[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Mógłbyś żyć na tej planecie dziesięć tysięcy lat i nigdy czegoś takiego nie spróbować.Rod, czy ty nie wiesz, czemu się śmiejemy? Nie wiesz, co zrobiłeś?– Zdaje się, że Honsek próbował mnie zabić – powiedział Rod.Lavinia poderwała dłoń do ust, ale było już za późno.– A, więc to był on – powiedział tubalnym głosem olbrzyma doktor Wentworth.– Ale przecież byście się nie śmiali… – zaczął mówić Rod.Nagle przyszła mu do głowy straszna myśl.– Ach, czyli to się naprawdę udało? Te numery z moim starym rodzinnym komputerem…Śmiech rozległ się znowu.Był miły, ale jednak był to śmiech wiejskich chłopków, którzy na wszystko co nieznane reagują agresją lub śmiechem.– Tak, zrobiłeś to – powiedział Hopper.– Kupiłeś jakiś miliard światów.John Fisher warknął na niego.– Bez przesady.Zyskał jakieś jeden koma sześć rocznego zbioru strunu.Za to nie kupi się miliarda światów.Po pierwsze, w ogóle nie ma miliarda zasiedlonych światów.Nawet miliona nie ma.Po drugie, nie za wiele z nich jest na sprzedaż.Wątpię, żeby udało mu się kupić choć trzydzieści czy czterdzieści.Zwierzątko, na niedostrzegalny sygnał lorda Krasnadamy, wyszło z pokoju i wróciło z tacą.Unoszący się z niej zapach sprawił, że wszyscy z uznaniem pociągnęli nosami.Jedzenie było nieznajome, ale przyjemnie łączyło ostrość ze słodyczą.Małpka wsunęła krawędź tacy w sprytnie zamaskowaną szczelinę w oparciu kanapy Roda, zdjęła z głowy wyimaginowaną małpią czapeczkę, zasalutowała i wróciła do swojego kosza za fotelem lorda Krasnadamy.Lord Krasnadama kiwnął głową.– Jedz, chłopcze.Ja stawiam.Rod usiadł.Koszulę nadal miał pokrytą zakrzepłą krwią.Uświadomił sobie, że nadaje się tylko do wyrzucenia.– Dziwny to widok, muszę przyznać – powiedział ogromny doktor Wentworth.– Najbogatszy człowiek wielu światów, a nie ma na nowy kombinezon.– A co w tym dziwnego? Od zawsze doliczamy do każdego importu z orbity dwadzieścia milionów procent cła – warknął John Fisher.– Masz w ogóle pojęcie, co ludzie tam naściągali, na orbitę wokół naszego słońca, żeby tylko czekało, aż zmienimy zdanie i można nam będzie sprzedać furę śmiecia z całego wszechświata? Gdybyśmy obniżyli cło, brodzilibyśmy po kolana w tym złomie.Nie spodziewałem się po panu, doktorze, że zapomni pan o fundamentalnej regule Starej Australii Północnej.– On się nie skarży – powiedziała ciotka Doris, która po napitku zrobiła się rozmowna.– On tylko głośno myśli.Wszyscy myślimy.– Oczywiście, że myślimy.Albo śnimy na jawie.Niektórzy wyjeżdżają poza planetę, żeby żyć w bogactwie na innych światach.Paru udaje się nawet wrócić, na surowych warunkach, kiedy uświadomią sobie, jak tam jest.Ja tylko mówię – ciągnął doktor – że sytuacja Roda wyglądałaby dla każdego bardzo dziwnie, ale nie dla nas, Norstrilijczyków.Wszyscy jesteśmy bogaci dzięki eksportowi strunu, ale pozostaliśmy biedni, żeby przetrwać.– Kto tu jest biedny? – oburzył się parobek Hopper, ewidentnie dotknięty w czuły punkt.– Mogę się spokojnie zmierzyć z panem na kredyty, panie doktorze, niech tylko pan zechce zasiąść do gry! Albo na rzucanie nożami do celu, jeszcze lepiej.W tym nie mam sobie równych!– Właśnie o to mi chodziło – powiedział John Fisher.– Hopper może tak powiedzieć do każdego na naszej planecie.Wciąż jesteśmy równi, wciąż jesteśmy wolni, nie jesteśmy ofiarami własnego bogactwa – oto cała Norstrilia!Rod uniósł wzrok znad posiłku i powiedział:– Panie sekretarzu, jak na kogoś, kto nie jest dziwadłem jak ja, bardzo dobrze pan mówi.Jak pan do tego doszedł?Fisher znów zrobił wściekłą minę, choć naprawdę nie był zły:– A pan myśli, że zapisy księgowe da się dyktować telepatycznie? Setki lat życia poświęciłem na dyktowanie tego wszystkiego do cholernego mikrofonu.A wczoraj przez większość dnia dyktowałem wyliczenia tego, co się przez pana narobiło w finansach Wspólnoty Narodów na najbliższe osiem lat.I wie pan, co zrobię na następnym posiedzeniu Rady Wspólnoty?– Co?– Wniosę o wywłaszczenie tego pańskiego komputera.Jest za mocny, żeby znajdować się w prywatnych rękach.– Nie wolno panu! – wrzasnęła ciotka Doris, nieco złagodniała pod wpływem ziemskich trunków.– To własność rodzinna MacArthurów i McBanów!– Świątynię możecie sobie zatrzymać – prychnął Fisher – ale żadna cholerna rodzina drugi raz nie przechytrzy całej planety.Wiecie w ogóle, że ten chłopaczek, co tu siedzi, ma teraz cztery megakredyty na Ziemi?Bill czknął.– Nawet ja mam więcej.Fisher warknął na niego.– Na Ziemi? W pieniądzach WROGich?W pokoju zapadła nagła cisza.– W pieniądzach WROGich? Cztery megakredyty? To mógłby kupić Starą Australię i przywieźć całą do nas? – Bill błyskawicznie wytrzeźwiał.Lavinia wtrąciła łagodnie:– A co to są „pieniądze WROG-ie”?– A pan wie, panie McBanie? – zapytał stanowczym tonem Fisher.– Pan powinien wiedzieć, bo ma tego więcej niż ktokolwiek w historii.– Nie chcę rozmawiać o pieniądzach – stwierdził Rod.– Chcę się dowiedzieć, co kombinuje ten cały Honsek!– Nim się nie przejmuj! – powiedział lord Krasnadama, zrywając się na równe nogi i dramatycznym gestem pokazując na siebie.– Jako przedstawiciel Ziemi wniosłem przeciwko niemu sześćset osiemdziesiąt pięć pozwów cywilnych jednocześnie, w imieniu twoich ziemskich wierzycieli, którzy obawiają się, że stanie ci się coś złego…– Naprawdę? – zdziwił się Rod.– Już?– Oczywiście, że nie.Znają tylko twoje nazwisko i wiedzą, że ich wykupiłeś.Ale gdyby wiedzieli, naprawdę by się obawiali, więc jako twój pełnomocnik zarzuciłem Honorowego Sekretarza Houghtona Syme’a taką liczbą spraw, jakiej nikt na tej planecie w życiu nie widział.Wielki doktor zachichotał.– Niech mnie kule, bardzo to sprytnie z pana strony! Pan całkiem nieźle zna nas, Norstrilijczyków, muszę powiedzieć [ Pobierz całość w formacie PDF ]