyk? Żadnych skutków ubocznych?- Wygląda na to, że nie.- Dobrze pan sypia? Uśmiechnąłem się.- Czasami.Nalałem herbaty, podałem mu kubek.Podmuchał do środka, unikając mojego wzroku.- Wiem, że nie chciał się pan w to mieszać.- Wzruszył ramionami; widać było, że czuje się nieswojo.- Mam wyrzuty sumienia, że pana w to wciągnąłem.- Niepotrzebnie.I tak w tym siedziałem, tylko nie zdawałem sobie z tego sprawy.- Ale biorąc pod uwagę, jak się to skończyło…- Nie z pana winy.Kiwnął głową, nie do końca przekonany, że nie mógł zrobić nic więcej.Ale nie tylko on tak się wtedy czuł.- Co pan teraz zamierza? - spytał Wzruszyłem ramionami.- Poszukam sobie mieszkania w Londynie.Poza tym, nie wiem.- Wróci pan do sądówki? Omal się nie roześmiałem.Omal.‘- Wątpię.Podrapał się w szyję.- W sumie to się panu nie dziwię.- Posłał mi dziwne spojrzenie.- Wiem, że nie chciałby pan usłyszeć tego ode mnie, ale niech pan wstrzyma się z decyzją.Może pan przydać się innym.Popatrzyłem w okno.- Będą musieli poszukać kogoś innego.- Niech pan to jeszcze przemyśli — powiedział, wstając.Uścisnęliśmy sobie ręce.Już wychodził, gdy ruchem głowy wskazałem pieprzyk, który ciągle drapał.- Na pana miejscu poszedłbym jednak do specjalisty.Nazajutrz wyjechałem z Manham na dobre.Ale przedtem się z kimś pożegnałem.Tej nocy miałem sen i wiedziałem, że śni mi się ostatni raz.Dom był jak zwykle ciepły i spokojny.Ale jakże inny.Kara i Alice odeszły.Wędrowałem po niezamieszkanych pokojach, wiedząc, że już tu nie wrócę.I że tak powinno być.Linda Yates mówiła, że snów nie ma się bez powodu, chociaż słowo „sen” wciąż nie oddaje tego, czego wtedy doświadczałem.Być może jakiś powód był, lecz ja go nie znałem.Obudziłem się z policzkami mokrymi od łez, ale czułem, że nie ma w tym nic złego.Absolutnie nic.Dzwonek telefonu przywrócił mnie teraźniejszości [ Pobierz całość w formacie PDF ]