[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Jakie piękne! – zachwycił się.– Co takie piękne? – zapytał Tadek.– Słońce.Koła wagonów toczyły się szybko i skrzypiały głośno na łukach zamrożonych szyn, aż kłuło w uszach.„Słońce? Co on wygaduje, chyba zwariował z tego głodu”.Wysunął spod pierzyny głowę.Zimno ciągnęło od okna jak diabli.– Zamknij, bo łeb ci zaraz odmarznie.– Na dworze mróz był niemiłosierny.– Co tam? Znowu się kłócicie? Wstawajcie, zaraz coś zjemy.– Matka wyjęła resztę ziemniaczanych placków.Ale smakowały! Z plasterkiem słoniny.– Dobre – chwaliła Halina, wkładając ostatni kawałek do ust.– No, tylko trochę mało – przytakiwał Stefan, ocierając rękawem tłuszcz z brody.Ludwika zauważyła kobietę z naprzeciwka, która uporczywie się im przyglądała.Jej wzrok podążał za ręką z plackiem niesionym do ust.– Daj ze dwa placki tej kobiecie, co tak nam się przygląda – poprosiła matka Halinę.Halina wzięła z miski trzy placki i podeszła do kobiety.– Pani głodna? – Wyciągnęła do niej rękę z plackami.– Proszę, niech pani zje.Kobieta wzięła placki i pogłaskała Halinę po głowie.– Dziękuję za dobre serce.Ja jestem nauczycielką i nie radzę sobie tak jak twoja mama.Jak ja przeżyję?… – Łza potoczyła się po policzku i nie mogła nic więcej powiedzieć.– Niech pani przestanie, to tylko trzy placki.Pociąg wyraźnie zwolnił.Po dziesięciu minutach zatrzymał się.– Znowu stoimy? – Rutkowski zaniepokoił się.Tadek otworzył drzwi.Pociąg stał na stacji na peronie.– Co to za miasto? – pytał sam siebie.Ludzi na peronach było pełno.Co chwila zajeżdżały pociągi na perony i wychodzili z nich ludzie, pędzili gdzieś i znikali, jakby zapadali się pod ziemię.Inni wychodzili na perony nie wiadomo skąd, jak spod ziemi.„Wyłażą jak mrówki z mrowiska.Jeszcze czegoś takiego nie widziałem”.– Co to za miasto? – zapytał przechodzącego człowieka.– Swierdłowsk – popatrzył dziwnie i odszedł, ale jeszcze raz się obejrzał.Tadek wszedł do wagonu.– Mama, to Swierdłowsk!Ludwika przypomniała sobie Krystynę z wymarłej wioski.Jej córka tutaj mieszka.Nagle z megafonów usłyszeli głos.– Uwaga! Uwaga! Pasażerowie przy peronie szóstym.Pociąg do Taszkientu będzie stał cztery godziny.Pasażerowie tego pociągu mogą udać się na miasto i kupić coś na długą podróż.Władze naszego miasta przygotowały dla was stoiska z żywnością!Komunikat powtarzano kilka razy.– Słyszycie? Koniec naszej udręki – cieszyła się jakaś kobieta.– Coś takiego! Jaka odmiana! Nigdy bym się po nich tego nie spodziewał – dziwił się Rutkowski.– Szkoda że mój Andrzej tego nie doczekał – płakała Pawłowska.Ludzie wychodzili z wagonów.Ostrożnie oglądali się na siebie nawzajem, jakby nie wierzyli, a potem zaczęli biec, byle szybciej, na oślep, nie wiadomo dokąd.– Weźcie wiadro i idźcie.Może uda wam się kupić chleba albo ciepłej zupy – poleciła Ludwika synom.Tadek z Polkiem wyszli w pośpiechu, żeby zdążyć przed innymi.Peron opustoszał.Wtedy parowóz zagwizdał i pociąg ruszył, wszystkie semafory na jego drodze były otwarte.Szatański plan majora Wołkowa powiódł się całkowicie.W obwodowej komendzie NKWD zadzwonił telefon.Słuchawkę podniósł młody lejtnant.– Halo, kto mówi?– Chciałem rozmawiać z majorem Wołkowem.– Chwileczkę.– Lejtnant odłożył słuchawkę i wszedł do gabinetu szefa.Wołkow siedział rozparty na krześle i palił papierosa.– Towarzyszu majorze, z dworca dzwoni ktoś z ochrony kolei.– Próbował dostrzec twarz przełożonego spod kłębów dymu.Major podszedł do telefonu.– No co tam u ciebie, Borys.– Towarzyszu majorze, Polacy odjechali.– A dużo ich wyszło z wagonów?– Dużo, towarzyszu majorze.– To dobrze, to dobrze – zamyślił się.– Borys, wpadnij do mnie, to pogadamy.– Odłożył słuchawkę.– Towarzyszu majorze, ci, co wyszli z wagonów, to wszyscy poumierają?– Tak, ale coś ty, Borys, zrobił się taki sentymentalny? Tamci, co odjechali, też poumierają, ale to już nie nasza sprawa.Ja mam ręce czyste.„Czyżby?” – pomyślał lejtnant.Ze Swierdłowska pociąg jechał na wschód.Z góry koła wagonów jechały szybko i wystukiwały na łączach szyn takty jakiejś opętańczej muzyki.Z początku w wagonach zrobił się krzyk, potem lament podobny do wycia, który z czasem cichł, aż w końcu zamarł zupełnie.Ludzie nie mieli siły płakać.Ludwika siedziała na pryczy zupełnie przybita.„Po co ja ich wysłałam, chyba po śmierć” – powtarzała w kółko, jak w transie.Około południa pociąg zatrzymał się za stacją Kamieńsk Uralski, sto kilometrów n wschód od Swierdłowska.Ludzie otwierali wagony, ale nie wychodzili.Bali się nawet wtedy, gdy odczepiony parowóz odjechał.Przez stację przejeżdżało dużo pociągów.Jedne jechały ze wschodu na zachód, inne z zachodu na wschód.Niektóre pociągi z południa pod opieką NKWD jechały na północ.Prawie wszystkie zatrzymywały się na stacji i kierowane na właściwy tor, odjeżdżały.Na drugi dzień po niespokojnej nocy Stefan leżał sam u góry na pryczy.Mizerny chudzina z czerwoną głową pokąsaną przez wszy.Choć miał dopiero dziewięć lat, już setki razy ocierał się o śmierć.Z początku bał się nieboszczyków, ale później przyzwyczaił się do nich.Nie rozumiał jeszcze, dlaczego ludzie umierali, ale najważniejsze, że nie robili mu krzywdy.Około południa zjadł kawałek suchego chleba i schował się przed mrozem pod pierzyną… Nudził się.Otworzył okno i gapił się na przejeżdżające transporty.W pewnej chwili zauważył dwóch chłopców.Byli jeszcze daleko, ale widział, że jeden z nich niósł wiadro.Przejeżdżające pociągi zasłaniały mu widok.Wydawało mu się… nie to niemożliwe.Znowu jakiś pociąg zasłonił mu tych dwóch chłopców.Poczekał, aż przejedzie.Teraz wyraźnie widział.– To chyba Tadek i Polko.– Szli w jego stronę, rozglądali się, jakby czegoś szukali.To na pewno oni.– Tadek! Polko! – darł się ile sil w płucach.– Zwariowałeś czy co? Czego się drzesz!– Mamo! Mamo! Widziałem Tadzika i Polka.– Rozgorączkowany chłopiec szybko zszedł z pryczy.Ludwika nie uwierzyła, ale wstała i otworzyła drzwi.Niedaleko za czwartym torem stali Tadek i Polko.Widziała wyraźnie.Na chwilę zakrył ich przejeżdżający pociąg.– Tadek! Polko! – krzyczała.Zobaczyli ją w drzwiach wagonu i ruszyli w jej stronę.Ludwika wyskoczyła z wagonu i podbiegła do nich.Objęła ich ramionami i płakali razem ze szczęścia.Stali tak na środku torów, szczęśliwi, że się odnaleźli.Nie zwracali nawet uwagi na przejeżdżające transporty.W każdej chwili jeden z nich mógł ich rozjechać.– Dobrze, że was widzę, tak się bałam [ Pobierz całość w formacie PDF ]