[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.-- A nam właśnie chodzi o wymianę.-- Znał pan Dominica Kavanagha? -- zapytał Kenneth z zainteresowaniem.-- Oczywiście.To pański ojciec?-- Mój świętej pamięci dziadek.Ramiona obwisły Rubenowi.-- A niech mnie, poczciwe było z niego chłopisko.-- Cóż, wszystkim nam brakuje jego mądrych pomysłów.-- Zmarł śmiercią naturalną?-- Tak.Dwadzieścia pięć lat temu.-- Dwadzieścia pięć.-- Ruben pogrążył się w zadumie.-- Przykro mi -- powiedziała Syrinx.-- Dwadzieścia pięć lat.Co oznacza, że musiałem tu być przynajmniej trzydzieści pięć lat temu, może jeszcze dawniej.Do licha, stary głupiec ze mnie.-- Wspomnieliście o wymianie.Syrinx poklepała podręczną chłodziarkę stojącą przy krześle na podłodze.-- To, co Atlantyda ma najlepszego.-- Oho, mądry wybór.Zawsze znajdę zbyt na przysmaki z Atlantydy.Połowę zje moja rodzina.Macie może wykaz?Wręczyła mu plik komputerowych wydruków.Nie zauważyła w gabinecie bloku procesorowego, obok klawiatury stał tylko niewielki holoekran.Kenneth czytał listę, unosząc brwi z aprobatą.-- Doskonale.Widzę, że sprowadzacie nawet żółte sole, jedną z moich ulubionych ryb.-- Tak się szczęśliwie składa, że włożyliśmy do chłodziarki pięć filetów.Zechce pan się przekonać, czy odpowiadają standardom?-- Jestem pewien, że odpowiadają.-- A jednak chciałabym, aby przyjął pan zawartość w podzięce za okazaną nam gościnność.-- To nader uprzejme z pani strony.-- Zaczął przebiegać palcami nad klawiaturą dotykową, patrząc wyłącznie na holoekran.Była pewna, że jej by to szło o wiele wolniej.-- Na szczęście moja rodzina posiada udziały w kilkunastu rozlewniach na Kesteven -- stwierdził.-- Jak wam zapewne wiadomo, oficjalnie nie możemy sprzedawać "Norfolskich Łez" przed letnim przesileniem i nowymi zbiorami.Stworzyliśmy więc między sobą nieformalny system wzajemnej pomocy, z którego teraz mogę skorzystać.Widzę, że mój kuzyn Abel, zarządca majątku Eaglethorpe na południu, posiada parę zapasowych skrzynek.Z tamtejszych hrabstw pochodzą gatunki o przyjemnym bukiecie.Niestety, nie zdołam wypełnić wam ładowni po brzegi, lecz dostaniecie sześćset skrzynek butelkowanych "Łez", czyli prawie dwieście ton.-- Brzmi nieźle -- zawyrokowała Syrinx.-- Wybornie.Zatem nie pozostaje nam nic innego, jak tylko uzgodnić cenę.Andrew Unwin włożył do bloku procesorowego fleks paszportowy Quinna Dextera i urządzenie natychmiast przestało działać.Nadaremnie stukał po nim palcami.Trzech mężczyzn z kosmolotu przyglądało mu się uważnie.Szkarłatny rumieniec wypłynął na jego policzki.Wolał nie myśleć, co powie ojciec.Praca urzędnika paszportowego była bardzo odpowiedzialna.-- Dziękuję, sir.-- Andrew, chcąc nie chcąc, oddał nie odczytany fleks Dexterowi, który schował go bez słowa komentarza.Mel ciągle szczekał, z daleka, ukryty za przednim kołem roweru.Pies ani na moment nie zamilkł, odkąd trójka przyjezdnych zeszła po schodkach ze śluzy powietrznej kosmolotu.A dzień wydawał się taki dobry, póki nie wylądowała maszyna z "Lady Makbet".-- To wszystko? -- zapytał Joshua, zmuszony podnieść głos z powodu psiego ujadania.-- Tak, kapitanie.Dziękuję.Witam na Norfolku.Mam nadzieję, że znajdziecie dobry towar.Joshua uśmiechnął się szeroko i skinął na chłopca, by się zbliżył.Obaj odeszli kawałek od Quinna Dextera i Ashly'ego Hansona, którzy czekali u stóp schodków.Pies pognał za nimi.-- Cieszę się, że tak się z tym szybko uporałeś -- rzekł Joshua.-- Na aerodromie wielki ruch, jak widać.-- To moja praca, kapitanie.Joshua wyciągnął z kieszeni kombinezonu plik niepotrzebnych mu lalondzkich franków i odliczył trzy.-- Doceniam to.-- Wcisnął plastikowe pieniądze do ręki chłopca, któremu uśmiech powrócił na twarz.-- A teraz coś mi powiedz -- dodał Joshua ciszej.-- Ktoś, komu powierza się funkcję urzędnika paszportowego, musi wiedzieć, jak tu sprawy stoją, co w trawie piszczy, mam rację?Andrew Unwin kiwnął tylko głową, zbity z tropu.W jakiej znowu trawie?-- Podobno Norfolkiem rządzi kilka ważnych rodzin.Wiesz może, która z nich ma największe wpływy na Kesteven?-- Na pewno rodzina Kavanaghów, sir.Jest ich tutaj mnóstwo, to prawdziwa arystokracja.Posiadają farmy, domy i przedsiębiorstwa na całej wyspie.-- A rozlewnie?-- O tak, kilku z nich rozlewa własny trunek.-- Świetnie.A teraz najważniejsze pytanie.Wiesz, kto zajmuje się eksportem produkowanych przez nich towarów?-- Tak, sir -- odparł dumnie Andrew.Kapitan nadal trzymał w ręku plik szeleszczących banknotów, lecz chłopiec udawał, że ich nie dostrzega.-- Niech pan porozmawia z Kennethem Kavanaghiem.Jeśli on panu nie pomoże, to chyba nikt inny.Joshua odliczył dziesięć banknotów.-- Gdzie go mogę znaleźć?-- Przedsiębiorstwo Drayton's Import na Penn Street.Joshua wręczył mu pieniądze.Andrew zwinął je sprawnym, wyrobionym ruchem i schował do kieszeni szortów.Gdy odjechał rowerem na odległość dwudziestu jardów, blok procesorowy wydał ciche piknięcie.Znów działał jak należy.Chłopiec obrzucił go zdziwionym spojrzeniem, potem wzruszył ramionami i skierował się w stronę lądującego właśnie kosmolotu.Sądząc z zachowania witającej ich recepcjonistki, Joshua nie był pierwszym kapitanem statku kosmicznego, który w tym tygodniu pukał do drzwi Drayton's Import.Przechwycił jej spojrzenie, kiedy trzymała przy uchu antyczną słuchawkę.Obdarzyła go w zamian formalnym uśmiechem.-- Pan Kavanagh za chwilę panów przyjmie, kapitanie Calvert -- oznajmiła.-- Dziękuję za wstawiennictwo w mojej sprawie.-- Nie ma za co.-- A czy mogłaby nam pani polecić jakąś przyzwoitą restaurację na dziś wieczór? Ja i mój przyjaciel od dawna nie mieliśmy nic w ustach, chętnie byśmy coś zjedli.Może lokal, gdzie pani czasem zagląda?Wyprostowała się mimo woli, jej głos stał się bardziej przyjazny [ Pobierz całość w formacie PDF ]