[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Jeśli więc stoczył pojedynek z jarlem, z pewnością ocalił życie? Oczywiście nie chciała, by Rap w ogóle zginął, lecz jeśli oba proroctwa były nieuchronne, nie mogła nic zrobić, by je powstrzymać.Jeśli zaś takie nie były, chciała pozwolić, by to się spełniło, a potem zapobiec drugiemu.To było logiczne, prawda?Jeśli Rap nie stanie do walki z Kalkorem, będzie musiała ustąpić królestwo jarlowi.Nie mogła znieść myśli o oddaniu przyzwoitych, skromnych mieszkańców Krasnegara temu potworowi.I całkiem jakby potrafił odczytać jej myśli…–Czy uznajesz mnie za króla Krasnegara? – zapytał Kalkor z drwiną w niebieskich oczach.–Nie! – odparła Inos.–W takim razie, na Boga Prawdy…–Stać! – krzyknął regent.– Widzieliśmy już tu dzisiaj jedno morderstwo i chcemy… chcemy, by było absolutnie jasne… – przerwał.Ściszył nagle głos.– Że jeśli naprawdę istnieje proroctwo, obejrzymy następne.Wyżsi rangą dworzanie ukryli swe zdumienie za dobrze wyćwiczonymi uśmiechami.Ythbane wyprostował się na tronie, krzywiąc twarz.Mniej ważni gapie popatrzyli na siebie z podejrzliwym zaniepokojeniem.Powiew wiatru zatrzepotał płaszczami i szturchnął baldachim, a ulewa zabębniła mocniej.–Ale kto będzie reprezentantem pani? – zapytał z cynicznym uśmiechem Kalkor.– Sułtan Azak?Twarz Azaka zapłonęła odcieniem ciemnego mahoniu.–Nie ja!–Opluł pańską żonę – zauważył regent.Azak przeszył go morderczym spojrzeniem, skrzyżował jednak ręce i zapanował nad sobą.–Nie ja.Krasnegar nic mnie nie obchodzi.Gdzież się teraz podział hardy tyran z Arakkaranu?Gdzie się podział jego wrażliwy dżinnijski honor? Inos poczuła, jak jej wargi wykrzywiają się pogardliwie.Nie dbała, że ktoś może to zauważyć.Nie rozumiała jednak, co się dzieje.Wydawało się, że tylko Kalkor to wie.–Nie uda się już pani wynająć żadnych trollów – stwierdził regent.– Nie po tym, co spotkało Morda.Jeśli pozwolimy na odbycie tego pojedynku, kto będzie pani reprezentantem?–Rap? – wyszeptała.–Nie – padła odpowiedź.Ythbane przeniósł wzrok z Kalkora na Rapa i z powrotem, całkiem jakby nagle coś zrozumiał.–Czy podczas sądów pozwala się na użycie czarów?–Z pewnością nie – odparł Kalkor.–W takim razie, sułtanko, sądzimy, że lepiej będzie, gdy ustąpi pani tron jarlowi Kalkorowi, nim będzie za późno.Świadkowie pojęli aluzję.Kalkor powalił najlepszego gladiatora w Imperium niczym ślepego parobka, a ten dziwny, młody faun przyznał, że jest czarodziejem.Jeśli nie on, to w takim razie kto mógł zgodzić się stanąć do tego pojedynku?–Panie Rapie… – wmieszał się łagodny głos Kade.–Nie – odrzekł faun.Inos zacisnęła pięści.Znała dobrze tę minę Rapa.Teraz znów się ona pojawiła.–Nie dla mnie, Rap.Pomyśl o mieszkańcach Krasnegara!Przeszył ją spojrzeniem wyrażającym czystą udrękę, po czym znowu zacisnął potężną szczękę.–Nie – powtórzył raz jeszcze.Wiatr szarpnął daszkiem.Stukot kropli deszczu stał się szybszy.Kilka grupek obywateli ociągało się jeszcze, rozmawiając bądź przyglądając się królewskiemu orszakowi, lecz wielkie dumy zniknęły już z porośniętego trawą nasypu, który po ich odejściu był zdeptany i zabłocony.Legioniści formowali kohorty.–Cóż za rozczarowanie! – mówił z szyderczym uśmiechem Kalkor.– Panie Rapie, co z twym przeznaczeniem?–Nie – odparł Rap.–Cóż, może potrafię cię uspokoić.Krushjorze!Jotnarowie stłoczyli się z tyłu sektora, daleko od baldachimu.Szlachta traktowała ich ze wzgardą.Stary ambasador postąpił krok naprzód.–Jarlu? – zawołał.–Proszę przysłać naszego najświeższego rekruta.–I co teraz? – zapytał z podejrzeniem w głosie regent.Zbroczony krwią i na wpół nagi Kalkor pokłonił się nisko, raczej szyderczo niż z szacunkiem.–To jedna z osób objętych pańskim imperialnym listem żelaznym, Wasza Wysokość.Stary przyjaciel pana Rapa.Szeregi jotnarów rozstąpiły się, by przepuścić niskiego młodzieńca o szerokich barach.Miał na sobie impijski strój, lecz z pewnością nie był impem.Inos spojrzała na Rapa.Jeśli Kalkor miał nadzieję skłonić go do jakiejś reakcji, nie powiodło mu się.Rap przyglądał się zbliżającemu się przybyszowi bez wyrazu.Niemniej już w Krasnegarze faun dysponował dalekowidzeniem.Musiał wiedzieć, kto tam się ukrywał.Skóra koloru khaki, zwisające w strąkach czarne włosy… rzadka szczecina wokół nadmiernie wielkich ust rozciągniętych teraz w makabrycznym uśmiechu… zęby jak białe sztylety.Był chyba najniższy spośród obecnych osób, pomijając księcia, lecz niezwykle umięśniony i krzepki.To był ten sam młody goblin, którego Inos widziała z Rapem przedtem, ten, który – jak mówił faun – chciał go zabić.Ten, który zabił go w wizji we wnęce.Nie pamiętała jego imienia.Dworzanie usunęli się z drogi, spoglądając na niego z niesmakiem.–Cześć, Płaskonos.Kanciaste oczy zalśniły [ Pobierz całość w formacie PDF ]