[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Cofnęłam się.Na pewno to matka kazała mu takie coś włożyć.Ze względu na ten mróz.Głowę ma wielką, to i zmarzłby okropnie.Podobno przez głowę uciec może prawie całe ciepło z człowieka, jakieś osiemdziesiąt procent.Muszę się przemóc i iść.Ale mnie mdli z samego środka mego gustu.Odzież ukochanego! Jakże ważna jest w miłości! Nie można kochać ukochanego z pominięciem tego, co on na sobie nosi, bo szczególnie w pierwszym, płomiennym (i chybotliwym jak płomień), etapie rozwoju uczuć jest ten ukochany całością wyższego rzędu, jest nierozbieralny dosłownie iw przenośni, zrośnięty z wszelkim kontekstem, w jakim się pojawia.Nie o to chodzi, by odzienie było eleganckie, drogie czy modne, ale by nie stanowiło przeszkody, było miłe i swojskie, w jakimś tajemniczym sensie zrozumiałe.Wychodzę zza rogu Piwnej.Paw nie widzi mnie jeszcze.Stoi tam taki długi, nieruchomy, samotny na mrozie.I nagle podnosi rękę, szybkim ruchem zdziera z głowy beret i wciska go do kieszeni kurtki.Pokochałam go natychmiast! Kurtkę, którą wtedy nosił, brązową, zapinaną na kołki, szczerze lubiłam i nic już nie stało na przeszkodzie, by iść prosto do niego, na spotkanie.Spostrzegł mnie i także ruszył w moim kierunku, i szliśmy do siebie jak Kaj i Gerda przez Lodowy Plac Zamkowy, długo, chwilami wiecznie, ale w końcu doszliśmy, guziki naszych okryć otarły się o siebie, dźwięknęły, policzki się zetknęły.Pocałunek na mrozie jest taki smutny, jakby od razu był przeszłością, jeszcze zanim usta siebie dotkną.Miałam prawy but o numer większy od lewego.Zawsze kupuję w takim napięciu, jakbym nabywała samą ideę rzeczy, a nie jej egzemplifikację, widzialny kształt - więc nieraz w sklepie nie zauważam drobnych wad, usterek i trafia mi się jakiś bubel, a potem owa wada, usterka, wrasta mi w świadomość i nie mogę myśleć o czymś innym, tylko o tym, że jeden but mam o numer większy od drugiego i czy to bardzo widać.I właśnie mnie ta myśl napadła, gdy ruszyliśmy po chrzęszczącym śniegu ku Świętojańskiej, że mam stopy niesymetryczne, że te kozaki są okropne, że dawno bym je wyrzuciła, gdybym tylko miała pieniądze na nowe, ale przecież nigdy w życiu nie wydębię od mamy na drugą parę tej samej zimy.Naprawdę ten prawy jest większy, nie da się ukryć.Ale czy Paw, z wysokości swoich dwóch metrów, może zmierzyć wzrokiem moje buty? Nie może.Wpatruję się w te moje buty idące po skostniałym chodniku, głowy nie podnoszę, bo mi niezręcznie, lodowato, ale za Rynkiem jest już nieco lżej na duszy, a w okolicy Barbakanu prawie jestem oswojona z moim Pawiem, wkładam dłoń do kieszeni jego kurtki, bo zimno przecież, jego ręka już tam jest, o, i struchlały, zdradzony berecik także, jesteśmy więc razem w jednej kieszeni, grzejemy się.„Chodźmy do kawiarni czy gdzieś, bo się przeziębisz bez czapki - mówię ze stosowną troską - masz głowę tak dużą jak Apollinaire, on nosił skórzaną opaskę, a ty bez niczego na mrozie." Paw pociąga nosem i ściska moje palce w swojej kieszeni, skręcamy w pierwsze drzwi na Freta, bucha gęste ciepło, papierosowy dym i Middle of the Road z głośnika, siadamy, zamawiamy herbatę, topnieją nam wargi, uśmiechamy się do siebie i znów zaczynamy czuć miłość.Kochankowie są dobrzy.Bez końca gładzą swoje ciała, jakby karmili się poprzez dłonie.Głaszczą się wzajemnie, jakby się chcieli namaścić blaskiem.Mrużą oczy z rozkoszy.Dotykają spojrzeniem, a widzą wargami.Ich usta są tak przewrażliwione, że samo muśnięcie oddechem zapala ognie w głębinach ciała.Języki-jedwabniki.Twoje policzki szorstkie o poranku.Witaj.Dotknij mnie.Połóż się na mnie, aby świat nie zniknął.Kochankowie są dobrzy.Każdego ranka wybaczają światu.Dotykanie, głaskanie, ocieranie się, przenikanie.Wczoraj, gdy usiadłeś przy mnie w czerwonym swetrze, wszystkie rzeczy napięły się w istnieniu, naprężyły się w swych kształtnych granicach.Linia twego karku i ucha fosforyzowała.Nie można nie istnieć! - pomyślałam.- Jakże można by nie być! Zaświeciły ryby W akwarium, książki na półkach wyostrzyły grzbiety.Jesteśmy.Wpatrzeni w siebie.Rozniecamy czyste życie, w sobie i wokół nas.Patrzę W Oczy Pawia.Piękne, migdałowe, czekoladowe, pod szlachetną linią grubych brwi.Na dnie jego spojrzenia obiecujący czar, słodki, ciepły.I - mrok - też obiecujący [ Pobierz całość w formacie PDF ]