[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Nie wiem – odrzekł stary człowiek, a jego odpowiedź była równie bezpośrednia, jak zadane mu pytanie.– Po tak krótkim czasie nic nie powinno mu fizycznie dolegać.Psychicznie… – Spróbował wzruszyć ramionami, lecz nie mógł.Zamiast tego się skrzywił.– Nikt wcześniej nie został uwolniony.Cały czas schodzili w dół.Blisko powierzchni schody były drewniane.W miejscach, gdzie oryginalne stopnie stały się nazbyt wklęsłe, w substancję Drzewa wpasowano kawałki plastiku.Po pierwszym półpiętrze schody wycinano w skale, lecz nawet tutaj ukruszone bądź wyślizgane fragmenty uzupełniano nakładkami ze sztucznego tworzywa.– Powinniśmy byli zaczekać – odezwał się opat.Adele obejrzała się.Nie potrafiła stwierdzić, czy mówił do niej, czy tylko szukał oczyszczenia, ogłaszając swą tajemnicę światu.– Nie zjednoczył się jeszcze w pełni z Drzewem.Wysłał wiadomość, zamiast stać się pośrednikiem pomiędzy Drzewem a aplikantem.To moja wina.– Ale gdzie jest Diament Ziemi?! – zawołał hrabia Klimov.Razem z żoną szli wystarczająco blisko, by usłyszeć głos opata pomimo odbijającego się echem szurania butów o stopnie.– Nie mam pojęcia – przyznał tamten.– Na Nowym Delhi nie ma nic, z wyjątkiem Drzewa i Służby Drzewu.– Nie licz na to, że cokolwiek się uchowa, kiedy już stąd wystartujemy – prychnął kosmonauta.– Uważam, że gdy Sissie zawiśnie dokładnie nad drewnianą częścią, czekają nas całkiem niezłe fajerwerki, zgadza się?Któryś akolita załkał.Trzymający go za związane nadgarstki marynarz uniósł automat do ciosu, ale zaraz opuścił broń i warknął:– Trza było myśleć o tym, jak żeśta porywali kapitana.Adele Mundy nie skomentowała.Niszczenie Drzewa nie miało sensu, jeśli jednak z Danielem nie było wszystko w porządku, to nie miała pewności, czy sprzeciwi się takiemu przedstawieniu.– Są tutaj jakieś drzwi! – zawołał Hogg, wzbudzając echo.W migoczącym blasku lampy Adele dostrzegła zardzewiały panel wejściowy za jego plecami.– Są zamknięte?– Nie – odparł opat.Jego głos brzmiał tak, jak gdyby przemawiał z otchłani niespokojnego snu.– Otwierają się w twoją stronę.Służący znieruchomiał, mając zajęte ręce.Pozioma powierzchnia u podnóża schodów była większa od półpięter, lecz mimo to nie pomieści więcej niż pół tuzina dorosłych.Jeżeli szybko nie otworzą drzwi, dojdzie do niebezpiecznego zatoru.– Ja to zrobię – powiedziała Adele, mijając Hogga.Złapała za uchwyt i pociągnęła; zawiasy zaskrzypiały i stawiły jej opór.Szarpnęła w nagłym przypływie wściekłości.Hogg wkroczył do środka, wysoko trzymając odsuniętą w lewo latarnię.Natychmiast znalazła się tuż za nim, mierząc z pistoletu w prawo, podczas gdy ciężka broń korpulentnego Cinnabarczyka osłaniała lewą część pomieszczenia.Jednocześnie dostrzegli ustawione pod ścianą mumie.Adele zrobiła dwa kroki wzdłuż rzędu i zerwała się do biegu.Nie miała pojęcia, kiedy ostatni raz biegała.– Jasna cholera! – ryknął Hogg, obracając się i dźgając opata lufą karabinu w gardło.– Który z nich to on, draniu? Który?Daniel musiał znajdować się na samym końcu.Rząd mumii zaczynał się przy drzwiach i ciągnął bez przerwy w dal.– Hogg, wyciągnij nóż! – zawołała, świadoma niezwykłej piskliwości głosu.– Nie tnijcie, tylko używajcie roztworu soli! – wyrzęził starzec.– Sól zmusi korzenie do uwolnienia go bez wyrządzania żadnych szkód.Proszę!Adele dotarła do ostatniej figury w rzędzie.Plakietka z nazwiskiem, umieszczona z lewej strony na przedzie uniformu porucznika, wciąż była widoczna, lecz zwoje włoskowatych korzeni pokryły już głowę i dłonie.Bibliotekarce zakręciło się w głowie; schyliła się, rozważając przez moment, czy nie włożyć głowy między nogi, by uratować się przed omdleniem.Dobiegło do niej pół tuzina Sissies.– Jasna cholera, nie użyję noża! – zawołał Hogg.Zarzucił karabin na ramię i trzymał lśniące ostrze w prawej dłoni.– Nie, to mogłoby być niebezpieczne dla Daniela – powiedziała Adele.Rozjaśniło jej się w głowie.Położyła służącemu dłoń na ramieniu.W myślach ujrzała przerażającą wizję korzeni, wbijających się w spazmach w mózg jej przyjaciela.Jak głęboko wrosły?– Mistrzyni? – zawołał Sun, podając Adele menażkę.Jako iż cała załoga przeszukiwała Drzewo i otaczającą je pustynię, wszyscy byli objuczeni sprzętem FRC.– Wrzuciłem pół tuzina solnych tabletek.Wystarczy?– Tak – odrzekła chowając pistolet z powrotem do kieszeni.Hogg zerwał z głowy bandanę i podał ją bibliotekarce.Mundy zmoczyła ją roztworem i przyłożyła mokry materiał do korzeni pokrywających twarz Daniela.Przez chwilę nic się nie działo, potem poczuła, jak roślina wije się, zupełnie jakby ktoś włożył pod chustę surowy brokat.Odpadł pierwszy pęczek korzeni.Leary zadrżał; miał zamknięte oczy i twarz śpiącego anioła.Adele przesunęła bandanę wyżej i nalała na nią więcej słonej wody.Korzenie odsunęły się na podobieństwo włosów, zwijających się w bliskim sąsiedztwie płomieni.Daniel rozwarł dłonie; płytka przyzwaniowa upadła z brzękiem na podłogę.Przewróciłby się na twarz, gdyby Hogg nie upuścił karabinu i go nie złapał.Kosmonauci i Klimovowie przerzucali się zaskoczonymi pytaniami, wbiegając do pieczary przez drzwi.Odpowiadało im dziwaczne echo.Jaskinia musiała ciągnąć się niezwykle daleko, niby gigantyczna piszczałka organów.Ilu cudzoziemców zostałoby tak schwytanych w przyszłości, gdyby Sissies nie położyli kresu procederowi?Hogg przykląkł, układając Daniela na podłodze.Adele usiadła ze skrzyżowanymi nogami, podtrzymując przyjacielowi głowę.Każdy cal jego nagiej skóry pokrywały czerwone cętki.– Czy oni zabili kapitana? – krzyknął Sissie.– Czy te bydlaki go zabiły?Daniel otworzył oczy.Adele czekała z obliczem niewzruszonym jak pistolet, spoczywający w jej kieszeni.Leary uśmiechnął się do niej powoli.– Cześć, Adele – przemówił.– Nie musimy już lecieć na Blask, żeby zebrać informacje na temat bazy Sojuszu.Ukończono ją niemal miesiąc temu.Siedem godzin temu zawinęła tam flotylla Sojuszu, składająca się z ośmiu niszczycieli, ciężkiego krążownika i dwóch okrętów liniowych.Rozdział 24Daniel usiadł bardzo ostrożnie, wciąż oszołomiony euforią.W umyśle wirowała mu cała egzystencja – teraz jedynie w postaci rozbłysków i iskier, lecz i to wystarczyło, by unieść go wysoko ponad obecny byt.Popatrzył na otaczających go przyjaciół, jego pobratymców – ludzi – na każdego, nie tylko na Sissies i Klimovów, lecz także na odzianych w długie szaty akolitów.Mieli związane ręce i przerażone miny, niemniej byli przyjaciółmi Daniela, ponieważ ich działanie doprowadziło go do wyniesienia.Dobrze jednak, że powrócił, gdyż miał swoje obowiązki.Hrabia Klimov pochylił się, by pomasować sobie prawą łydkę, nie spuszczając wzroku z długiej linii obrośniętych korzeniami mumii setek pośredników z poprzednich pokoleń.– Czyżbyśmy nigdy już nie mieli odszukać Diamentu Ziemi? – zwrócił się do żony z rozczarowaniem w głosie.Dokuczały mu mięśnie nóg.To nic w porównaniu z tym, co poczuje po pokonaniu tych 815 stopni – zauważyła pragmatyczna, ludzka część umysłu Daniela Leary’ego.– Wasza ekscelencjo? – odezwał się.Kosmonauci tłoczyli się wokół niego; między ich nogami dopatrzył się Klimovów, stojących dziesięć stóp od niego.– Za konkretną cenę oddam panu Diament Ziemi [ Pobierz całość w formacie PDF ]