[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Syfilityczny fotografik uwijał się przy niej jak fryga, zerkając w obiektyw i korygując ustawienia owej damulki, która co chwilę wybuchała perlistym śmiechem gimnazjalistki i poprawiała urękawiczoną dłonią burzę loczków otaczających twarz.Mojej uwadze nie umknęło, że mężczyzna raz po raz niby to przypadkiem dotykał swej klientki, a to ściskając jej rękę, a to wygładzając jakąś wyimaginowaną fałdkę na ramieniu.Ani fotograf - w którym domyśliłem się jednego z właścicieli, braci Zadurskich, ani tym bardziej jego modelka nie zwrócili na mnie najmniejszej uwagi.Przemknąłem więc cicho do kantorka Sommera, który oglądając się wystraszonym wzrokiem na swego pryncypała, popchnął mnie lekko w kierunku krzesła ustawionego w najdalszym rogu pomieszczenia, tuż pod wychodzącym na podwórko zakratowanym okienkiem.- To Albin Zadurski - wyjaśnił mi Sommer, wskazując ręką na kotarę, za którą fotografik udzielał wskazówek damie szczebioczącej coś słowiczym głosem.- Artysta! -dodał jeszcze z przekąsem, sięgając po metalowy czajnik, który bulgotał na prymusie stojącym na podłodze.Uśmiechnąłem się, a Sommer znacząco położył palec na ustach.- Cicho! Jest co prawda tak zajęty panią Dolabenową, że nie zauważy nawet, jakby wybuchła tu bomba, ale lepiej uważać.- Na co? - nie rozumiałem, bo cała ta konspiracja wydawała mi się bardzo dziwna.Poruszył chudymi jak u świerszcza ramionami i nerwowo potarł czoło.- Na wszystko.Już ci wtedy mówiłem.Byłeś na dachu, wiem o tym, bo cię słyszałem.Masz charakterystyczny chód, jak wszyscy zresztą.- Charakterystyczny chód? - zdziwiłem się, a on poświadczył ze zniecierpliwieniem.- Mam dobry słuch.Kroki są dla mnie jak muzyka, rodzaj partytury.Każdy chodzi inaczej, to jest charakterystyczna cecha, jak odciski palców.Ty chodzisz ostrożnie, ślizgając 77się po powierzchni, jakbyś bał się odważniej poruszyć stopami.- zaśmiał się chrapliwie i nalał wody do dwóch przygotowanych wcześniej szklanek, a ja zmarszczyłem brwi.Chodzę ostrożnie? Ślizgam się? Zdenerwowały mnie te brednie.- Tak, tak - to pasjonujące obserwacje, możesz mi wierzyć.Ty się ślizgasz, twój ojciec robi równe drobne kroczki, wybijając zdecydowanie rytm lewą nogą, twoja matka chodzi z kolei tak, jakby miała ischias - nie opiera się w ogóle na pięcie, tylko zawsze porusza się na palcach.Twoja siostra.- westchnął, mieszając energicznie łyżką w szklance.- Sam wiesz, co dolega twojej siostrze.- A ten tam? - wskazałem w stronę kotary, gdzie pryncypał Jakuba Sommera ustawił już wreszcie swoją klientkę przed obiektywem i zaczął robić zdjęcia, bo ustał zarówno perlisty śmiech kobiety, jak i sznapsbaryton fotografa.Sommer wzruszył ramionami.- Kaczy, chwiejny chód, charakterystyczny dla późnego stadium trypra.Zresztą nieważne.- machnął pogardliwie ręką, a ja pomyślałem, że chyba popełniłem błąd, oceniając pochopnie mego rozmówcę.Do tej pory miałem Sommera wyłącznie za wariata i paranoika, teraz obudził we mnie niepokój.Może rzeczywiście coś wiedział? Nie tracąc czasu, zapytałem go o to.- Mówił pan o Iwonie Horn - zacząłem, a on od razu zmienił się na twarzy, która przyjęła drapieżny wyraz czujności.Rozejrzał się po swojej klitce, chwilę nasłuchiwałodgłosów z atelier, po czym zbliżył się do mnie i zaczął szeptać.- Chyba wiem, kto zabił twoją koleżankę - powiedział, a ja odskoczyłem gwałtownie.Sommer uspokajająco pokiwał dłonią i sięgnął do dużego pudła, stojącego pod stołem i wypełnionego po brzegi rozmaitym barachłem.W pierwszej chwili myślałem nawet, że był to rodzaj prowizorycznego pojemnika na śmiecie, bo z pudła wystawały jakieś połamane sprężyny, kawałki drewna i ogromna ilość papieru, ale gdy Sommer zanurzył rękę w jego wnętrzu, zrozumiałem, że jest to skrytka.Poszperał chwilę i wydobył teczkę w zatłuszczonej oprawie z materiału.Kiedyś była zapewne brązowa, ale teraz przybrała kolor brunatnoszary, miejscami wpadający nawet w czerń.Chwilę mocował się, by rozsupłać tasiemki, które zamykały teczkę, a potem pokazał mi jej zawartość.Aż krzyknąłem z wrażenia.Jakub położył mi dłoń na ustach, ale było już za późno.Do kantorka wpadł Albin Zadurski, na którego twarzy malowała się wściekłość.Najwyraźniej pani Dolabenowa pozwoliła sobie włożyć rękę pod spódnicę, a ja przerwałem to radosne tête-à-tête.78- Co tu się dzieje? - zapytał piskliwym głosem, który od razu skojarzył mi się z pianiem małego kogucika.- Panie Sommer, kim jest ten chłopak?Jakub Sommer zręcznym ruchem prestidigitatora wrzucił brunatną teczkę do pudła ze szpejami i kopnął je głęboko pod stół.- Panie Zadurski, to jeden z tej szkoły poligraficznej na Podwalu.Bardzo się chce nauczyć fotografii, więc pozwoliłem mu przyjść, zapytać.- Nie rozumiałem wtedy, dlaczego tak kłamał, ale później byłem mu ogromnie wdzięczny, że nie stracił zimnej krwi.Albin Zadurski spojrzał na mnie z niechęcią.- Uczeń na praktykę.Nie przyjmujemy, nie potrzeba! - powiedział, wymachując chudymi ramionami.- Niech pan tu nikogo nie sprowadza, panie Sommer, już panu mówiłem! Inaczej zwolnię, wyrzucę na pysk!Popatrzyłem na Jakuba Sommera, który bez słowa znosił te ordynarne odżywki swego pryncypała, schował głowę w ramionach i cały jakby zapadł się w sobie.Poczułem nagłą złość i pewnie bym odszczeknął coś Zadurskiemu, ale kotara ponownie się uniosła i do kantorka zajrzała pani Dolabenowa.Zdążyła już doprowadzić do porządku swoją kreację i tylko mocno wygnieciona przy gorsie bluzka świadczyła o tym, że sesja fotograficzna była czymś więcej niż tylko spotkaniem na planie artystycznym.- Panie Albinie, ja czekam! - powiedziała zalotnie, a Zadurski odwrócił się ku niej z cukierkowym uśmiechem.- Już idę, idę, pani Todziu!- No to szybko - rzuciła „pani Todzia”, patrząc na mnie i Jakuba Sommera z góry.Najwyraźniej nasza obecność nie przypadła jej do gustu, bo skrzywiła się wymownie i wycofała do studia.Zza kotary pisnęła jeszcze kapryśnie: - Nie mam całego dnia!- Wynocha! - syknął do mnie Zadurski i chwyciwszy za ramię, wyprowadził z kantorka.W korytarzu otworzył drzwi swego atelier i po prostu wyrzucił mnie na podwórko, dodając tym swoim kogucim głosem: - Żebym cię tu więcej nie widział, łachudro!- Sam jesteś łachudrą, zboczeńcu! - krzyknąłem i jak najszybciej wziąłem nogi za pas, przekonany, że będzie mnie gonił.Na szczęście miał lepsze rzeczy do roboty niż ściganie po ulicach złośliwego licealisty.Ochłonąłem przy najbliższej przecznicy, gdy przekonałem się, że za mną nie biegnie Zatrzymałem się, próbując uspokoić oddech [ Pobierz całość w formacie PDF ]