[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Mnóstwo takich fuzji miało miejsce, w pierwszych latach obejmowania przez komunistów władzy.Turystyka i krajoznawstwo mają dobre imię, garną się do nich: młodzież, zakiśli za biurkiem urzędnicy, kobiety samotne w średnim wieku.Komuniści nie byliby sobą, gdyby pozwolili wymknąć się wycieczkom.Po co, ich zdaniem, obijać się po Puszczy Kampinoskiej, czy wśród ruin zamków Krakowskiej Jury, skoro można zaprowadzić zmachanych krajoznawców do domu, w którym Lenin mieszkał w Poroninie, i korzystając z tego, że daleko nie uciekną na odparzonych i umęczonych nogach, wygłosić do nich dwugodzinny odczyt.Instruktorzy i przewodnicy z nowej, agitacyjnie wyszkolonej kadry nie muszą zresztą od razu do miejsc pobytu proroków: o każdym pałacyku i każdym drzewku potrafią wygłosić kompletny marksistowski referat, bez wahania wiedzą, który zagajnik jest imperialistyczny i służył faszystowskim bandom, a który chronił anielskich partyzantów spod wiadomego znaku.Zmordowani do cna turyści są wobec takiej perfidii bezbronni i nawet wołają „Niech żyje!”, by im tylko pozwolono usiąść.Rzecz jasna, mimo użyteczności, PTTK jest instytucją peryferyjną wobec głównych trybów aparatu ucisku, i to wystarczy, aby stała się zbiornikiem specyficznych okazów ludzkich.Fauna i flora komunizmu polega na odwróceniu zasady normalności, w której co silniejsze i zdolniejsze dąży wzwyż, do ujawnienia się, do osiągnięć.W komunizmie zdolniejszy i silniejszy, o ile nie chce ulec nowej wierze, albo po prostu nie chce mieć z nią nic wspólnego, chowa się, idzie w dół, szuka zacisznego kąta, koncentruje swą inteligencję i przedsiębiorczość na znalezieniu sobie najwygodniejszego odosobnienia z dala od twórczych nurtów życia.Stąd PTTK jest rezerwuarem ludzi częstokroć cennych, lecz żądnych nijakości, anonimowości, spokoju.Sporo tam prymitywnych i zdolnych partyjniaków, którzy odznaczyli się czymś w terenie, i których partia tędy prowadzi i wychowuje na zaufanych aktywistów, podciąga, trenuje do kariery.Turystyka, sport, konserwacja zabytków, produkcja warcabów, Liga Przyjaciół Żołnierza, filatelistyka – oto pastwiska dla partyjnych pastuchów, których hoduje się i przymierza do większych zadań.Ponieważ instytucje te muszą jakoś funkcjonować, przeto dodaje się ćwokom do pomocy doświadczony personel, rekrutowany z przedwojennej kadry obywatelskich, honorowych działaczy.W ten sposób, jeśli przedwojenny pułkownik lub dyrektor banku, tak w oczach komunistów zszargany, że nie można powierzyć mu niczego w jego specjalności, jako hobby ongiś zbierał znaczki pocztowe lub uprawiał krajoznawstwo, teraz chwyta się rozpaczliwie filatelistyki czy turyzmu jako środka zarobkowania.Komuniści, szermujący pustym frazesem pełnego w komunizmie rozwoju wszystkich dziedzin życia i międlący jak ohydnie burżuazja hamowała rozwój filatelistyki i turyzmu w swej Polsce, zatrudniają chętnie tych podstarzałych, zniszczonych, zalęknionych, wypruwających z siebie resztki sił za marne grosze ludzi.Trzymają ich w nieustającym strachu przed politycznym bezrobociem, pod batem tak zwanej ankiety personalnej, w stanie specjalnej dla komunizmu paniki psychicznej, i tak oto ludzie pracują niewolniczo za innych ludzi, którzy nimi rządzą.Ale są w tej kategorii także ludzie utalentowani, zdolni i nie zastraszeni, którzy szukają owego wyżej wzmiankowanego, przytulnego kąta, gdzie ich zdolności spożytkowane mogą zostać w zamian za przymknięcie oka na ich przeszłość, gdzie mogą zapewnić sobie minimum utrzymania bez serwitutów, i tylko dzięki takim ludziom turystyka, filatelistyka, ogrody botaniczne, wędkarstwo i numizmatyka jakoś w Polsce wegetują i są wpisywane do rejestru komunistycznej wielostronności.Zaś obok nich jest i kategoria trzecia: cwaniacy, łobuzy, aferzyści i defraudanci, którzy przyszlusowali do komunistów na samym początku w pogoni za każdego rodzaju zyskiem, jakoś pomogli przy obejmowaniu władzy, gdy nikt nie chciał kalać się związkiem z komunistyczną inicjatywą – oni byli chętni, lecz nie za darmo.Płacono im niezgorzej, lecz ich naturą i celem była doraźna łupieżczość, a nie długofalowe kariery, toteż wkrótce już trzeba było się ich pozbywać, wyrzucać z UB, partii, komitetów, kongresów, akademii, newralgicznych urzędów, usuwać wygodnie i antyseptycznie, czasem wprost do więzienia za grubsze wykroczenia, zaś czasem gdzie indziej za małe świństwa i nadużycia, pospolite łotrzykostwo.I tu instytucje, jak PTTK, okazały się jak znalazł, kombinacja przystani ze ściekiem, kolonia karna i wilegiatura dla kłopotliwszych w jednym i tym samym budynku; tu nie wadzą nikomu, biorą grube pensje za swe niedawne polityczne i inne draństwa i nic nie robią.I tylko od czasu do czasu, gdy facet przeliczy się i źle wyceni swe „plecy” i swoje konto za ubiegłą „służbę”, w biurze zjawia się dwóch lub trzech panów w tenisówkach i bez krawatów i odtąd gościa nie ma ani w urzędzie, ani w domu i przez parę lat nikt w ogóle nie wie, gdzie jest.Oczywiście, poszedłem do Arczyńskiego i po paru minutach rozmowy wiedziałem, gdzie jestem i z kim mam honor.Nazwisko znałem: to były poseł Stronnictwa Demokratycznego, pepiniery politycznego hochsztaplerstwa w Polsce Ludowej, pisywano o nim niegdyś w gazetach.Blondyn niski i barczysty, tak zwane zimne oczy.Z miejsca uderzyła mnie jakaś ćwierćinteligenckość, mimo wszystko zaskakująca u człowieka pewnej pozycji społecznej.„Panie – powiedział – my od dawna chcemy kogoś takiego jak pan.Co umie napisać ładnie, tak z humorkiem, pod ludzi.O mnie pan słyszał, co? Zasiadało się w komitetach, w Sejmie, to teraz się siedzi w ‘Turyście’.Niczego.Można żyć, nie męczą.Jest tu taki Wacek Wagner, pana zna z ‘Expressu’, robiliście tam razem.On lubi się pośmiać, ja też, pan sobie może przy nas trafić parę groszy.Co prawda naczelny to piła, człowiek partii, ja tibi dam… Wie pan? Ale my z humorkiem.Niech pan na razie coś machnie, pod pseudonimem, z talentem, jak te pana stare kawałki z ‘Przekroju’…”Więc nie jest nawet naczelnym, jak myślałem, tylko na impotenckiej synekurze.Pana Wagnera znałem, to stary pepeesiak, obecnie pezetpeerowiec ze zjednoczeniowego przymusu, dobry zawodowy dziennikarz z przedwojennej prasy.Na pewno miał kłopoty, zaszył się teraz tu, należy mu się emerytura w „Turyście”.Ale Marek Arczyński to co innego – jest ze Stronnictwa Demokratycznego, zaś Stronnictwo to rynsztok, zlew z nieczystościami.Nikt dobrze nie wie, po co komunistom te pseudosojusznicze śmietniki w demoludach, lecz nigdzie nie prosperują one z większą fanfarą jak w Polsce.Co z tego mają komuniści, trudno dociec [ Pobierz całość w formacie PDF ]