[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nie daj im tego, czego chcą.Nie pozwól, żeby wciągnęli w to Kris.Jestem już martwa, nie pozwolę im zabić jeszcze Kris.Oczy miała tak spuchnięte, że na jedno nie widziała w ogóle, a drugie było wąską szparką.Czuła gorący oddech w uchu.Głos Morgenthau, ciężki i mroczny, szeptał:–To jeszcze nic, Holly.Jeśli sądzisz, że już doświadczyłaś bólu, to nic w porównaniu z tym, co teraz poczujesz.Na razie dostałaś tylko lekkie lanie.Jeśli nie zaczniesz mówić, wyprujemy ci flaki.Holly skupiła się na bólu, próbowała w ten sposób odegnać strach.Zabiją mnie, myślała, wszystko jedno, co ona mówi, i tak mnie zabiją.I cały ból świata tego nie zmieni.–Śluza się włączyła! – krzyknął ktoś.–Niemożliwe.Wydałem rozkazy…–Patrz na wskaźniki.– To był chyba głos Eberly’ego.– Zewnętrzna klapa się otwiera.Tkwiąc w potężnym skafandrze Gaeta obserwował mrugające wskaźniki na wewnętrznej ścianie śluzy: zmieniały się z czerwonych na pomarańczowe, a następnie na zielone.Jezu, pomyślał, jak dobrze będzie wyleźć z tego skafandra.Pewnie śmierdzę jak skunks.Wewnętrzna klapa otworzyła się powoli, ociężale.Gaeta sądził, że zobaczy tam Fritza i techników.Tymczasem jednak zobaczył grupę nieznajomych.Eberly, zorientował się po chwili.A pozostali…I nagle zobaczył dwie osoby leżące na podłodze.Zakrwawione.Poranione.Jezu Chryste! To Holly!–Co tu się, psiakrew, dzieje? – zapytał z naciskiem.–Oni próbują zabić Holly! – krzyknął Eberly.Morgenthau odwróciła się w jego stronę.–Zdrajca – wysyczała.Kananga stanął przed wielkim skafandrem, przy którym wyglądał wręcz niepozornie.–To nie wasza sprawa.Wynoście się.–Oni zabiją Holly! – powtórzył z rozpaczą Eberly.Kananga wrzasnął w stronę tunelu.–Ochrona! Zabierzcie tego durnia.Trójka ochroniarzy podbiegła do niego, ale zatrzymała się na widok skafandra Gaety, wznoszącego się nad nimi jak potwór z bajki.Między nimi stał z niepewną miną wysoki mężczyzna w beżowym kombinezonie.–Zastrzelcie go! – zawył Kananga.– Zabijcie go!Ze środka skafandra Gaeta dostrzegł, że ochroniarze odpinają od pasków przerobione na broń lasery tnące.Za nimi zbliżał się ostrożnie Fritz z technikami.Spojrzał znów na Holly, leżącą na plecach na podłodze, zakrwawioną i spuchniętą, z jednym ramieniem zgiętym pod nienaturalnym kątem, z zalanymi krwią dłońmi.Ochroniarze zaczęli strzelać.Oni próbują mnie zabić, pomyślał Gaeta, jakby oglądał tę scenę z dużej odległości.Skurwiele!Czerwone linie laserów zaczęły migać po pancerzu skafandra.Z rykiem wzmocnionym przez urządzenia skafandra do poziomu artyleryjskiego huku, Gaeta odepchnął Kanangę i ruszył w stronę trzech ochroniarzy.Jeden z nich miał na tyle rozsądku, żeby mierzyć w szybkę skafandra, ale barwione na ciemno szkło pochłaniało większość światła lasera; Gaeta poczuł na prawym policzku ukłucie przypominające porażenie elektryczne.Gaeta wpadł między strażników, waląc jednego wierzchem wspomaganej serwomotorami dłoni i rzucając nim o ścianę.Wyrwał kobiecie laser szczypcami prawej dłoni i zgniótł go.Pozostali odwrócili się i zaczęli uciekać, przebiegając obok Fritza i jego kumpli, którzy stali z otwartymi ze zdumienia ustami.Ochroniarz, którego uderzył Gaeta, leżał zwinięty na podłodze, nieprzytomny albo martwy, ale to Gaety nie obchodziło.Zwrócił się w stronę Kanangi, który stał i patrzył szeroko otwartymi oczami.–Próbowałeś zabić Holly – zagrzmiał Gaeta.– Zatłuc ją na śmierć.–Poczekaj! – krzyczał Kananga, cofając się z wyciągniętymi przed siebie rękami.– Ja nie…Gaeta złapał Rwandyjczyka za gardło, podniósł go tak, że Kananga machał nogami w powietrzu i zaniósł go do otwartej śluzy.Drugim ramieniem walnął w panel sterowania.Klapa zatrzasnęła się.Kananga wił się w bezlitosnym uścisku szczypców, dusząc się, usiłując bezskutecznie odciągnąć cermetowe szczypce obiema rękami.–Zabawimy się – warknął Gaeta.– Zobaczymy, jak długo potrafisz oddychać w próżni.Pompy wyssały powietrze.Gaeta trzymał szczypce lewej dłoni na panelu sterowania, żeby nikt nie otworzył śluzy z zewnątrz.Trzymał Kanangę i patrzył dotąd, aż przerażone oczy Rwandyjczyka uciekły w tył głowy i eksplodowały w fontannie krwi.EPILOG: 9 DNI PO WEJŚCIU NAORBITĘ SATURNAProfesor Wilmot siedział za biurkiem z ponurą miną, żałując, iż nie może sobie zafundować szklanki whisky.Drink stanowczo by mu się przydał.Musiał jednak odegrać oficjalną rolę, a w tym celu powinien być trzeźwy.Przed jego biurkiem zasiedli: Eberly, Morgenthau, Vyborg, Gaeta i doktor Cardenas.–Zmusili mnie do tego – szlochał Eberly.– Kananga zamordował starszego pana i zmusił mnie do milczenia.Morgenthau posłała mu wyniosłe, pełne obrzydzenia spojrzenie.Vyborg wyglądał na oszołomionego, prawie w stanie katatonii.Eberly mówił dalej, wskazując na Morgenthau.–Groziła, że odeślą mnie do więzienia, jeśli nie będę robił, co mi każą.–Więzienie to za dobre miejsce dla takich jak ty – uśmiechnęła się złośliwie Morgenthau.Przez ponad godzinę Wilmot próbował odtworzyć, co stało się w śluzie.Częściowo już wiedział.Gaeta chętnie przyznał się do zabicia Kanangi.Cardenas nazwala to egzekucją [ Pobierz całość w formacie PDF ]