[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Kwaśnogron nie ma o tych sprawach zielonego pojęcia, bo i jak może mieć, żyjąc w tej wieży z kości słoniowej, w którą przekształcił swój gabinet.Ponadto ma gdzieś cudze problemy.Współczucie i zrozumienie są mu całkiem obce – dla niego liczą się jedynie użyteczne informacje, a więc takie, które mogą dać mu władzę nad bliźnimi.Po lekcji, posiłkując się uniwersalnym kluczem będącym w posiadaniu każdego nauczyciela, dyskretnie zajrzałem do szafki Allena-Jonesa.Zgodnie z przypuszczeniami znalazłem tam sześć plakietek z numerami sal, zestaw małych narzędzi oraz kilka śrubek.Szybko wyjąłem śrubki i plakietki, po czym schowałem je do kieszeni.Poproszę Jimmy'ego, by w czasie lunchu z54powrotem przykręcił numerki na właściwe miejsca.Fallow zadawałby zbyt wiele pytań i może nawet złożył szczegółowy raport doktorowi Devine'owi.Nie widziałem powodu, by podejmować jakąś dyscyplinarną akcję.Jeżeli Allen-Jones ma choć odrobinę oleju w głowie, nikomu słowem nie wspomni o swoim wyczynie.Gdy już przymykałem drzwiczki szafki, zauważyłem paczkę papierosów i zapalniczkę wetknięte za egzemplarz „Juliusza Cezara”, postanowiłem jednak udawać, że ich nie widziałem.Popołudnie miałem w zasadzie wolne.Chętnie posiedziałbym w swojej klasie, ale akurat Meek miał tam lekcję matematyki z trzecią klasą, wycofałem się więc do Sali Cichej Pracy (miejsca, gdzie niestety obowiązywał ścisły zakaz palenia), by uciąć sobie miłą pogawędkę z moimi aktualnie urzędującymi tam kolegami.Sala Cichej Pracy to oczywiście nazwa błędna i głęboko myląca.Jest czymś w rodzaju wspólnego gabinetu, z biurkami pośrodku i szafkami rozstawionymi wokół ścian, i właśnie tutaj rodzą się wszelkie pogłoski krążące potem po szkole.Pod pozorem sprawdzania testów czy prac domowych poddaje się tu wiwisekcji wszelkie bardziej i mniej sensacyjne wieści oraz rozpuszcza rozmaite, mniej lub bardziej soczyste plotki.Dla mnie to miejsce ma też inną, wyjątkową zaletę – cudownym zrządzeniem losu znajduje się dokładnie pod moją salą, mogę więc zadać chłopcom samodzielną pracę, a sam zejść, by w miłej, towarzyskiej atmosferze wypić herbatę lub poczytać „Time-sa”.Dochodzi tu każdy najlżejszy odgłos z góry, nawet dźwięk pojedynczych głosów, błyskawicznie jestem więc w stanie zareagować i niezwłocznie ukarać ucznia odpowiedzialnego za zamęt.Dzięki temu cieszę się reputacją wszechobecnego i wszystkowiedzącego, co zazwyczaj bardzo ułatwia mi życie.W Sali Cichej Pracy zastałem Chrisa Keane'a, Kitty Teague, Robbigo Ro-acha, Erica Scoonesa i Paddy'ego McDonaugha, nauczyciela religii i etyki.Keane coś czytał, a także od czasu do czasu czynił zapiski w oprawnym na czerwono notesie.Kitty i Scoones uzupełniali ubiegłoroczne raporty sekcji.McDonaugh popijał drobnymi łykami herbatę, wertując przy tym opasłą „Encyklopedię demonów i demonologii”.Niekiedy odnoszę wrażenie, że ten facet traktuje swój przedmiot z przesadną powagą.Roach zdawał się pochłonięty lekturą „Mirror”.–Jeszcze trzydzieści siedem do odbębnienia – mruknął po chwili ponuro.Odpowiedziało mu milczenie.Kiedy w końcu do niego dotarło, że nikt niezamierza się zainteresować owym enigmatycznym stwierdzeniem, postanowił nas oświecić.–Trzydzieści siedem pracowitych dni do połowy semestru.McDonaugh parsknął głośno.55–A od kiedy dla ciebie są one pracowite?–Ja już zdążyłem się naharować – odparł wyniośle Roach, odwracając stronę gazety.– Nie zapominaj, że w sierpniu prowadziłem obóz.Wakacyjne obozy to wkład Roacha w zajęcia pozalekcyjne.Na trzy tygodnie wyjeżdża minibusem pełnym chłopców do Walii, gdzie prowadzi piesze wycieczki, wyprawy kajakowe, organizuje wyścigi na gokartach i walki paintballu.Bawi się przy tym przednio; codziennie nosi dżinsy i radośnie zachęca chłopców, by zwracali się do niego po imieniu, po czym zawsze utrzymuje, że to dla niego straszne poświęcenie, więc w ciągu roku może już działać na zwolnionych obrotach.–Obóz, też mi coś – żachnął się McDonaugh.Scoones oderwał się od swoich raportów i spiorunował obu mężczyzn wzrokiem.–Zdaje się, że ma to być Sala Cichej Pracy – zauważył lodowatym tonem,po czym znowu pochylił się nad raportami.Zapadło milczenie.Eric to porządny chłop, ale o zmiennych nastrojach.Często sam chętnie dzieli się plotkami, dziś jednak przywodził na myśl gradową chmurę.Zapewne z powodu nowego nabytku do francuskiej sekcji, pomyślałem.Panna Dare jest młoda, ambitna i błyskotliwa – kolejna osoba, mogąca stanowić realne zagrożenie dla jego pozycji.Na dodatek jest kobietą, a taki konserwatysta jak Scoones nie lubi pracować z kobietami, i to młodszymi od siebie o jakieś trzydzieści lat.Scoones od piętnastu czeka na awans, ale teraz już na pewno się nie doczeka.Jest za stary – a do tego nie dość pokorny.Wiedzą o tym wszyscy z wyjątkiem samego Scoonesa; niemniej każda zmiana personalna w sekcji dobitnie uświadamia mu, że lata lecą nieubłaganie, a on nie staje się młodszy.Kitty posłała mi rozbawione spojrzenie, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w słuszności moich przypuszczeń.–Musimy nadrobić sporo papierkowej roboty – szepnęła.– W ubiegłymsemestrze doszło do drobnego nieporozumienia i jakoś zapomnieliśmy o tychraportach.Tak naprawdę chciała powiedzieć, że Pearman o nich zapomniał.Wielokrotnie miałem okazję oglądać jego gabinet – niemiłosiernie zawalony papierami.Ważne dokumenty toną w morzu nieprzeczytanych notek z sekretariatu, starych podręczników, jednorazowych kubków po kawie, testów egzaminacyjnych, kserokopii materiałów lekcyjnych oraz karteluszków z wymyślnymi gryzmołami, które Pearman produkuje w zastraszającym tempie, gdy rozmawia przez telefon.Mój gabinet może i wygląda podobnie, ja jednak doskonale wiem, gdzie co znaleźć.Natomiast Pearman dawno zginąłby marnie, gdyby Kitty nie wspierała go na każdym kroku i nie kryła, przed kim się da.–Jak tam wasza nowa dziewczyna? – spytałem prowokacyjnie.56–Na jej własne nieszczęście nazbyt inteligentna – sapnął gniewnie Scoo-nes.Kitty uśmiechnęła się przepraszająco.–Ma mnóstwo nowych pomysłów i awangardowe podejście do nauczania – wyjaśniła.– Wkrótce się jednak u nas zaaklimatyzuje [ Pobierz całość w formacie PDF ]