[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Na czerwonym marmurze leżała złota maska, wpatrując się we mnie pustymi wycięciami na oczy.– Feyro – odezwał się Tamlin i ujął mnie za brodę, aby delikatnie unieść twarz.Najpierw ujrzałam znajomy podbródek, następnie linię ust, a potem.Był w każdym calu taki jak w moich snach.Uśmiechnął się do mnie.Całe oblicze jaśniało mu tą cichą radością, którą tak mocnopokochałam.Przesunął dłoń i odgarnął na bok kosmyk moich włosów.Chłonęłam dotyk jego palców na skórze i sama uniosłam dłoń, aby dotknąć jego twarzy, aby prześledzić kontur wysokich kości policzkowych, tego pięknego, prostego nosa, tego szerokiego czoła, tych lekko wygiętych brwi obramowujących te wspaniałe zielone oczy.Cóżem zrobiła, żeby dotrwać do tej chwili, by tu stać.Ponownie odepchnęłam tę myśl.Za chwilę, za godzinę, za dzień.Kiedyś rozważę to wszystko i zmuszę się do stawienia jej czoła.Położyłam dłoń na sercu Tamlina.Jego równy rytm odbił się echem w moich kościach.***Usiadłam na brzegu łóżka.Chociaż sądziłam, że nieśmiertelność wiąże się z większą odpornością na ból i szybszym leczeniem, wiele razy się skrzywiłam, gdy Tamlin badał kilka wciąż gojących się ran, aby następnie wspomagać ich leczenie.W godzinach, które nastąpiły po śmierci Amaranthy – po tym, co zrobiłam dwojgu tamtych fae – ledwo mieliśmy parę chwil dla siebie.Ale teraz, w tej cichej komnacie.Nie mogłam dłużej odwracać się od prawdyrozbrzmiewającej w mojej głowie z każdym oddechem.Zabiłam ich.Zamordowałam.Nawet nie widziałam, jak zabierali ich ciała.W chwilach po moim przebudzeniu w sali tronowej zapanował chaos.Attor i co podlejsze z czarodziejskich istot błyskawicznie się ulotnili, a razem z nimi bracia Luciena.Uczynili mądrze, ponieważ Lucien nie był jedynym, który chciał wyrównać stare rachunki.Rhysanda również nigdzie nie mogłam znaleźć.Niektórzy uciekli, inni zaczęli świętować, jeszcze inni tylko stali lub chodzili w tę i we w tę z nieobecnymi spojrzeniami oraz pobladłymi twarzami.Tak jakby oni również nie mogli uwierzyć w to, co się stało.Jeden po drugim fae wysokiego rodu i poddani Tamlina podchodzili do niego, płakali, śmiali się radośnie, klękali przed nim, obejmowali go, całowali jego ręce, dziękowali mu.Dziękowali też mnie.Stanęłam nieco z tyłu za księciem i tylko kiwałam głową.Nie potrafiłam znaleźć słów, którymi mogłabym się do nich zwrócić, którymi mogłabym odpowiedzieć na ich wdzięczność – wdzięczność za zabicie dwójki niewinnych fae, aby ocalić ich wszystkich.W tym rozgardiaszu do Tamlina podchodzili sprzymierzeni z nim książęta; w krótkich, pełnych napięcia rozmowach próbowali zaplanować kolejne posunięcia.Tam spotkał się również z Lucienem i grupą fae wysokiego rodu z Dworu Wiosny, którzy przedstawili mi się jako strażnicy księcia… Lecz każde słowo, każdy oddech były dla mnie zbyt głośne; każdy zapach –zbyt silny; światło – zbyt jasne.Pozostawanie cały czas w bezruchu było łatwiejsze od poruszania się, od przystosowania się do tego dziwnego, silnego ciała, które miałam teraz w swoim władaniu.Nie mogłam nawet dotknąć włosów bez wzdrygnięcia się, tak obcawydawała mi się moja obecna powłoka.Trwało to długo, aż wszystkie moje wyostrzone zmysły sprawiały wrażenie żywej rany.W końcu Tamlin dostrzegł mój nieobecny wzrok i moje milczenie.Ujął mnie za ramięi poprowadził labiryntem tuneli oraz korytarzy, aż w końcu dotarliśmy do zacisznej sypialni w odległej części podziemnego pałacu.– Feyro – powiedział teraz, unosząc wzrok znad badanej nogi.Zdążyłam tak przywyknąć do jego maski, że dziwiłam się za każdym razem, gdy widziałam jego piękną twarz.To.to za to zamordowałam tę dwójkę fae.Ich śmierć nie poszła na marne, ale jednak.Gdy się obudziłam, nie znalazłam na sobie ani śladu krwi.Tak jakby zyskanie nieśmiertelności, samo zachowanie życia dało mi prawo do zmycia ich krwi ze swoich rąk.– Tak? – Mój głos brzmiał.cicho.Pusto.Powinnam spróbować.Postarać się brzmiećradośniej, dla niego, z powodu tego, co się stało, ale.Uśmiechnął się do mnie półgębkiem, tak jak to robił już wiele razy.Gdyby byłczłowiekiem, dochodziłby właśnie trzydziestki.Ale nie był – i ja też już nie [ Pobierz całość w formacie PDF ]