[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ciasne przejœcia pod murem niezmiernej gruboœci, id¹ce w pó³okr¹g, zamkniête dziedziñce.Potem potworne podobizny dwu lwów z szarego kamienia, schody kamienne, wyszczerbione, ciemne przejœcia, ganki, lochy podobne do kominów, wreszcie zimno podziemi, wydr¹¿eñ omurowanych i jam we wnêtrznoœciach turni.Trzask zardzewia³ego rygla, przed oczyma nik³y jakiœ brzask œwiat³a, nad g³ow¹ strop pó³okr¹g³y, wykuty w skale, z którego cieknie szkliwo wilgoci.Cisza nareszcie i legowisko.219„W³ada”Zostawiony w ciemnoœci, usiad³ na ziemi i z uciech¹ wspar³ plecy o zimn¹ œcianê.G³uche mroki lochu roztr¹ca³ w jednym miejscu promieñ œwiat³a padaj¹c spod sklepienia.W skale niezmiernie grubej wybita by³a kwadratowa jama.Kraty w niej kaza³y wierzyæ, ¿e to okno.Do tego Ÿród³a œwiat³oœci prowadzi³a framuga tak g³êboka, ¿e zda³a siê byæ drug¹ izb¹.Na warstwach ska³y, zwojami id¹cych, na wsparciu.ich i umocnieniu z granitu, przyniesionego pracowit¹ rêk¹ cz³owieka, œwiat³o dnia pe³z³o niepewne, wylêk³e, kamienne jak wszystko naokó³.Wiêzieñ spocz¹³.Nie biegnie ju¿ krwaw¹ stop¹ miêdzy cuchn¹cymi kad³ubami zgrzanych koni, nie s³yszy têtentu kopyt, dzwonienia pa³aszów i ostróg, trzaskania strzemion i trêzli, nie czuje ¿¹dzy oporu ani wybuchów gniewu szlachcica, którego chamy.G³owa leniwo zwis³a na piersi, w³osy zsunê³y siê na czo³o i wœród delikatnego mrowienia na skórze czo³a, gdy siê zsuwa³y, przep³ywa ¿a³osna myœl: Czemu¿eœmy siê wtedy sznurami z sukni nie zwi¹zali i nie rzucili razem?.Straszliwe widmo ¿alu, infelicissimum genus infortunii, stanê³o obok i napój z ¿ó³ci a octu przyk³ada do warg.W tej samej chwili ktoœ w pobli¿u wyszepta³, wysycza³ s³owo, drugie, trzecie.Wiêzieñ z odraz¹ i trwog¹ dŸwign¹³ g³owê i znu¿onymi oczyma j¹³ patrzeæ w daleki k¹t ciemnicy.Gdy oczy jego przywyk³y do mroku, zobaczy³ cz³owieka.Nieznany towarzysz siedzia³ na ziemi.Przykuty by³ do swego miejsca, do haka, poza nim wbitego w œcianê.Kilkakroæ szepta³ coœ z cicha, wymawia³ s³owo tajemnicze.Gdy nie otrzyma³ wcale odpowiedzi, rzek³ g³oœno po polsku:- Có¿eœ jest za jeden, cz³owieku?Rafa³ z najg³êbsz¹ odraz¹ us³ysza³ w tym miejscu mowê ludzk¹.Milcza³.- Có¿eœ jest za jeden, cz³owieku? Wêgier, Liptak czy nasz z Polskiej?I teraz przybysz nie da³ ¿adnej odpowiedzi.Ale tamten nie przesta³ mówiæ.G³os jego dygota³z rozkoszy.Coœ w tonach jego drga³o i zanosi³o siê od wytrysków uczucia.Zadawa³ nieskoñ-czon¹ liczbê pytañ prêdkich i namiêtnych, dowiadywa³ siê, czy te¿ ju¿ jesieñ, czy buki po reglach czerwieniej¹, czy te¿ ju¿ kurniawy jesienne by³y, czy nie.Pyta³ siê i odpowiada³ sobie, ¿e pewno kierdele zesz³y w dó³, a bace id¹ przy koniach, perciami.Hale puste, ino siê ta niedŸwiedŸ kole schronisk wa³êsa.Ten szepc¹cy g³os by³ tak silny, tak potê¿ny, ¿e zdawa³ siê huczeæ pod sklepieniem i w k¹-tach ciemnego lochu, ale w tej samej chwili Rafa³ us³ysza³ w szumie swej g³owy, który go na chwilê nie opuszcza³, w ³oskotach i os³upia³ych wzdrygnieniach serca - inny g³os, Tamten rozlega³ siê miêdzy niebem a ziemi¹, strzela³ jako m³oty gromu i trzaskanie piorunu w g³uch¹noc, lec¹c nad wielkim obszarem w odg³osach œwistu bicza i ciosów rzemienia.Cz³owiek s³ucha³ zdrêtwia³y w sobie a¿ do ostatniej kropli krwi, a¿ do korzeni w³osów:- Wyrwê ci z serca ostatni¹ pociechê, jakobym wyrywa³ œlepcowi kij z rêki, gdy siê do przepaœci przybli¿a.220Otoczê ciê trwog¹ tak nieprzejrzan¹, jak ciemnoœæ g³êbokiej nocy, d³ug¹ jak ¿al.A póŸniej spuszczê na ciê nie w¹t³¹ trwogê, lecz smycz zg³odnia³ych nêdz a¿ do nieznanej, a¿do ostatniej, której jeszcze nawet wœród snu ciê¿kiego nie ogl¹da³eœ w mglistym przeczuciu.Spojrzysz wtedy przy blasku piorunu w moje otch³anie, nad które górska koza nie chodzi, gdzie ptak w locie truchle je, gdzie w¹¿ nie pe³za, gdzie promieñ s³oñca na mgnienie ludzkiej Ÿrenicy chy³kiem zagl¹da, gdzie odrêtwia³a ciemnoœæ le¿y przez wieki.Tam przebywa zemsta, która jest moj¹.Wezmê na w³asnoœæ ka¿d¹ chwilê, któr¹ swoj¹ przywyk³eœ nazywaæ, wyci¹gnê j¹ na d³ugoœæ rozleglejsz¹ ni¿ wszystka w³adza twej wyobraŸni.Zatrzasnê drzwi mego zamku i zatarasujê okiennice, ¿eby ani jeden twój jêk nie dolecia³ do mego ucha.Zapomnê, ¿eœ jest na ziemi.Niech ciê upadaj¹cego potr¹ca w samotnoœci twoja z³a dola, jako chce.Przepadnij! Zimne cia³o s³uchacza zsunê³o siê na ziemiê [ Pobierz całość w formacie PDF ]