[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Wskazala wiszacy na oparciu krzesla polar.– Nie wiemy, co powiedzieli swojemu bergenskiemu konfidentowi, lecz ten ubior zwraca nadmierna uwage.– Wiem, gdzie jest dobry krawiec.Jesli chcesz, mozemy isc chocby zaraz.– Chetnie.Giezla i spodnice mam, ale potrzebowalabym kilka kompletow bielizny i nieco wloczki na ponczochy.– Jak to na ponczochy? – Zrobie je na drutach.– Uniosla ze zdziwienia brwi.– Jakze inaczej?Ruszylismy na przedmiescia po sprawunki.Hela szla, trzymajac mnie pod reke, jakby troche przestraszona widokiem nieznanego sobie miasta.Milczala i po pewnym czasie dostrzeglem, ze jej mina staje sie coraz bardziej posepna.– Co sie stalo? – zapytalem przyjaznie.– Jestem zbrukana… O, w morde, znowu ja wzielo.– Uspokoj sie – powiedzialem.– Stalo sie i tyle.Ci, ktorzy cie skrzywdzili, nie zyja.Ani ja, ani Staszek nie powiemy nikomu ani slowa.Nikt sie nie dowie.– Ja pamietam… – Spojrzala na mnie ze smutkiem.– Moze nikt sie nie dowie, lecz przeciez ja wiem.Pan i Staszek nic okazujecie obrzydzenia, ktore w was wywoluje, ale… – Co? – Spojrzalem na nia kompletnie zbaranialy.–Jakiego, u diabla, obrzydzenia? – Bo ja…I naraz blysnela mi mysi.– Nie ty! – Pokrecilem glowa.– To wszystko spotkalo cialo, ktore juz nie istnieje.Lasica zbudowala cie na nowo na naszych oczach.A przeciez twoja dusza pozostala czysta…Hela zamyslila sie.– Znowu jestes dziewica – ciagnalem.– Znowu jestes niewinna, cnotliwa, czy jak to nazwac.Milo bylo patrzec, jak smutek znika z buzi dziewczyny.– Naprawde? – Jestem nauczycielem.Nauczyciele nie klamia – zelgalem gladko.Hela szla lekko, jakby spadl jej z ramion ciezar.Nic z tego nie kapowalem.Otrzasnela sie z traumy niemal w jednej chwili.Niczym kaczka po deszczu.Psychika tego dziecka rzadzila sie zupelnie dziwacznymi prawami.Normalna to ona nie jest, zauwazyl pogodnie moj diabel.Skoki nastroju jak przy klinicznej cyklofrenii.Wyszlismy przez wschodnia furte kantoru.Po porannej mzawce zostaly kaluze.Niebo przetarlo sie troche, spomiedzy chmur tu i owdzie wyzieral fragment zimnego blekitu.Dziwna zima…Jarmark rozlozyl sie miedzy miastem a dzielnica hanzeatycka.Kramy, wozy zaprzezone w konie, tlum ludzi… Zaglebilismy sie miedzy stoiska.Przypomnialo mi to dziwne polaczenie wiejskich jarmarkow, ktore zapamietalem z dziecinstwa, oraz miejskich targowisk pelnych rozmaitego chlamu.Nagle poczulem, ze to szansa, by zlapac trop.Wsrod stosow towarow wystarczy wypatrzyc cos, co nie pasuje do tej epoki.Hela obejrzala sukna, stosy skor z jeleni i reniferow, przystanela przy straganie pasterzy owiec i dlugo ogladala klebki szarej, niebarwionej welny.Kupila kilka.Ponczochy zrobi? Albo jeszcze czapke, moze rekawice?Patrzylem na stosy ryb, surowych, suszonych i wedzonych.Woreczki kaszy i orzechow, podkowy i siekierki, tandetna, jakby odpustowa bizuteria.Nic ciekawego.Nic, co na dluzej przyciagneloby wzrok.– Czego pan tak wypatruje, panie Marku? – Hela, dotad krazaca w pewnym oddaleniu, znalazla sie przy mnie.– Fig, daktyli i czekolady – wyjasnilem.– Kawy, herbaty, cukru.– Figlarz z pana.A ja znalazlam kram iglarza.Bede miala czym szyc i cerowac.O, jest Maksym.Kozak maszerowal dumnie przez targ, spod papachy, zza ucha, zwisal koniec oseledca.– Witajcie.– Sklonil sie przed nami, az koniec "sledzia" prawie zamiotl glebe.Bylem gotow sie zalozyc, ze przed pojsciem na targ natarl go skorka od sloniny.– Witaj.– Czegoz tu szukacie, przyjaciele? – Tego, co i ty – powiedzialem powaznie.– Nitki, ktora doprowadzic nas moze do Chinczykow.– Tez tak wlasnie sobie pomyslalem, widzac z gory to zbiegowisko.Ze gdzies tu moze byc cos.,.– powiedzial metnie.– Ale nie maja.Ani alchemicznego lekkiego srebra, ani lekow w pudelku z miekkiego szkla.Ani innych cudow.A ja czapeczke kupilem.– Wyciagnal zza pazuchy hartowany norweski czepek kobiecy.– Jak do dom wroce, zonie dam, takiego nikt u nas nie ma.i korale bursztynowe w Gdansku kupilem [ Pobierz całość w formacie PDF ]