[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Adrian? To ja, Delia.- Pies nadal szczekał.- Delia Grinstead.Z supermarketu?- Och, to pani - powiedział zaskoczony.- Moja wyba-wicielka! - Roze-śmiał się, a pies w końcu się uspokoił.- Co pani tu robi?- Ja…ja.- i też się roześmiała, spojrzała na swój szlafrok i wygładziła jego poły.- Po prostu nie mogłam spać.Z ulgą stwierdziła, że on również nie był specjalnie dobrze ubrany.Miał na sobie coś w rodzaju ciemnego kaftana i jasną piżamę.Na nogach buty do biegania z rozwiązanymi sznurowadłami.Nie włożył skarpetek.- Mieszka pan gdzieś w pobliżu? - spytała.- Właśnie tutaj.- I wskazał ręką splątany gąszcz berberysu.Za nim wi-dać było światło zapalone na ganku i kawałek białego szalowania.- Wsta-łem, by wysiusiać Butcha.Ma nowe hobby: budzi mnie w środku nocy i domaga się, bym z nim wyszedł.Pies, słysząc swoje imię, usiadł na tylnych łapach i uśmiechnął się do Delii.Pochyliła się i nieśmiało poklepała go po mordzie.Oddech psa ogrzał jej dłoń, która zwilgotniała.S- Uciekłam wtedy z pana zakupami - powiedziała jakby do psa.- Było mi strasznie nieprzyjemnie.R- Z moimi zakupami? - spytał.- No, kupił pan te drobniutkie kluseczki i rotini - wyprostowała się, ich spojrzenia się spotkały.- Już myślałam, żeby jakoś zdobyć pana adres i je odwieźć.- Hm.tak.kluseczki? Nieważne - powiedział.- Jestem pani po prostu wdzięczny za pomoc.Na pewno pomyślała sobie pani, że niezłe ze mnie dziwadło, prawda?- Ależ nie, skądże! Było mi bardzo miło - odparła.- Wie pani, jak to czasem zależy człowiekowi na zachowaniu przed kimś pozorów.- Oczywiście.Powinnam wręcz otworzyć firmę Pozory, spółka z o.o.- Randka na Zamówienie - rzucił.- Albo: Wynajem Oszustów.- Blondynki udawałyby drugie żony, a gwiazdorzy futbolu braliby uwiedzione dziewczyny na tańce w klubie studenckim…- A piękne kobiety w czerni płakałyby na pogrzebach -dodał Adrian.- A właściwie to dlaczego nie istnieją takie agencje? -nagle spytała Delia.- Nie ma nic gorszego niż… niż co? Niż ta wściekłość, ta urażona du-ma i wściekłość, jaką się odczuwa, kiedy ktoś nas zrani, obrazi czy też uzna za pewnik…Dość.Sama przerwała.Adrian przyglądał jej się tak natarczywie, że przestraszyła się, iż ma we włosach lokówki.Niemal podniosła rękę, by to sprawdzić, ale przypomniała sobie, że przecież nie używa lokówek od czasów szkoły średniej.- Boże, muszę wracać do domu - powiedziała.- Proszę zaczekać! - wyrwało mu się.- A może chciałaby pani.może mógłbym zaprosić panią na kawę?- Na kawę?- Może herbatę? Może kakao? Może na drinka?- Dzięki - odparła.- Może na kakao.Chętnie się napiję.To znaczy kofe-Sina o tej porze pewnie by… Ale jest pan pewien, że to nie będzie dla pana kłopot?R- Jaki kłopot? Proszę do środka.Poprowadził ją do przerwy w plątaninie berberysu.Wybrukowana ścieżka skręcała łukiem w stronę domu.Był to jeden z tych bogato zdo-bionych domów wiktoriańskich, tak bardzo teraz lubianych przez młode małżeństwa.Frontowe drzwi miały matowe szybki w kształcie rombów, w słodkich odcieniach migdałowych.Delia nagle doznała ukłucia niepokoju.Przecież nic nie wie o tym mężczyźnie! A nikt na świecie nie ma bladego pojęcia, gdzie ona się podziewa.- Zwykle, jeżeli wstanę o tej porze, to już na dobre -mówił Adrian.-Więc robię sobie dzbanek…- Oj, jaki ładny ganek! - wykrzyknęła.- Może tutaj wypijemy kakao?- Tutaj?Przystanął na najwyższym stopniu i rozejrzał się.Był to naprawdę przygnębiający ganek.Deski podłogi miały kolor stalowy, a meble zosta-ły pomalowane na kolor jaskrawozielony.- Nie będzie tutaj za zimno? - spytał.- Ani odrobinę - odparła, chociaż teraz, kiedy nie była w ruchu, zaczęła znów odczuwać chłód.Wsunęła obie pięści do kieszeni szlafroka.Patrzył na nią przez chwilę.- Aha, rozumiem - rzucił i kąciki ust uniosły mu się w uśmiechu roz-bawienia.- Ale jeśli panu jest zimno… - zaczęła, rumieniąc się.- Rozumiem.Zawsze należy zachować ostrożność.- Ależ wcale nie o to chodzi!- Absolutnie nie mam pani tego za złe.Dobrze, tu wypijemy kakao.- Ależ naprawdę mogę wejść do środka - mówiła z zażenowaniem.- Nie, proszę tu poczekać.Wszystko przyniosę.- Ale pozwoli pan, że jednak wejdę - nalegała.I ponieważ uznała, że będą się tak spierać bez końca, wyjęła rękę z kieszeni i dotknęła jego nadSgarstka.- Naprawdę chcę.Miała na myśli to, że chce wejść, uczciwie tylko to, lecz kiedy wypo-Rwiedziała te słowa, zrozumiała, że zabrzmiały, jakby chodziło jej o coś więcej.Cofnęła rękę i odsunęła się od niego.- No, może… - jąkała.- Tak, na… na ganku.Możemy wypić kakao na… -Poszukała ręką za sobą krzesła i usiadła.Siedzenie bez poduszki było tak lodowate, że zetknięcie z nim na chwilę zaparło jej dech.Jakby usłyszała zaskakującą nowinę czy też dostrzegła możliwość, jaka nigdy przedtem nie przyszła jej do głowy.Rozdział 4Powiedziałam Elizie, kiedy przyjechała po nas na lotnisko -opowiadała Linda - „No cóż, taty już z nami nie ma.Ale w związku z tym nie będę musiała dłużej mieszkać z tobą w jednym pokoju”.Wiadomo przecież, jak ona chrapie.- Tak, ale… - zaczęła Delia.- „I bliźniaczki też nie będą musiały spać z Susie” -dodałam.Myślałam, że zmieszczą się ze mną w wielkim łóżku ojca.No i wracam do domu, i zgadnij, co zastaję.- Najpierw naprawdę chciałam, byś zajęła ten pokój -powiedziała Delia.- Ale to było takie… kiedy weszłam posłać łóżko, to było…- W porządku, sama pościelę - stwierdziła Linda.- Powiem ci tylko ty-le: nie mam najmniejszego zamiaru spać z Elizą, kiedy ten pokój stoi pusty.Stały na progu pokoju ojca.Panował tu rozdzierający serce porządek.SW mętnym powietrzu roiło się od pyłków kurzu, mechata narzuta leżała nienaturalnie naciągnięta na materacu łóżka.Linda, która jeszcze się nie Rrozebrała z podróżnego stroju, pełna była skupienia i energii, jakie w niektórych osobach wyzwala podróż.Obejrzała pokój bez śladu wzruszenia, jak wydawało się Delii.- Widzę, że nie traciliście czasu i wprowadziliście duże zmiany -stwierdziła.- Wszędzie klimatyzacja, faceci od ogrodu przetrzebili krzaki i nie wiem co tam jeszcze.- No wiesz, to…- Sam Grinstead chyba tylko na to czekał - ciągnęła Linda.- W końcu dostał dom w swoje łapy.Delia nie wdała się w sprzeczkę.Linda spojrzała na nią kpiarsko i ruszyła w stronę komody ojca.Pochyliła się do wiszącego nad nią lustra i przesunęła palcami po ciemnych włosach ostrzyżonych krótko na pazia.Poprawiła notes wiszący na bandolierze, czyli na pasku, który miała po europejsku przewieszony przez pierś.Nie wyglądała na Amerykankę.(Nie można się było domyślić, że mieszka w Michigan, rozwiedziona z profesorem literatury francuskiej, który nie spełnił jej marzeń i nie przeniósł się do swojego rodzinnego Paryża).Twarz pełną i pulchną miała upudrowaną na biało, a poza tym jedynie usta rozkwitały lepkim szkarłatem.Nie była ubrana jakoś wyjątkowo, ale miała swój styl [ Pobierz całość w formacie PDF ]