[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Było cicho.Gdzieś daleko w sąsiednich pokojach ktoś głośno powiedział „a!”, zadźwięczały szklane drzwi, chyba od szafy, i znów zapanowała cisza.Odczekawszy z pięć minut, Kiriłow przestał przyglądać się swym rękom i podniósł oczy na drzwi, za którymi zniknął Abogin.Ten właśnie stał na ich progu, ale zmieniony nie do poznania.Nie wyglądał już na zadowolonego i wytwornego; jego twarz, ręce i cała postać były zniekształcone jakimś okropnym skurczem przerażenia lub straszliwego fizycznego bólu.Nos, wargi, wąsy, wszystko to ruszało się i, jak się wydawało, próbowało oderwać od twarzy, a oczy jakby śmiały się z bólu.Abogin zrobił ociężały i zamaszysty krok na środek bawialni, zgarbił się, jęknął i potrząsnął pięściami.– Oszukała! – zawołał głośno, wydzielając sylabę ka.– Oszukała! Odeszła! Rozchorowała się i wysłała mnie po lekarza tylko po to, żeby móc uciec z tym klownem Papczyńskim! Mój Boże!Abogin zrobił ciężki krok w stronę doktora, wyciągnął do niego swoje białe miękkie pięści i potrząsając nimi zaczął zawodzić:– Odeszła!! Oszukała! Ale po co te kłamstwa?! Mój Boże! Mój Boże! Po co te brudne, szulerskie sztuczki, ta podstępna diabelska gra? Czym wobec niej zawiniłem? Odeszła!Łzy polały się z jego oczu.Obrócił się na pięcie i zaczął miotać się po bawialni.W krótkim surducie i modnych wąskich spodniach, w których nogi wydawały się zbyt cienkie w stosunku do tułowia, z grzywą bujnych włosów na zbyt dużej głowie był w tej chwili niezwykle podobny do lwa.Na obojętnej twarzy doktora ukazała się ciekawość.Podniósł się i zacząłprzyglądać Aboginowi.– Za pozwoleniem, gdzie jest chora? – zapytał.– Chora! Chora! – krzyknął Abogin śmiejąc się i płacząc jednocześnie i ciągle jeszcze potrząsając pięściami.– To nie chora, tylko przeklęta! Nikczemność! Podłość, gorszego świństwa chyba sam diabeł by nie wymyślił! Odesłała, żeby móc uciec, uciec z tym klownem, tępym błaznem, alfonsem! O Boże, lepiej by zmarła! Nie zniosę tego! Nie zniosę!Doktor wyprostował się.Zamrugał oczami, w których zbierały się łzy, jego wąska bródka zaczęła się ruszać w różne strony razem ze szczęką.– Przepraszam, ale co to wszystko ma znaczyć? – zapytał i rozglądnął się ze zdziwieniem.– Dziecko mi zmarło, żona w rozpaczy, sama w całym domu.ledwo na nogach się trzymam, przez trzy noce nie spałem.i co widzę? Zmuszają mnie, żebym grał w jakieś płaskiej farsie rolę rekwizytu! Nie.nie rozumiem!18Abogin rozwarł pięść, rzucił na podłogę zmięty list i nadepnął na niego jakby to był jakiś robak, którego trzeba rozdeptać.– A ja nie widziałem.nie rozumiałem! – mówił przez ściśnięte zęby, wymachując koło swej twarzy pięścią, i z takim grymasem jakby ktoś nadepnął mu na odcisk.– Nie zwracałem uwagi, że codziennie tu bywa i że dziś przyjechał powozem! Dlaczego powozem? A ja nie zwracałem uwagi! Ależ dureń ze mnie!– Nie.nie rozumiem! – mamrotał doktor.– Co to ma znaczyć? Przecież to znęcanie się nad człowiekiem, szydzenie z ludzkich cierpień! Coś niesamowitego.pierwszy raz w życiu widzę coś podobnego!Z tępym zdziwieniem człowieka, który dopiero co zrozumiał, jak ciężko zostałznieważony, doktor wzruszał ramionami, rozkładał ręce i nie znajdując słów opadł w końcu bez sił na fotel.– Załóżmy, że już mnie nie kocha, innego pokochała – niech jej będzie, ale po co kłamać, po co ten nikczemny, zdradziecki chwyt? – mówił rozpaczliwym tonem Abogin.– Po co? I za co? Co złego ci zrobiłem? Proszę mnie posłuchać, panie doktorze – powiedział gorąco podchodząc do Kiriłowa.– Był pan mimowolnym świadkiem mego nieszczęścia, więc nie będę ukrywał przed panem prawdy.Przyrzekam panu, że kochałem tę kobietę, ubóstwiałem jak niewolnik! Poświęciłem dla niej wszystko: pokłóciłem się z rodziną, rzuciłem pracę i muzykę, wybaczałem jej to, co nie mógłbym wybaczyć matce albo siostrze Nie miałem do niej żadnych pretensji.sam żadnego powodu ku temu nie dawałem! Więc za co takie kłamstwo? Nie żądam miłości, ale po co te podłe kłamstwa? Nie kochasz, to powiedz otwarcie, szczerze, tym bardziej, że znasz moje poglądy w tej sprawie.Ze łzami w oczach, drżąc na całym ciele, Abogin szczerze wylewał przed doktora swe żale.Mówił otwarcie, przyciskając obydwie ręce do serca, obnażał bez wahania swoje rodzinne tajemnice i chyba nawet cieszył się z tego, że może wreszcie komuś o tym powiedzieć.Jakby miał możliwość mówić o tym godzinę, dwie, wypowiedzieć wszystko, co mu leżało na sercu, poczułby się bez wątpienia lepiej.Jakby doktor go wysłuchał, okazał mu po przyjacielsku współczucie, kto wie, może, jak to nieraz bywa, pogodziłby się ze swym nieszczęściem, nie czyniąc niepotrzebnych głupstw.Ale tak się nie stało.W tym czasie, jak Abogin mówił, obrażony doktor wyraźnie zmieniał się na twarzy.Wyraz obojętności i zdziwienia powoli ustępował wyrazowi gorzkiego żalu, oburzenia i gniewu [ Pobierz całość w formacie PDF ]