[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.–Tak jest.Cóż, zgadzamy się więc wszyscy? – Rodin kolejno spojrzał na kolegów.Obaj przytaknęli.– Teraz jest pierwsza.Mam w Londynie agenta, do którego zaraz zatelefonuję i każę mu skontaktować się z Anglikiem.Niech przyjeżdża tu natychmiast.Jeżeli zdąży na wieczorny samolot, możemy się z nim tutaj spotkać po kolacji.Jak mój człowiek oddzwoni, będziemy mogli się umówić.Pozwoliłem sobie zarezerwować dla was pokoje sąsiadujące z moim.Myślę, że bezpieczniej jest mieszkać razem na tym korytarzu, pod opieką Wiktora, niż osobno i bez ochrony.To tak na wszelki wypadek.–Widzę, że byłeś pewny naszej zgody – mruknął Casson nieco dotknięty domyślnością Rodina.Rodin skrzywił się.–Zebranie informacji trwało dość długo.Im mniej czasu stracimy teraz, tym lepiej dla sprawy.Jeżeli mamy w ogóle działać, działajmy szybko!Wstał, a za nim goście.Zawołał Wiktora i posłał go do holu po klucze pokojów 65 i 66.Potem powiedział do Montclaira i Cassona:–Będę telefonować z głównej poczty.Zabiorę ze sobą Wiktora.W czasie naszej nieobecności zostańcie lepiej w jednym pokoju i zamknijcie się.Po powrocie zastukam do was: trzy uderzenia, pauza i jeszcze dwa.Był to stary sygnał – trzy plus dwa – odpowiadający rytmowi słów Algérie Française.W poprzednich latach słychać go było często na ulicach Paryża.W jego rytm odzywały się klaksony motocyklistów demonstrujących przeciw polityce de Gaulle’a.–Ale, ale – dodał Rodin.– Czy któryś z was ma przy sobie rewolwer? Obydwaj potrząsnęli przecząco głowami.Rodin podszedł do stolikai wyjął niewielki pistolet MAB 9 mm, który służył mu do własnej obrony.Sprawdził magazynek, wsunął go z powrotem i wrzucił kulę do lufy.Wyciągnął rękę do Montclaira:–Znasz tę spluwę? Montclair potaknął:–Dość dobrze – i wziął broń od Rodina.Wiktor odprowadził gości do pokoju Montclaira.Itiedy powrócił, Rodin zapinał już płaszcz.–Chodź, kapralu.Mamy robotę.Na wiedeńskim lotnisku Schwechat zmierzch przechodził już w noc, kiedy Vanguard Brytyjskich Linii Lotniczych z Londynu schodził do lądowania.W tylnej części samolotu jasnowłosy Anglik leżał w fotelu przy oknie i patrzył na światła lotniska.Odczuwał zawsze przyjemność, kiedy widział, jak zbliżały się coraz bardziej, aż chwila emocji mijała i było już pewne, że samolot wyląduje bezpiecznie.Dopiero w ostatnim momencie trawa, światła i numerowane pasy znikały i zastępował je asfalt, a wielkie koła dotykały wreszcie ziemi.Zawsze podziwiał precyzję lądowania.Lubił precyzję.Obok niego młody Francuz, urzędnik biura turystycznego na Picadilly, przyglądał mu się niespokojnie.Był zdenerwowany już od wczesnego popołudnia, kiedy to odebrał pewien zamiejscowy telefon.Przed rokiem, w czasie urlopu w Paryżu zaofiarował OAS swe usługi, ale kazano mu pozostać spokojnie za biurkiem w Londynie.Miał dopiero kiedyś, ewentualnie, wykonać listowne lub telefoniczne polecenie zaczynające się od słów: Cher Pierre… Milczenie trwało do dnia dzisiejszego.Był 15 czerwca.Telefonistka zawiadomiła go, że jest do niego un téléphone de Vienne.Dodała przy tym z Austrii, bo i we Francji istniało miasto o tej samej nazwie.Ze zdziwieniem przyjął rozmowę i usłyszał słowa: – Cher Pierre… - Minęło kilka sekund, zanim przypomniał sobie umówiony znak.Po lunchu wymówił się w biurze bólem głowy i poszedł do pewnego mieszkania w pobliżu South Audley Street, aby przekazać polecenie.Blondyn, który otworzył mu drzwi, nie okazał żadnego zdziwienia na wiadomość, że za trzy godziny ma odlecieć do Wiednia.Zapakował szybko małą walizkę i obydwaj udali się taksówką na lotnisko Heathrow.Anglik bez wahania wyjął z kieszeni zwitek banknotów wystarczający na opłacenie dwóch powrotnych biletów.Francuz bowiem przyznał się, że nie pomyślał o tym, iż trzeba będzie płacić gotówką, i zabrał ze sobą jedynie paszport i książeczkę czekową.Od tej chwili nie zamienili ani słowa; Anglik nie pytał, po co lecą do Wiednia, kogo mają tam spotkać ani dlaczego.Zresztą Francuz też tego nie wiedział [ Pobierz całość w formacie PDF ]