[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zauważyła, że Doug zawsze wybiera kanapę.Jak najdalej od brata.–Tak, niewątpliwie – powiedział Greg z ponurą miną.– Cały pomysł narodził się w Waszyngtonie.–Przecież nie mogą zakazać całej nanotechnologii – sprzeciwiła się Joanna.– Nie całkowicie.–Mogą – odparł Doug.Joanna wiedziała, że jest równie przejęty jak starszy brat, jednak wyglądał na odprężonego, siedząc w swobodnej pozie, jakby problem dotyczył jakiejś gry komputerowej.Niemal spodziewała się, że wyciągnie się jak długi i utnie sobie drzemkę.–W takim wypadku zakażą nam używania nanomaszyn również w Bazie Księżycowej.Nie możemy do tego dopuścić.Greg potrząsnął głową.–Jeśli i kiedy Stany sygnują traktat, klauzule będą miały moc prawa federalnego.Będziemy im podlegać jak wszyscy na Ziemi.–Będziemy musieli przerwać prace nad katapultą – powiedziała Joanna.Z oszczędnym skinieniem głową Greg sprecyzował:–Będziemy musieli przerwać wszystkie prace, do których używamy nanomaszyn.–To oznacza zamknięcie Bazy.Greg już chciał przytaknąć, gdy Doug wszedł mu w słowo:–Tylko wtedy, gdy pozostaniemy korporacją amerykańską.–Myślałam o tym – powiedziała Joanna.– Ale Wenezuela, Ekwador, państwa europejskie – wszyscy zamierzają sygnować traktat.–A Kiribati?Greg spojrzał ostro na brata.–Kiribati?–Nie wyrobiłeś sobie wystarczających chodów, by ich powstrzymać?–Co to da? – Greg prawie warczał.Joanna z nadzieją zwróciła się do starszego syna:–Moglibyśmy przerejestrować firmę na Kiribati.Greg z powątpiewaniem pokręcił głową.–I sprawić, by rzuciło się na nas pół tuzina agencji federalnych.Będą nas ciągać po sądach, a sądy zawyrokują przeciwko nam.Wpadniemy w poważne kłopoty.Przyślą egzekutorów sądowych, by wyłączyli wszystkie nasze nanomaszyny.Doug nadal miał dziwnie beztroską minę.–Przypuścimy, że założymy nową korporację – zasugerował.– W Kiribati.I Masterson sprzeda jej Bazę.Ponura twarz Grega pobladła.–Sprzeda jej Bazę?Doug uśmiechnął się szeroko.–Właśnie.Bazę Księżycową i wszystkie nasze stacje orbitalne.–Całość kosmicznych operacji korporacji?–To mogłoby zadziałać – powiedziała Joanna.–To jawna próba obejścia postanowień traktatu – sparował Greg.–Ale zgodna z prawem – odparł Doug.– Sprawdziłem w prawie federalnym i międzynarodowym.–Naprawdę? – burknął Greg.Joanna uśmiechnęła się lekko.–Rashidowi nie spodobałoby się życie w Tarawie.–Może zostać w Savannah i odwiedzać Tarawę w systemie VR – powiedział Doug.– W ten sam sposób ty, mamo, uczestniczysz w zebraniach zarządu.–Zarząd nigdy na to nie pójdzie – oznajmił Greg.–Zakładanie fikcyjnej korporacji i sprzedawanie jej działu kosmicznego… – rozważała Joanna.– To wymagałoby pewnego uzasadnienia.–Nigdy nie przejdzie.–Dlaczego nie? – zapytał Doug.– Kupę lat spędziłeś na Kiribati.Nie sądzisz, że mógłbyś ich nakłonić do pójścia nam na rękę?–Oczywiście, mógłbym, ale…Joanna przerwała mu w entuzjazmem:–Zaraz zadzwonię do Carlosa.–Czemu nie do przewodniczącego zarządu? – zapytał Doug.–Bo Quintana ma wielkie wpływy w radzie – wyjaśnił Greg zgryźliwie – nie licząc osób tu obecnych, oczywiście.–Oczywiście – zgodziła się Joanna.– Mógłbyś mnie połączyć?Marszcząc czoło, Greg sięgnął smukłym palcem do klawiatury wbudowanej w biurko i powiedział krótko:–Carlos Quintana.System rozpoznawania głosu wyszukał automatycznie numer Quintany.–Johansen jest tylko marionetką – wyjaśniła Joanna Dougowi, gdy komputer telekomunikacyjny nawiązywał łączność z Savannah.– Doskonale prezentuje się w mediach, ale jest…Miejsce lilii Moneta na ekranie ściennym zajęła przygnębiona kobieta, zajęta czesaniem potarganych włosów.–Chcę rozmawiać z Carlosem – powiedziała Joanna, nieprzywykła, by podwładni nie zgłaszali się na jej wezwanie.–Nie żyje! – krzyknęła kobieta, wybuchając płaczem.– Zastrzelili go!Joanna opadła na oparcie krzesła, jakby kula trafiła ją w serce.Ibrahim al-Rashid czuł krople potu na czole i górnej wardze, choć w małym klimatyzowanym pokoju kontrolnym panował ziąb.Za oknem, jajc wiedział, w lśniącej metalowej kuli znajdowała się mała sztuczna gwiazda, tak gorąca i gęsta, że w jej wnętrzu zachodziła synteza jądrowa.Fizyk plazmowy poklepał go po ramieniu i wskazał liczniki prądu na bocznej ścianie pokoju.Rashid pokiwał głową, zbyt poruszony, by coś powiedzieć.Ciszę w pokoju kontrolnym mącił tylko szum konsoli monitoringu.–Jak długo pracuje? – zapytał Rashid szeptem.Tak blisko cudu, szept wydawał się jak najbardziej na miejscu.–Jutro miną dokładnie cztery miesiące – odparł fizyk również ściszonym głosem.Był muzułmaninem, a nawet pochodził z Baltimore; Rashid znał go z czasów młodości.Tęgi fizyk plazmowy z rzedniejącymi włosami, kasztanową brodą i wielkimi przyciemnionymi okularami, pracował na Uniwersytecie Johns Hopkins, gdzie, jak się złożyło, skonstruował pierwszy na świecie wydajny reaktor termojądrowy.–I przez cały czas wytwarza prąd?Fizyk pokiwał głową.–Jeśli tylko zaopatrujemy go w helion.Rashid pogładził brodę i odwrócił się, by popatrzeć przez grubą szybę na małą metalową kulę.Niemal ginęła w kłębowisku cewek elektromagnetycznych, rur przewodzących chłodziwo i wielobarwnych kabli elektrycznych.Oczami wyobraźni zajrzał do środka kuli i zobaczył oślepiająco gorącą plazmę, w której zachodziły procesy takie, jak we wnętrzu gwiazd: jądra atomowe łączyły się, a masa przeobrażała w energię.Na Proroka, pomyślał, Allach oferuje nam bezcenny dar.I to za niewygórowaną cenę.Fizyk machnął ręką w stronę drzwi.Gdy tylko wyszli na korytarz laboratorium, Rashid odetchnął głęboko.–To naprawdę działa – powiedział, tym razem prawie normalnym tonem.–Naprawdę działa – powtórzył fizyk.– Lepiej i taniej niż ten niewydarzony pokurcz w Princeton.–Ale tamta maszyna nie potrzebuje helionu jako paliwa.–Jej celem jest produkcja nowych doktorów.Mój reaktor produkuje megawaty.Fizyk poprowadził Rashida do swego zagraconego biura [ Pobierz całość w formacie PDF ]