[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zacząłem dopasowywać zęby do pustych zębodołów.Chociaż pomagałem sobie lewą ręką, szło mi bardzo powoli.Straciłem poczucie czasu, gdy wtem lampa zamigotała i przygasła.Jakby na umówiony znak, w tym samym momencie ścianami zatrząsł potężny podmuch wiatru i budynek zadygotał niczym struna basowa, której bezdźwięczne drżenie przenika ciało na wskroś.Wyprostowałem się z jękiem.Bolał mnie kark, bolały mnie wszystkie mięśnie.Ramię też rozbolało, jakby tylko czekając, aż sobie o nim przypomnę.Zerknąłem na zegar.Dochodziła piąta.Na dworze pociemniało.Masując kark, spojrzałem na czaszkę i dolną szczękę.Po kilku nieudanych próbach udało mi się dopasować prawie wszystkie zęby.Zostało tylko kilka trzonowców i przedtrzonowców, ale to nie miało większego znaczenia.Rozcierając ramię, wyciągnąłem rękę, żeby zgasić lampę, gdy nagle coś usłyszałem.W świetlicy cicho zatrzeszczały deski.- Kto tam?! - zawołałem.Odpowiedziało mi tylko zimne echo.Położyłem rękę na klamce.Klamka ani drgnęła.I nagle wyczułem, że ktoś tam jest.Tam, tuż za drzwiami.Zapadła nienaturalna cisza.W drzwiach było okrągłe okienko przypominające iluminator.Miało żaluzje, ale nie przyszło mi do głowy, żeby je opuścić.Teraz tego żałowałem.Świetlica tonęła w ciemności.Widział mnie każdy, kto tam wszedł, ja nie widziałem nikogo.Wytężyłem słuch, lecz słyszałem tylko szum wiatru.Cisza była jak twardy kamień, gotowy w każdej chwili zerwać się ze sznura i spaść.Stanęły mi włosy na karku.Spojrzałem na rękę - na ręce też.Co za głupota, pomyślałem.Tam nikogo nie ma.Zacisnąłem palce na klamce, ale się nie obróciła.Na biurku stał ciężki szklany przycisk do papieru.Podniosłem go niezdarnie, pochyliłem się i chorą ręką ująłem klamkę.Gotowy? Teraz.Pchnąłem drzwi i wpadłem do świetlicy, macając po ścianie w poszukiwaniu włącznika.Nie mogłem go znaleźć, wreszcie znalazłem i klik! - zapłonęło światło.Szydziła ze mnie pusta sala.Czując się jak idiota, opuściłem przycisk.Drzwi do świetlicy i przeszklone drzwi na ganek były zamknięte.Słyszałem pewnie potrzaskiwanie dygoczących od wiatru ścian.Powoli stajesz się kłębkiem nerwów, pomyślałem.Już miałem wrócić do przychodni, gdy spojrzałem na podłogę.Widniały na niej ślady mokrych butów.- To na pewno nie pana?Brody przyglądał się wysychającym kałużom na wytartych deskach.Było w nich za dużo wody, żeby określić rodzaj czy chociaż rozmiar butów.Ślady prowadziły od wejścia aż do drzwi przychodni.Pod drzwiami, tam, skąd ktoś mnie obserwował, kałuża była największa.- Na pewno - odparłem.- Nigdzie nie wychodziłem.Telefony wciąż nie działały, nie mogłem więc nikogo zawiadomić, że ktoś tu był.Nie chciałem też zostawiać przychodni bez nadzoru, zwłaszcza w takiej chwili.Ale kiedy zastanawiałem się, co robić, przyjechali Brody i Duncan.Sami z siebie, nieproszeni, Duncan ogolony i po kąpieli.Brody doszedł po śladach do drzwi gabinetu.Zajrzał do środka przez okrągłe okienko.- Widać idealnie - powiedział.- Może to był Cameron? Albo znowu ta Maggie?- Możliwe, ale szczerze wątpię, żeby któryś z miejscowych tak się podkradał.Pozostawała tylko jedna możliwość.- Myśli pan, że to ten… morderca? Brody powoli kiwnął głową.- Uważam, że powinniśmy wziąć to pod uwagę.To, że przenieśliśmy tu szczątki, musiało go zdenerwować, nie wspominając już o tym, że zbadał je ekspert.Nie wiem, co może teraz zrobić, i to mnie bardzo martwi.Wcale mnie tym nie pocieszył.Myślał przez chwilę i dodał:- Poczuję się lepiej, jeśli zamkniemy świetlicę na klucz.Strzeżonego Pan Bóg strzeże.Jest tu sklep wielobranżowy.Trzeba kupić kłódkę i łańcuch.Nie warto ryzykować.Ja też tak uważałem.Znowu rzeczowy i konkretny, ruchem głowy wskazał czaszkę na stole.- A poza tym? Jak panu idzie?- Powoli.Próbowałem ustalić, kim była.- Da pan radę? - spytał trochę zaskoczony.- Tylko na podstawie tych kości?- Nie wiem.Ale zobaczymy.Stanąłem przy wózku i zapaliłem lampę.Brody i Duncan podeszli bliżej.- Stan zębów jest interesujący.Popękały z gorąca, ale były w kiepskim stanie już przedtem.Bardzo mało plomb, w dodatku starych.Ta kobieta od lat nie była u dentysty, co sugeruje, że to jakaś prosta dziewczyna.Gdyby należała do klasy średniej, zęby byłyby bardziej zadbane.Tymczasem niektóre z tych tu są starte dosłownie do dziąsła.U kogoś tak młodego może to być tylko skutek nałogowego zażywania narkotyków.- Myśli pan, że była narkomanką? - spytał Brody.- Tak uważam.Duncan podniósł głowę.- Narkomani są zwykle chudzi.Mówił pan, że efekt knota oznacza, że była otyła.Celna uwaga.- Tak, miała zapewne więcej tłuszczu niż przeciętna kobieta.Ale dużo zależy również od metabolizmu i od tego, jak często brała narkotyki.Nie znaczy to, że nie była narkomanką.Ale jest jeszcze coś.Pamiętacie, tłumaczyłem wam, dlaczego ogień nie strawił jej stóp.- Bo jest na nich za mało tkanki miękkiej? - rzucił Duncan.- I nie były osłonięte ubraniem, które mogło zadziałać jak knot.Była w sportowych butach, ale bez pończoch czy rajstop.I bez skarpetek.Przypuszczam, że miała na sobie spódnicę i żakiet albo krótką kurtkę.Coś z taniego materiału, co wzmocniłoby efekt knota.Popatrzyłem na czaszkę i nagle ogarnął mnie smutek, że tak dokładnie analizujemy jej życie.Ale tylko w ten sposób mogliśmy schwytać tego, kto to zrobił.- Tak więc, są to zwłoki młodej kobiety, nałogowej narkomanki z zepsutymi zębami.Kobiety, która nawet w lutym chodziła skąpo ubrana i z gołymi nogami.Co mówi to o stylu jej życia?- Że była prostytutką - odparł Duncan, tym razem z większą pewnością siebie.Inspektor w zamyśleniu potarł podbródek.- Prostytutka z wielkiego miasta mogła tu przyjechać tylko z jednego powodu.- Do klienta - powiedziałem.- Trudno o inny.Pasowałoby do tego, że mogła znać zabójcę.I wyjaśniałoby, dlaczego nikt jej tu nie znał [ Pobierz całość w formacie PDF ]