[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Rów­nież sprze­daw­ca po­wo­li wpa­dał w złość.– Mam – po­wie­dział, a jego oczy roz­bły­sły – je­że­li sza­now­na pani mo­men­cik tu za­cze­ka.Otwo­rzył drzwicz­ki i udał się w głąb holu.Po chwi­li wró­cił z cięż­ką, czar­ną po­piel­nicz­ką, któ­rą po­sta­wił na la­dzie przed pa­nią Qu­ill.Przez śro­dek po­piel­nicz­ki bie­gły żół­te li­te­ry: Ho­tel Wa­shing­ton.– Czy cho­dzi­ło pani o coś w tym ro­dza­ju? – spy­tał.– A wi­dzi pan – po­wie­dzia­ła pani Qu­ill – tak.– To się cie­szę.Pięć­dzie­siąt cen­tów.– To nie jest war­te pół do­la­ra – kel­ner po­in­for­mo­wał szep­tem pa­nią Qu­ill.Pani Qu­ill zaj­rza­ła do port­mo­net­ki; nie mia­ła wię­cej niż ćwierć do­la­ra w bi­lo­nie, ani żad­nych bank­no­tów.– Pro­szę pana – zwró­ci­ła się do sprze­daw­cy.– Je­stem wła­ści­ciel­ką ho­te­lu de las Pal­mas.Za­raz panu po­ka­żę ksią­żecz­kę oszczęd­no­ścio­wą z moim ad­re­sem.Czy ze­chce mi pan za­ufać ten je­den je­dy­ny raz, po­zwa­la­jąc za­brać po­piel­nicz­kę? Tak się skła­da, że przy­je­cha­łam tu z jed­nym zna­jo­mym, po­przty­ka­li­śmy się i on od­je­chał już beze mnie.– Nic na to nie po­ra­dzę, pro­szę pani.Tym­cza­sem za­stęp­ca kie­row­ni­ka, któ­ry od dłuż­szej chwi­li ob­ser­wo­wał sto­isko z in­ne­go za­kąt­ka holu, zde­cy­do­wał, że pora wkro­czyć do ak­cji.Miał wiel­kie po­dej­rze­nia co do pani Qu­ill, któ­ra wy­da­ła mu się kimś po­ni­żej po­zio­mu po­zo­sta­łych go­ści, na­wet na od­le­głość.Po­nad­to za­da­wał so­bie py­ta­nie, co może za­trzy­my­wać kel­ne­ra przed punk­tem z ga­ze­ta­mi przez tak dłu­gi czas.Udał się więc w kie­run­ku sto­iska z naj­bar­dziej po­waż­ną i fi­lo­zo­ficz­ną miną, na jaką go było stać.– Pro­szę, oto moja ksią­żecz­ka – mó­wi­ła pani Qu­ill do sprze­daw­cy.Wi­dząc, że nad­cho­dzi za­stęp­ca kie­row­ni­ka, kel­ner prze­stra­szył się i na­tych­miast wrę­czył pani Qu­ill ra­chu­nek za drin­ki, któ­re spo­ży­li na ta­ra­sie ra­zem z To­bim.– To było sześć do­la­rów na ta­ra­sie – oświad­czył.– To ten pan nie za­pła­cił? – za­py­ta­ła pani Qu­ill.– Rze­czy­wi­ście mu­siał być w okrop­nym sta­nie.– Czy mógł­bym w czymś po­móc? – za­stęp­ca kie­row­ni­ka za­gad­nął pa­nią Qu­ill.– Jak naj­bar­dziej – po­wie­dzia­ła pani Qu­ill.– Je­stem wła­ści­ciel­ką ho­te­lu de las Pal­mas.– Przy­kro mi – od­po­wie­dział za­stęp­ca kie­row­ni­ka – ale nie znam ho­te­lu de las Pal­mas.– No tak – rze­kła pani Qu­ill – nie mam przy so­bie pie­nię­dzy.Przy­je­cha­łam tu z jed­nym pa­nem.Po­przty­ka­li­śmy się, lecz po­sia­dam ksią­żecz­kę oszczęd­no­ścio­wą, tak że może pan być ab­so­lut­nie pe­wien, że pie­nią­dze będą ju­tro, kie­dy tyl­ko po­bie­gnę do ban­ku.Nie dys­po­nu­ję cze­ka­mi, bo to jest ra­chu­nek wy­łącz­nie oszczęd­no­ścio­wy.– Przy­kro mi – od­po­wie­dział za­stęp­ca kie­row­ni­ka – ale udzie­la­my kre­dy­tu wy­łącz­nie go­ściom za­mel­do­wa­nym w ho­te­lu.– W moim ho­te­lu jest tak samo – mó­wi­ła pani Qu­ill – chy­ba że to sy­tu­acja wy­jąt­ko­wa.– Obo­wią­zu­je bez­względ­na za­sa­da nie­udzie­la­nia kre­dy­tu…– A chcia­łam jesz­cze wziąć tę po­piel­nicz­kę dla mo­jej przy­ja­ciół­ki, któ­ra wprost uwiel­bia ho­tel Wa­shing­ton…– Po­piel­nicz­ka jest wła­sno­ścią ho­te­lu Wa­shing­ton – rzekł za­stęp­ca kie­row­ni­ka, pa­trząc bar­dzo su­ro­wym wzro­kiem na sprze­daw­cę, któ­ry bły­ska­wicz­nie od­po­wie­dział:– Klient­ka chcia­ła coś z na­pi­sem Ho­tel Wa­shing­ton.Po­nie­waż ni­cze­go nie mia­łem, przy­szło mi do gło­wy, że mógł­bym za­ofe­ro­wać… Za pięć­dzie­siąt cen­tów – do­dał, mru­ga­jąc po­ro­zu­mie­waw­czo do za­stęp­cy kie­row­ni­ka, któ­ry co­raz głę­biej ko­ły­sał się na pię­tach.– Po­piel­nicz­ki – po­wtó­rzył za­stęp­ca kie­row­ni­ka – są wła­sno­ścią ho­te­lu Wa­shing­ton.Po­sia­da­my ogra­ni­czo­ny za­pas po­piel­ni­czek, a każ­da z nich jest w cią­głym użyt­ku.W oba­wie przed utra­tą pra­cy sprze­daw­ca nie kon­ty­nu­ował te­ma­tu po­piel­nicz­ki, tyl­ko za­niósł ją na stół, z któ­re­go wcze­śniej ją za­brał, po czym wró­cił na swo­je sta­no­wi­sko.– Za­pa­ko­wać pani chu­s­tecz­kę albo ka­pe­lusz? – za­py­tał pa­nią Qu­ill, jak gdy­by ni­g­dy nic.– Ona ma całe mnó­stwo ka­pe­lu­szy i chu­s­te­czek – od­par­ła pani Qu­ill – więc są­dzę, że udam się do domu.– Ze­chce pani udać się ze mną do re­cep­cji, aby ure­gu­lo­wać ra­chu­nek – po­wie­dział za­stęp­ca kie­row­ni­ka.– Gdy­by pan mógł za­cze­kać z tym do ju­tra…– Oba­wiam się, że jest to ab­so­lut­nie wbrew za­sa­dom ho­te­lu, pro­szę pani.Tędy.Pro­szę za mną.– Po czym zwró­cił się do kel­ne­ra, któ­ry śle­dził prze­bieg kon­wer­sa­cji: – Te ne­ce­si­tan afu­era – rzekł – jaz­da.Kel­ner miał za­miar coś po­wie­dzieć, jed­nak zmie­nił zda­nie i wol­nym kro­kiem od­da­lił się na ta­ras.Pani Qu­ill za­czę­ła pła­kać.– Jed­ną chwi­lę – mó­wi­ła, wy­cią­ga­jąc chust­kę z to­reb­ki – jed­ną chwi­lę… chcia­ła­bym za­dzwo­nić do mo­jej przy­ja­ciół­ki Pa­ci­fi­ki [ Pobierz całość w formacie PDF ]